poniedziałek, 26 maja 2014

Jak Feniks z popiołów...


Cześć! 

Jeśli tu dotarłeś, wędrowcze musisz być bardzo zagubiony, albo zaciekawiony...

Jestem Sherry.
Wcześniej recenzje pisałam na Blasku Książek.
Ale prawdopodobnie już to wiesz.

Recenzentka. Uczennica technikum. Grafik. Bibliofilka. Entuzjastka seriali i filmów. Fanka piłki nożnej i gier komputerowych.
Więcej nie ma co się rozpisywać.

Blog, na którym się znaleźliście, jest moim królestwem.

Królestwem, na granicach którego, mam zamiar dzielić się z wami nie tylko recenzjami książek, ale i filmów, seriali, a także własnymi przemyśleniami na tematy związane, lub niezwiązane ze światem literatury.

Jako, że to dopiero początek, nie dziwcie się, że panuje tu bałagan. Niedługo zabiorę się za zakładki, za recenzje, za... wszystko. Ale póki co, będziecie musieli wytrzymać w tym bałaganie.

Nie wiem jak to się potoczy.
Nie wiem dokąd zmierza ta historia.
Nie wiem czy dam sobie radę.
Ale zrobię wszystko, by szerzyć czytelnictwo i wytrwać w prowadzeniu bloga.
Mam nadzieję, że mi w tym pomożecie.

Pozdrawiam!
Sherry
Ps. Notka, w razie wątpliwości, będzie aktualizowana.

"Czas Żniw" - Samantha Shannon

Źródło
Tytuł: Czas Żniw
Autorka: Samantha Shannon
Seria: Czas Żniw - 1/7
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Data wydania: 6 listopada 2013
Liczba stron: 520

Sajon.
Nie ma bezpieczniejszego miejsca.

Źródło
Paige nie jest zwyczajnym jasnowidzem. Jej dar jest wyjątkowy, niepowtarzalny i naprawdę niebezpieczny. Dziewiętnastolatka łamie prawo Sajonu choćby tym, że oddycha. To, że pracuje w kryminalnym podziemiu, a jej szefem jest Jaxon Hall, z pewnością niczego nie ułatwia. Na polecenie swojego pracodawcy, Paige korzysta ze swojego daru i włamuje się do ludzkich umysłów. Pewnego dnia spokój się kończy. Panna Mahoney ma pecha. Zostaje złamana i przesłana do kolonii karnej zwanej Oksfordem, która w tajemnicy, istnieje już dwieście lat. Na miejscu okazuje się, że są sprawy, że istnieją rzeczy i istoty, o których nie miała jak dotąd pojęcia. Rozpoczyna się walka, a ceną wygranej jest wolność lub śmierć. Wszystko jest lepsze od tego co mogą zgotować nieposłusznym, kierujący Oksforsem osobnicy.

„Nadzieja to jedyna rzecz, która może jeszcze wszystkich nas ocalić.”

Źródło
Autorka - Samantha Shannon jest młodą osóbką, a "Czas Żniw" to jej debiut literacki, a jednocześnie zapowiedź siedmiotomowego cyklu fantasy. To nie jest tak, że w książce od początku czytelnik wie o co chodzi. Niemalże siłą zostaje wciągnięty do świata, którego zupełnie nie zna. Do świata jasnowidzów. Przez pierwsze rozdziały oswajamy się z nową rzeczywistością, a Paige doskonale nam w tym pomaga. Dziewczyna jest dobrym przewodnikiem po Sajonie w 2059 roku, gdzie jasnowidze uważani są za wynaturzenie. Kiedy ląduje w Oksfordzie, wszystko jest dla niej nowe. Zostaje protegowaną, wręcz własnością Naczelnika - tajemniczego mężczyzny należącego do gatunku, którego istnienia Paige nie rozumie. Staje się on jej trenerem, a równocześnie największym wrogiem. Ale żeby wygrać, dziewiętnastoletnia jasnowidzka będzie musiała dostosować się do ponurych zasad obowiązujących w nowym miejscu. Inaczej, szybko przekona się, że śmierć jest najmniejszym złem, które mogą sprowadzić na nią panowie rządzący Oksfordem. 

„- Nie jesteś niemową - powiedział. - Odezwij się. 
- Myślałam, że nie mam prawa odzywać się bez pozwolenia. 
- Zezwalam ci. 
- Nie mam nic do powiedzenia.”

Źródło
Świat wykreowany przez panią Shannon różni się od innych światów dystopijnych. Jest wykończony do ostatniego szczegółu, dopracowany i naprawdę niesamowity. Po skończeniu pierwszego tomu tej serii, mogę z całą pewnością powiedzieć, że podziwiam autorkę całym sercem. Podziwiam za jej niezwykłą wyobraźnię, za jej wyjątkowy pomysł, za akcję która trzyma w napięciu aż do ostatniej strony. Pani Samantha "Czasem Żniw" zapada w pamięci czytelnika i nie daje o sobie zapomnieć przez cały czas trwania lektury. Książka jest idealna. Na początku mamy nawet spis jasnowidzów, a na końcu wyjaśnienia niektórych terminów, dzięki czemu przez ponad pięćset stron brnie się, praktycznie nie czując upływu czasu. W powieści nie brakuje zwrotów akcji, tajemnic, niebezpieczeństwa, nutki grozy. Sam fakt, iż akcja jest umiejscowiona w kolonii karnej, gdzie jasnowidze są niewolnikami istot z innej rasy, każe czytelnikowi widzieć wszystko w szarych, ponurych barwach. 

