niedziela, 25 maja 2014

Film: "Dary Anioła. Miasto kości"

źródło
Tytuł: Miasto kości
Oryginał: City of Bones
Typ: Ekranizacja książki
Gatunek: Fantasy
Premiera: 21 sierpnia 2013

Wiem, że recenzji tego filmu na blogach jest mnóstwo, ale dziś, korzystając z okazji, chciałabym wyrazić swoje własne odczucia na temat ekranizacji pierwszej części "Darów Anioła". Może być ona zgoła odmienna od reszty, więc zapraszam do dyskusji w komentarzach. Wszystkie swoje... zarzuty, wyrzuty i tak dalej, postaram się logicznie uargumentować, żeby komuś nie przyszło do głowy, że jestem hejterką. Zapraszam.

Fabuła

Film opowiada o nastoletniej Clary Fray, która pewnego dnia odkrywa, że należy do niezwykłej kasty Nocnych Łowców, półaniołów, którzy od wieków toczą zaciekłą walkę z hordami demonów w obronie naszego świata. Gdy w tajemniczych okolicznościach znika matka dziewczyny, Clary przyłącza się do Nocnych Łowców i wkracza do alternatywnego podziemnego świata, zamieszkiwanego przez wampiry, wilkołaki czy czarownice. Obdarzona wyjątkowym darem dziewczyna będzie musiała stanąć do walki nie tylko o życie matki, ale i o bezpieczeństwo ludzkiej rasy, która żyje nieświadoma ogromnego niebezpieczeństwa... 

źródło

Opowieść o tym, jak w kilku krokach zepsuć film

Na ekranizację "Miasta kości" tysiące nastolatek na całym świecie czekało z zapartym tchem. Po oglądnięciu filmu wypływały same pozytywne recenzje, o genialnych efektach specjalnych, grze aktorskiej, blablabla. Ja osobiście, nie jestem fanką ekranizacji książek. Według mnie, niszczą one, czasami naprawdę interesujące książki (z paroma wyjątkami, jak Harry Potter czy Władcy Pierścienia). Film, bądź co bądź postanowiłam oglądnąć, aby się przekonać czy rzeczywiście twórcy sprostali zadaniu. Jaka była moja reakcja po skończeniu seansu? Miałam ochotę jechać do USA i roztrzaskać głowę reżysera o puchową poduszkę. Autentycznie. 

Ale od początku: film od pierwszej minuty nie zaciekawił mnie, ba! Nie potrafiłam skupić się na treści. Wydarzenia przedstawione były bardzo chaotycznie, i gdybym nie wiedziała, że jest to ekranizacja książki, pomyślałabym, że to całkiem niezależna produkcja. Gdy w końcu sytuacje zaczęły się pokrywać z fabułą powieści, którą całkiem lubię, wszystko po kolei zaczęło się sypać. Ilość logicznych błędów była zatrważająca. Klan Nocnych Łowców kojarzył mi się z jakąś słabą rockową kapelą, albo grupą emo-dzieci, które nie wiedzą co ze swoim życiem zrobić. Jak na ludzi, którzy całe swoje życie spędzili na trenowaniu, ich głupota i naiwność wydawała mi się po prostu śmieszna i kiczowata. 

Nie było odpowiedniego klimatu, a pentagramy i inne tego typu "mistyczne" oznaczenia, nie zdołały uratować produkcji. Bardziej kojarzyły mi się z jakimś goth-stowarzyszeniem, aniżeli z klanem wojowników. Wielka szkoda, że za produkcję nie wzięli się np. twórcy tak genialnego i wielbionego przeze mnie Supernatural, gdzie groza i nutka tajemniczości jest wręcz namacalna. 

źródło
Gdzie księżniczka spotyka swojego księcia...

Przejdźmy do kolejnego punktu mojej recenzji, a mianowicie: obsady aktorskiej. To właściwie tylko ze względu na nią postanowiłam poświęcić te cenne dwie godziny na seans. Spodziewałam się - naprawdę spodziewałam się, że Lily Collins i Jamie Campbell podołają zadaniu. Niestety. Gra aktorska była po prostu słaba. Inaczej się tego nie da określić. Postać Jace'a straciła charyzmę książkową i urok osobisty, a tak zwane "śmieszne odzywki" powodowały u mnie tylko niesmak i niezadowolenie. Clary w filmie prezentowała się nad wyraz słabo, jak na kogoś kto posiada super moce i ma uratować świat przed złem. Wątek romantyczny: ona spotyka jego, wpada mu w ramiona, całują się w deszczu był dla mnie obłędnie śmieszny i pełen schematów. Postacie wypadły powierzchownie, prostacko, banalnie i... pusto. Jedynie Robert Sheehan - mój ulubieniec zresztą, w roli Simona i Godfrey Gao, jako Magnus prezentowali się jako tako. Nieźle wypadł też Kevin Zegers, kolejny lubiany przeze mnie aktor, choć wtrącenie wątku homoseksualnego, o ile w książce mi nie przeszkadzało, tu zdecydowanie denerwowało. Było po prostu sztuczne. Rozpaczam po Jonathanie Rhysie Meyersie, który grał Valentina, bo chociaż zrobił to dobrze, to sama postać złego, złego tatusia, była wręcz obrazą dla czarnych charakterów, typu Voldemort i Lord Vader. Tak swoją drogą: Luke, Leia - Clary, Jace - czy tylko ja tu widzę marną podróbę?

źródło
Błędy, błędy i jeszcze raz błędy

Już pomijając fakt, że Nocni Łowcy mają mentalność rozhisteryzowanej nastolatki, to sama postać Hodge'a w roli wielkiego mędrca wydawała mi się nie na miejscu. Wydawać by się mogło, że jest kolejnym Dumbledorem czy Gandalfem, a tu okazuje się, że tak po prostu, naiwnie daje sobą pogrywać wielkiemu, złemu i tak dalej, i tak dalej. 

Coś co autentycznie spowodowało szok? Muzyka Bacha przy wywoływaniu demonów. Poważnie? Poważnie? 

Niezgodności z książką, pomijania istotnych szczegółów, dodawania od siebie jakiś kosmicznych sytuacji już nie skomentuję