„- Niech cię piekło pochłonie. 
- Ja już istnieję na poziomie piekła. 
- Istniej na tym, który jest jak najdalej od mojego.”

Źródło
Klimat jak i fabuła oraz reszta elementów książek, na które zwykle narzekam, składają się w cudowną całość, zwaną "Czasem Żniw". Styl pisarki w żadnym momencie nie daje nam powodu do narzekania na młody wiek autorki. Wręcz powiedziałabym, że czytelnik czuje się onieśmielony niesamowitą wyobraźnią twórcy tejże powieści. Kreacji bohaterów również nie mam niczego do zarzucenia. Sama Paige nie jest idealna, miewa momenty naiwności, jednak przez większą część lektury jawiła mi się jako wyjątkowo mądra, odważna i przyjemna postać. Jeśli zaś mam się wypowiedzieć o Arcturiusie... już przy pierwszym naszym spotkaniu zyskał moją sympatię. Czy jednak później coś się zmieniło? Czy jego "panowanie" nad Paige i wrogie działania zniechęciły mnie do niego? Nie. Ponieważ był postacią na tyle ciekawą i tajemniczą, że nawet nienawiść Paige do Refaitów - nowej rasy, z którą mamy tu do czynienia, nie przysłoniła mojej ciekawości. 

„Zaufanie. Rozpoznałam to słowo. Zalany słońcem kwiat na skraju postrzegania, wabiący do innego świata.”

Źródło
Czuję, że choćbym nie wiem jak się starała, nie zdołam ubrać słowa wszystkich myśli, które krążą mi w głowie po skończeniu pierwszego tomu tej serii. Może tak na koniec dodam, iż czytając, zdałam sobie sprawę z podobieństwa do innej serii fantasy, a po skończeniu książki, moje przypuszczenia się potwierdziły. Mam tu na myśli "Gildię Magów" - Trudi Canavan. Myślę, że ci, którzy mieli przyjemność spotkać się z trylogią tej pani oraz książką Samanthy Shannon przyznają mi rację. Oczywiście, jako iż jest to debiutancka powieść autorki, można się dopatrywać jakichś niedociągnięć, ale... po co? Przy tak wspaniałej całości, czytelnik jest w stanie przymknąć oko na pewne rzeczy...

„- Masz periorbital haematoma. 
- Co? 
- Podbite oko.”

Źródło
Jeśli jeszcze nie sięgnęliście po "Czas Żniw", musicie czym prędzej naprawić ten błąd. W tej pozycji, niemal każdy czytelnik znajdzie coś dla siebie. Bogactwo świata, każe mi z niecierpliwością wyczekiwać na kontynuację serii i liczę, że kolejne sześć tomów będzie tylko lepsze, a Shannon utrzyma poziom, narzucony poprzez pierwszą część. "Czas Żniw" jest pozycją niezwykłą, z pędzącą akcją, napięciem i tajemnicą, które przyciągają czytelnika jak ogień ćmę. Poznając od podstaw świat 2059 roku i Sajon zapewniamy sobie lekturę na tyle dobrą, by wyryła się w naszej pamięci i pozostawiła nas głodnych kontynuacji... 

9/10
Niezaprzeczalnie polecam.

Pozdrawiam,
Sherry

„Umysł ślepca jest jak woda. Nijaki, szary, przeźroczysty. Wystarczy aby utrzymać przy życiu, ale nic ponadto. Ale umysł jasnowidza przypomina olej, jest w pewien sposób bogatszy. I tak jak olej i woda, te dwa umysły nie mogą się tak naprawdę ze sobą połączyć.”




"Na psa urok" - Kevin Hearne

Źródło
Tytuł: Na psa urok
Autor: Kevin Hearne
Saga: Kroniki Żelaznego Druida
Oryginalny tytuł: Hounded
Wydawnictwo: Rebis
Data wydania: 2011 r.
Liczba stron: 296

______________________________

Już na samym wstępie pragnę zaznaczyć, iż jestem absolutną fanką mitologii. A już tym bardziej, zastosowania jej w książkach. Mitologia celtycka (oraz grecka, ale to w tym momencie nie jest ważne) jest szczególnie przeze mnie wielbiona, może dlatego, że spędziłam naprawdę masę czasu przy poznawaniu jej. Zostałam nią oczarowana parę lat temu, kiedy wraz z rodzicami i rodzeństwem, wybrałam się na Święta do Irlandii. Już pomijając fakt, że zakochałam się w tym - absolutnie cudownym kraju (i przepięknych małych miasteczkach!), zaintrygowały mnie celtyckie symbole na pamiątkach, wierzenia dawnych ludności, a także cała masa zabytków. Po powrocie do domu poczęłam zagłębiać się w ten temat (musicie wiedzieć, że jeśli Sherry się czymś interesuje, to naprawdę wkręca się na całego) i doszłam do wniosku, że jestem urzeczona Irlandzkimi wierzeniami. Już od dawna szukałam książki, w której będę mogła znaleźć zastosowanie dawnoceltyckich elementów i tak oto, wpadła mi w oko powieść, którą dziś chciałabym wam przedstawić...
______________________________

niedziela, 25 maja 2014

Serial: "Charmed. Czarodziejki - Sezon 1"

źródło
Tytuł: Czarodziejki
Oryginalny tytuł: Charmed
Typ: Serial
Sezony: 1-8
Emitowanie sezonu: 1998-1999
Odcinki: 22
Gatunek: Serial fantasy

"Czarodziejki" to amerykański serial. Łączy w sobie wiele gatunków, między innymi fantasy, horror oraz komedię, czy nawet operę mydlaną! Akcja toczy się w San Fransico, więc nikogo nie zdziwi, że krajem produkcji pozostaną Stany Zjednoczone. Piosenką otwierającą serial jest utwór: "How Soon is Now?" śpiewany przez Love Spit Love (co ciekawe jest to cover oryginału autorstwa grupy The Smiths - użyty wcześniej w filmie "Szkoła Czarownic" - przypadek? Nie sądzę). Moim skromnym zdaniem, piosenka jest po prostu cudowna! Zakochałam się w niej niemalże od pierwszego wysłuchania. 


"Fabuła, czyli rzecz najważniejsza"

A z czym będziemy mieć do czynienia w serialu? Skupia się on na trzech siostrach - tytułowych czarodziejkach, które według tradycji rodzinnej, mają imiona rozpoczynającą się na literę "P". Najstarsza - Prue, niemal zawsze zachowuje zimną krew i jest chyba najbardziej poważna ze wszystkich. Nauczyła się brać odpowiedzialność za swoje czyny i młodsze siostry, które - w pewnym stopniu wychowywała. Jako czarownica posiada dar telekinezy (może przesuwać dowolne obiekty siłą umysłu). Piper - średnia siostra (i moja ulubienica), jest naprawdę uroczą postacią. Jej głównym celem w pierwszym sezonie było godzenie Prue z Phoebe, a swoje zadanie traktowała niezwykle poważnie. Piper jest mistrzynią gotowania, pracuje w restauracji "Quake", a jako czarownica potrafi spowalniać molekuły (zamrażać czas). Myślę, że jej moc jest najciekawsza ze wszystkich, ale to szczegół. Ostatnią siostrą jest Phoebe - nierozważna, lekkomyślna, o bujnej wyobraźni i naturze buntowniczki - dziewczyna czasem naiwna, kochająca siostry i próbująca nie podpaść Prue. To właśnie dzięki Phoebe cała trójka otrzymała swoje dary. A jeśli już o tym mowa, to nasza słodziutka Phoebs ma - według mnie, najbardziej nudną ze wszystkich mocy, bowiem widzi wizje przyszłości. (Krótko mówiąc jest jasnowidzem) Jednak to dzięki jej umiejętności dziewczyny są w stanie walczyć ze demonami i ratować świat przed złem. 

źródło
W pierwszym sezonie Phoebe wraca do domu rodzinnego w San Fransisco i znalazłszy na strychu (a jakże), tajemniczą Księgę Cieni reaktywuje Moc Trzech - największą magiczną siłę dobra jaka kiedykolwiek istniała na Ziemi. Okazuje się, że siostry Halliwell pochodzą ze starego rodu czarownic - Warren'ów, a ich zadaniem jest wykorzystywanie swoich magicznych zdolności do czynienia dobra. Przez cały sezon dziewczyny starają się uporać z nowym dla nich światem nadnaturalnym. Walczą z demonami, ratują niewinnych i w ogóle sieją spustoszenie w szeregach "TYCH ZŁYCH". Nie brakuje oczywiście miłosnych uniesień, zdrad i innych, typowych dla amerykańskich seriali problemów. 

źródło
"Pierwsze wrażenia"

Jak odkryłam serial? Właściwie to... całkiem przypadkowo. Parę lat temu, we wakacje po prostu włączyłam telewizor, a tam - emitowano właśnie piąty sezon tego cudeńka. Niedawno przypomniałam sobie o tej produkcji i z uporem maniaka, zaczęłam oglądać pierwszy sezon. Skończyłam go tydzień temu, aczkolwiek powiem wam, że zapadł mi w pamięci, choć drugi jest o wiele od niego lepszy! Ale skupmy się na pierwszym sezonie. 

Jako, że serial powstał w 1998 możecie sobie doskonale wyobrazić, że potwory wyglądają komicznie niedorzecznie, a niektóre przypadki "unicestwiania" chodzącego zła, wydawały mi się po prostu śmieszne i głupie. Jednak przy świetnej całości, jestem w stanie zapomnieć o paru niedopatrzeniach. Efekty specjalne, jak na tamte lata wypadły dobrze, jednak niektórym - tym bardziej... wymagającym widzom, mogą się one po prostu nie spodobać. 

Co najbardziej spodobało mi się w "Czarodziejkach"? Oryginalność produkcji. Może wydaje wam się, że pomysł nie jest najwyższej świeżości - trzy siostry, moce, walka dobra ze złem i tak dalej, ale od serialu człowiek po prostu się uzależnia, a po każdym odcinku ma ochotę na więcej. Dodatkowo dochodzą ciekawe wątki, między innymi stary ukochany Prue - Andy w roli policjanta mającego do czynienia z "dziwnymi przypadkami zbrodni", czy choćby pojawienie się mojego drugiego ulubieńca tego serialu (po Piper) - Leo! 

źródło

"Powrót dobra i... magii"

Jako fanka produkcji fantastycznych, lub po prostu tych, które mają w sobie coś nadnaturalnego, jestem niezwykle zadowolona z sezonu pierwszego. Jak na razie mogę go jedynie porównać do sezonu drugiego, który aktualnie kończę, jednak jestem pewna, że jeśli lubicie takie magiczne klimaty to i serial przypadnie wam do gustu.

Mnie osobiście najbardziej spodobało się kilka, "specjalnych" odcinków i w pewien sposób najbardziej pomysłowych i ciekawych. Mianowicie: odcinek czwarty i wspaniały wątek miłosny między duchem, a jedną z sióstr. Kolejnym, interesującym odcinkiem jest odcinek 13 o pechowym piątku trzynastego z fantastycznie wykorzystanym, istotnym pechem tego dnia. Mogę wam ręczyć, że dla sióstr Halliwell był szczególnie... pechowy. Następny w kolejce jest odcinek 17, gdzie powracamy z czarodziejkami do lat 70' i ich dzieciństwa. Muszę wam przyznać, że przy malutkiej Piper po prostu wymiękłam. Była słodka - naprawdę. Ostatnim, szczególnie lubianym przeze mnie odcinkiem tego sezonu był odcinek przedostatni - 21, a pokochałam go ze względu na dwa czynniki:
1) LEO! I smutne, smutne sytuacje... 
2) Zamiana mocy! Przykro mi, że nie rozpiszę się jakoś więcej, ale nie będę wam psuć radości oglądania. :)

źródło
 
"Moc Trzech"

Na podsumowanie, może dodam, iż było naprawdę niewiele nużących odcinków, a jeśli już takowe się zdarzały, to jednak prześwitywały przez nie, ciekawe wątki i rozwiązania. Z serialem i bohaterkami możemy się naprawdę niesamowicie dobrze bawić. Zdarzały się sytuacje gdzie po prostu uśmiechałam się do ekranu jak idiotka. 

W każdym razie! Mam nadzieję, że moja recenzja w jakiś sposób sprawiła, że zainteresowaliście się serialem, ponieważ fanatykom takich magicznych i zakręconych sytuacji, może się ona naprawdę niesamowicie spodobać. Osobiście, szczerze mogę wam powiedzieć, że serial jest jednym z moich ulubionych i nie sądzę, bym kiedykolwiek zmieniła swoje zdanie na jego temat. 

Jeśli zaś miałabym wystawić ocenę pierwszemu sezonowi... 
5/6. Zdecydowanie.

Pozdrawiam i polecam!

Sherry

źródło
Jak tu ich nie kochać? <3 Leo&Piper

Film: "Dary Anioła. Miasto kości"

źródło
Tytuł: Miasto kości
Oryginał: City of Bones
Typ: Ekranizacja książki
Gatunek: Fantasy
Premiera: 21 sierpnia 2013

Wiem, że recenzji tego filmu na blogach jest mnóstwo, ale dziś, korzystając z okazji, chciałabym wyrazić swoje własne odczucia na temat ekranizacji pierwszej części "Darów Anioła". Może być ona zgoła odmienna od reszty, więc zapraszam do dyskusji w komentarzach. Wszystkie swoje... zarzuty, wyrzuty i tak dalej, postaram się logicznie uargumentować, żeby komuś nie przyszło do głowy, że jestem hejterką. Zapraszam.

Fabuła

Film opowiada o nastoletniej Clary Fray, która pewnego dnia odkrywa, że należy do niezwykłej kasty Nocnych Łowców, półaniołów, którzy od wieków toczą zaciekłą walkę z hordami demonów w obronie naszego świata. Gdy w tajemniczych okolicznościach znika matka dziewczyny, Clary przyłącza się do Nocnych Łowców i wkracza do alternatywnego podziemnego świata, zamieszkiwanego przez wampiry, wilkołaki czy czarownice. Obdarzona wyjątkowym darem dziewczyna będzie musiała stanąć do walki nie tylko o życie matki, ale i o bezpieczeństwo ludzkiej rasy, która żyje nieświadoma ogromnego niebezpieczeństwa... 

źródło

Opowieść o tym, jak w kilku krokach zepsuć film

Na ekranizację "Miasta kości" tysiące nastolatek na całym świecie czekało z zapartym tchem. Po oglądnięciu filmu wypływały same pozytywne recenzje, o genialnych efektach specjalnych, grze aktorskiej, blablabla. Ja osobiście, nie jestem fanką ekranizacji książek. Według mnie, niszczą one, czasami naprawdę interesujące książki (z paroma wyjątkami, jak Harry Potter czy Władcy Pierścienia). Film, bądź co bądź postanowiłam oglądnąć, aby się przekonać czy rzeczywiście twórcy sprostali zadaniu. Jaka była moja reakcja po skończeniu seansu? Miałam ochotę jechać do USA i roztrzaskać głowę reżysera o puchową poduszkę. Autentycznie. 

Ale od początku: film od pierwszej minuty nie zaciekawił mnie, ba! Nie potrafiłam skupić się na treści. Wydarzenia przedstawione były bardzo chaotycznie, i gdybym nie wiedziała, że jest to ekranizacja książki, pomyślałabym, że to całkiem niezależna produkcja. Gdy w końcu sytuacje zaczęły się pokrywać z fabułą powieści, którą całkiem lubię, wszystko po kolei zaczęło się sypać. Ilość logicznych błędów była zatrważająca. Klan Nocnych Łowców kojarzył mi się z jakąś słabą rockową kapelą, albo grupą emo-dzieci, które nie wiedzą co ze swoim życiem zrobić. Jak na ludzi, którzy całe swoje życie spędzili na trenowaniu, ich głupota i naiwność wydawała mi się po prostu śmieszna i kiczowata. 

Nie było odpowiedniego klimatu, a pentagramy i inne tego typu "mistyczne" oznaczenia, nie zdołały uratować produkcji. Bardziej kojarzyły mi się z jakimś goth-stowarzyszeniem, aniżeli z klanem wojowników. Wielka szkoda, że za produkcję nie wzięli się np. twórcy tak genialnego i wielbionego przeze mnie Supernatural, gdzie groza i nutka tajemniczości jest wręcz namacalna. 

źródło
Gdzie księżniczka spotyka swojego księcia...

Przejdźmy do kolejnego punktu mojej recenzji, a mianowicie: obsady aktorskiej. To właściwie tylko ze względu na nią postanowiłam poświęcić te cenne dwie godziny na seans. Spodziewałam się - naprawdę spodziewałam się, że Lily Collins i Jamie Campbell podołają zadaniu. Niestety. Gra aktorska była po prostu słaba. Inaczej się tego nie da określić. Postać Jace'a straciła charyzmę książkową i urok osobisty, a tak zwane "śmieszne odzywki" powodowały u mnie tylko niesmak i niezadowolenie. Clary w filmie prezentowała się nad wyraz słabo, jak na kogoś kto posiada super moce i ma uratować świat przed złem. Wątek romantyczny: ona spotyka jego, wpada mu w ramiona, całują się w deszczu był dla mnie obłędnie śmieszny i pełen schematów. Postacie wypadły powierzchownie, prostacko, banalnie i... pusto. Jedynie Robert Sheehan - mój ulubieniec zresztą, w roli Simona i Godfrey Gao, jako Magnus prezentowali się jako tako. Nieźle wypadł też Kevin Zegers, kolejny lubiany przeze mnie aktor, choć wtrącenie wątku homoseksualnego, o ile w książce mi nie przeszkadzało, tu zdecydowanie denerwowało. Było po prostu sztuczne. Rozpaczam po Jonathanie Rhysie Meyersie, który grał Valentina, bo chociaż zrobił to dobrze, to sama postać złego, złego tatusia, była wręcz obrazą dla czarnych charakterów, typu Voldemort i Lord Vader. Tak swoją drogą: Luke, Leia - Clary, Jace - czy tylko ja tu widzę marną podróbę?

źródło
Błędy, błędy i jeszcze raz błędy

Już pomijając fakt, że Nocni Łowcy mają mentalność rozhisteryzowanej nastolatki, to sama postać Hodge'a w roli wielkiego mędrca wydawała mi się nie na miejscu. Wydawać by się mogło, że jest kolejnym Dumbledorem czy Gandalfem, a tu okazuje się, że tak po prostu, naiwnie daje sobą pogrywać wielkiemu, złemu i tak dalej, i tak dalej. 

Coś co autentycznie spowodowało szok? Muzyka Bacha przy wywoływaniu demonów. Poważnie? Poważnie? 

Niezgodności z książką, pomijania istotnych szczegółów, dodawania od siebie jakiś kosmicznych sytuacji już nie skomentuję, ponieważ nie mam siły. Wzorowanie wilkołaków na gang motocyklistów i sytuacje z zamrożonymi demonami, których można było zabić skoro były nieruchome, również pominę. Nie mam ochoty się denerwować. Dla fanów produkcji może zatem powiem co mi się podobało: efekty specjalne były całkiem niezłe. I tyle w tym temacie.

źródło

Happy end i wracamy do domu

Zakończenie filmu było tragiczne, tra-gi-czne i nie zdołało uratować całości, mimo że liczyłam, iż tak się stanie. I wiecie co? Nawet bym się cieszyła, gdyby twórcy zrezygnowali z kolejnych części i przestali niszczyć mi psychikę przez takie twory. 

Cóż mogę dodać na podsumowanie? Film idealnie nadaje się na półkę z ekranizacją Zmierzchu. Myślę, że był on produkowany pod rozchichotane, zakochane w Jacie nastolatki, bez obrazy oczywiście. Mnie, zawiódł na wszystkich możliwych płaszczyznach. Rozgoryczenie roku, przynajmniej jeśli chodzi o filmy. 

Dziękuję za uwagę, 
pozdrawiam.

Sherry


Film: "Pakt milczenia"

źródło
Tytuł: Pakt milczenia
Oryginał: The Covenant
Typ: Film 
Czas trwania: 1 godz. 37 min.
Data premiery: 10 listopada 2006
Gatunek: Fantasy, Horror

Już na samym wstępie pragnę zaznaczyć, iż naprawdę nie cierpię horrorów. Może dlatego, że fakt, iż głupi film może mnie niepokoić, nieco denerwuje? Nie wiem w czym tkwi problem, jednak zazwyczaj z tym gatunkiem po prostu nie mam do czynienia. Znalazłszy, już jakiś czas temu, wzmiankę o "Pakcie milczenia" zainteresowałam się nim, ale dopiero ostatnio coś mnie tchnęło i włączyłam sobie film, mimo mojej niechęci do horrorów. Czy po obejrzeniu, przełamałam się jakoś? Czy coś się zmieniło? Zapraszam na recenzję!

źródło
Fabuła

Film opowiada historię czterech młodzieńców, związanych ze sobą niezwykłym rodowodem. W XVII wieku, pięć rodzin posiadających niezwykłe zdolności, dla bezpieczeństwa nawiązały między sobą tak zwany "Pakt milczenia", który miał być gwarancją ochrony oraz spokoju dla jej członków. Czwórka przyjaciół, potomkowie rodzin, które zawarły pakt spokojnie żyje sobie we współczesnych czasach, dopóki ktoś niespodziewanie zaczyna naprzykrzać się mieszkańcom miasta, poczynając od morderstwa. Kto jest tajemniczym zabójcą, niekontrolującym swojej mocy? Czy przyjaźń, wręcz braterska miłość okaże się silniejsza niż podejrzenia, zarzuty czy też spór o dziewczynę? Może okazać się bowiem, że dawno skrywane tajemnice ujrzą światło dzienne, a nad młodzieńcami zawiśnie niebezpieczeństwo złamania paktu... 

źródło
Może na początek napiszę co sądzę o ogólnie całym zarysie fabuły. Myślę, że pomysł był naprawdę niesamowicie ciekawy wymyślony - zwłaszcza jak na 2006 rok, kiedy jeszcze książki typu paranormal-romance i te sprawy, nie były aż tak popularne. Domyślam się, że tym, którzy produkcję widzieli przed paroma laty, mogła się ona wydawać nadzwyczajna i nad wyraz oryginalna, jednak jak na te czasy... film wypadł... przeciętnie. Strasznie spodobało mi się to "braterstwo" między czwórką młodzieńców (o nich za chwilę), aczkolwiek w miarę rozwoju fabuły coraz bardziej zaczęło mnie denerwować zanikanie zaufania i lojalności. Jakby nie było, czwórca naszych "nazdwyczajnych" chłopców znała się od urodzenia i powinni niejako na sobie polegać. Ale idealnie nie będzie - wiadomo. Już na samym początku w filmie pojawiają się też pozostali bohaterowie, którzy odegrają jakąś-tam-rolę w dalszych scenach. Sarah i te "spojrzenia" z Calebem od razu mówią widzowi co między nimi zaiskrzy w przyszłości (niedalekiej), postać Chase'a - nowego chłopaka, każe domyślać się kim ów może być, a przyjaciółka głównej bohaterki jest... jak na przyjaciółki głównych bohaterek przystało - niezwykle irytująca i naiwna. Bywa. 
  
Wielka-mała trójca

Naprawdę nie chce mi się skupiać na głównych bohaterach, ponieważ: są schematyczni, nieciekawi i do bólu przewidywalni. Ale w porządku... Caleb to typ dowódcy i strasznie mi się nie podobało, że jest jeszcze bardziej "niezwykły" od reszty, ponieważ się... rządził. Z byle czego wysnuwał jakieś szalone teorie, a zapatrzony w dziewczynę, dał rozpaść się przyjaźni, która trwała ileś-tam-lat. Nie najlepiej to o nim świadczy, prawda? Generalnie, na początku był całkiem w porządku, ale później coś się zmieniło... Jak dla mnie - za bardzo się gwiazdorzył (polecam Snickersa). A jego charakter? Nic interesującego i zapadającego w pamięć: "szlachetny", "mega przystojny", "tajemniczy", "nie umawia się z dziewczynami bo opiekuje się chorą matką", "super przyjaciel, na którym można polegać", "dowódca, który niedługo będzie kimś jeszcze ważniejszym" i te sprawy. Wiadomo o co chodzi. Atrakcyjniejsze pod względem wyglądu, wcielenie Edzia, ale tym razem bez kłów. 
Sarah z kolei... cóż. Właściwie dziewczyna była o wiele ciekawsza i nie można jej porównać do Belli czy Clary, które mnie niemiłosiernie denerwowały swoją głupotą i naiwnością. Co prawda zdarzały się momenty, że i ta blondyneczka irytowała widza, ale... właściwie jak dla mnie mogłaby nie istnieć. Nie mam o niej zdania, nie zapadła mi w pamięci, aczkolwiek muszę przyznać, że aktorka - Laura Ramsey - spisała się nieźle w swojej roli. Scena z pająkami była... koszmarna! (Czyli tak jak być powinno) Choć mogła bardziej przekonująco krzyczeć... te piski były niczym w porównaniu do odgłosów jakie ja wydaję gdy zobaczę jakieś robactwo. 

źródło
Czarny bohater, wróg numer jeden, potężny czarownik - jakkolwiek by go nie nazwać również był... schematycznym antybohaterem. Bez wyrazu, że ja to tak ujmę. Nie powiem wam kim okazał się być ten nieprzyjaciel, aczkolwiek zapewniam, że po kilku minutach filmu, część z was odgadnie o kim mowa. To była zasadnicza wada tej produkcji. Zero zaskoczenia, zero tajemnic. Wszystko od początku do końca przewidziałam. A i tak zakończenie i słodki do bólu happy end mnie zdenerwował i wydawał się po prostu... przesłodzony, naiwny i bezduszny, jak zresztą cała trójca "głównych" bohaterów. 

źródło
Drugi plan, czyli coś zaczyna się dziać

A teraz przejdźmy do części recenzji, której wprost nie mogłam się doczekać, odkąd zaczęłam pisać tą recenzję. BOHATEROWIE DRUGOPLANOWI znów uratowali film! Jeeej! A może nie bohaterowIE, a jeden, szczególny bohater... Ale dobre zostawmy na koniec, więc...

Pogue czyli najlepszy z najlepszych przyjaciół naszego kochanego, idealnego Caleba. Właściwie do pewnego momentu filmu wydawał mi się nieznaczący niczym mucha w stadzie os, ale gdy w końcu fabuła zahaczyła o jego postać... zawiódł na całej linii. Oczywiście rozumiem wiele z jego zachowań. Zazdrość, nerwowość i te sprawy, ale na litość Zeusa! Jak można być aż tak porywczym i nierozważnym? Bez kitu. Czy ta postać w ogóle została obdarzona rozumem? Przy oglądaniu Pogue, wydawał mi się takim nic irytującym człowieczkiem stworzonym tylko po to, by główny bohater miał się komu wyżalić i wypłakać w koszulę. A i nie zapominajmy o tym jak Pogue powstrzymywał Caleba przed poddaniem się emocjom.... Brzmi znajomo?  
Kate - dziewczyna Pogue'a i najlepsza przyjaciółeczka Sary, jak wspomniałam już na wstępie nie charakteryzowała się niczym szczególnym. Naiwna, głupia, nad wyraz wkurzająca. Rozumiem - do miasta wprowadza się nowy chłopak, niezłe ciacho i te sprawy, ale żeby wykorzystać go do niejakiej zemsty? Nie chcę tutaj spoilerować, dlatego pominę tę kwestię, ale... podsumowując: Kate - musiałam sprawdzić jej imię na filmwebie bo totalnie nie zapadła mi w pamięci.

Tyler - trzeci z czwórki "nadzwyczajnych chłopców", grany przez mojego ulubieńca - Chace'a Crawforda! Z Sebastianem Stanem już pracowali razem na planie "Plotkary", także miło było ich znów zobaczyć. A co do postaci, którą grał Chace. Akurat Tyler, o ile wydawał mi się dodany - ot tak, na przyczepkę, żeby tylko se był, to zagrał fantastycznie! Zdecydowanie jeden z przyjemniejszych bohaterów na ekranie. Nie denerwujący człowieka, nie pchający się tam gdzie nie powinien, niezawodny wtedy kiedy trzeba... słowem: Brawo Chace! 

źródło 
Ten ból, gdy zakochasz się w fikcyjnej postaci...

I w końcu on! Nadzwyczajny, przystojny, tajemniczy, mroczny, porywczy, nieujarzmiony, atrakcyjny, bezczelny, arogancki, pakujący się w tarapaty blondynek (jak dla mnie Draco Malfoy). W dwóch słowach: Reid Garwin! Czwarty z wielkiej "czwórcy braci". Najciekawsza postać w filmie. Człowiek, który ocalił produkcję. Człowiek, dzięki któremu powrócę do tego filmu jeszcze nie raz! Człowiek, którego pokochałam, choć naprawdę nie cierpię blondynów. Najwyraźniej, Reid tak jak i Draco, stanowią odrębną kategorię dla mojego "gusta". 

Ale od początku: Reida, granego przez genialnego Toby'ego Hemingway'a, poznajemy już w pierwszych scenach i - od początku daje nam o sobie znać. O tej postaci nie tak łatwo zapomnieć - o ile w ogóle to jest możliwe. Nie sądziłam, że znajdzie się facet, o ciemniejszej stronie, którego będę w stanie do tego stopnia polubić! Jak ja strasznie żałuję, że to nie on był głównym bohaterem tylko Caleb... W każdym razie! To Reid nadawał fabule ostrości, koloryzował ją, dopełniał. Wprowadzał zamęt, niszcząc wszystko, a jednocześnie uatrakcyjniając widowisko i czyniąc je znośniejszym. W przeciwieństwie do pozostałej trójcy, używał mocy kiedy tylko mu się podobało i nie dał sobie w kaszę dmuchać. I najlepsza zaleta: naprawdę nie znosił Caleba, choć jednocześnie go kochał jak brata, z którym się wychował. Nieziemskie! 

źródło
Jeśli mogę jeszcze coś dodać, to efekty specjalne były świetne! A historia do końca pozostawała spójna, co także trzeba zaliczyć twórcom na plus. Jako, iż klimat miał pozostać mroczny, scena gdy chłopacy wkraczali na imprezę była genialnym początkiem! Zresztą większość scen kręcono pod nocnym niebem, także czuć było nutkę tajemniczości i grozy. Muzyka także niezła, no i nie zapominajmy - świetne wprowadzenie widza w historię rodzin, które zawarły pakt. 

Film, mimo iż zaliczany do gatunków: horrror/fantasy, nie pozostawił wątpliwości, iż za wiele nie ma wspólnego z horrorem, także fani mogą być zawiedzeni. Ja, która za takowym nie przepadam, całkowicie zadowoliłam się częścią fantasy, która wypadła niesamowicie z tymi wszystkimi odrzutami, ogniem, energią itd. Choć nie powiem, spodobał mi się pomysł pewnej osoby, która na jednym z forum napisała, iż lepszy byłby z tego serial, aniżeli film... Wyobraźcie sobie tylko... więcej Reida...

Bam, bam, tsss....

Podsumowując: ta produkcja nie jest dla widzów, którzy spodziewają się ambitnego kina. Poleciłabym ją komuś spragnionego... przygód, błysków, młodych chłopaków z gołymi klatami na basenie... Reida... ekhem! Generalnie, myślę, że jeśli macie ochotę spędzić czas z jakąś milutką formą nieekranizacji ani nieadaptacji książki, to "Pakt milczenia" jest idealny. No i Reid, rzecz jasna. Nie da się o nim zapomnieć. 

Ja oceniam "Pakt milczenia" na 7/10
Pozdrawiam!

Sherry





Film: "Twoje, moje i nasze"

źródło
Tytuł: Twoje, moje i nasze
Typ: Film
Wersja: 23 marca, rok 2005
Produkcja: USA
Gatunek: Familijny
Reżyseria: Raja Gosnell
Czas trwania: 1 godz. 30 min.

źródło
Aldo&Ethan <3

Posiadanie rodzeństwa to nieprzyjemna sprawa...

... zwłaszcza jeśli tego rodzeństwa jest naprawdę sporo... Fabuła filmu "Twoje, moje, nasze" skupia się na dwóch rodzinach. Pierwsza, pod wodzą Admirała Franka Beardsley'a składa się z ośmiu dzieci, które są perfekcyjnie wychowane, w poszanowaniu dla prawa i wojskowych warunków. Żona Admirała zmarła, a on sam poświęcił się pracy i kolejnym awansom. Los chciał, że Beardsley'owie sprowadzają się do miasta, gdzie mieszka licealna miłość Franka. A wiadomo, życie jest nieprzewidywalne... Mąż Helen Norht zginął w wypadku, a ona - roztrzepana matka nie załamała się tylko dlatego, że miała dzieci. Dokładnie dziesiątkę. Czwórkę swoich, szóstkę adoptowanych. O ile u Beardsley'ów panuje dyscyplina i pewien harmonogram w działaniu, to u North'ów wszystko jest na odwrót. Tu panuje artystyczny nieład, dzieci hałasują, biegają i generalnie robią co chcą. Pewnego dnia Helen i Frank spotykają się i pod wpływem impulsu biorą ślub. Jak dwie tak różne rodziny będą koegzystować w jednym domu? Jak dwójka dorosłych poradzi sobie z osiemnaściorgiem dzieci? Jak dzieci... no tutaj będzie największy problem.

źródło

Dzieci, dzieci, wszędzie DZIECI!

Muszę przyznać, że uwielbiam filmy familijne o takiej fabule. Może ze względu na "Fałszywą dwunastkę"? W każdym razie wersja "Twoje, moje, nasze" z 2005 roku, którą oglądałam była odnowieniem pierwowzoru z 1968, do którego oglądnięcia się przymierzam. No, ale, ale! Skupmy się na recenzji. A więc. Zasadnicza sprawa: czy film był przyjemny? TAK! Muszę zdradzić już na wstępie, że o ile bliższym mojemu sercu była rodzina North z tym swoim rozkojarzeniem, hałasem i bałaganem, to bardziej przypadli mi do gustu Beardsley'owie, może dlatego, że zostali jako pierwsi przedstawieni i w ogóle, wydawali mi się sympatyczniejsi i ciekawsi. Kiedy dzieci z obydwu stron wprowadzają się do wspólnego domu (który robi wrażenie - nie powiem!), a rodzice próbują scalić ich w jedność, młodzi postanawiają zrobić wszystko, by Helen i Frank się rozeszli. Ich plan oczywiście skutkuje tym, co wszyscy uwielbiamy w familijnych filmach - zabawnymi sytuacjami!

źródło

Pogodzić psa z kotem...

Cheelederka obok buntowniczki - muzyka, perfekcyjny uczeń obok wiecznego rozrabiaki, harcerzyk obok młodocianego rapera, sportmenka obok wścibskiej kamerzystki, sami widzicie, że oni po prostu do siebie nie pasowali. I doskonale zdawali sobie z tego sprawę w przeciwieństwie do "ślepych" na ich jęki, Helen i Franka. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem pomysłów osiemnaściorga głów, przebiegiem fabuły (chociaż jest do przewidzenia, ale nie doszukujmy się dziury w całym!), zabawnymi momentami czy choćby dialogami oraz wojną domową! Nie często się zdarza, żeby w normalnym domu, uruchamiany był alarm przeciwpożarowy - ot tak, bez powodu, albo żeby jedna rodzina zajmowała cały autobus odwożący dzieci do szkoły... Już nie wspominając o szalonych zakupach! Nie brakuje oczywiście sprzeczki o chłopaka, czy innych nastoletnich problemów...
 
źródło
Beardsley'owie
Coś lekkiego...

Film jest nie-sa-mo-wi-ty! I polecam go serdecznie, ponieważ można naprawdę się uśmiać, a dodatkowo jest możliwość poznania gamy nowych aktorów! Poza tym nie oszukujmy się, zainteresowałam was wojenką BeardsleyVsNorth, nieprawdaż? Ja do powyższej produkcji powrócę jeszcze nie raz, pewnie szczególnie wtedy kiedy mój humor nie będzie się do niczego innego nadawał. Nie wiem co jeszcze mogę dodać. Scenariusz jest świetnie napisany, realizacja równie udana... same pozytywy! 

Film jest rewelacyjny i myślę, że nie ma powodu bym zaniżała ocenę, także wystawiam: 

6/6


Pozdrawiam!
Sherry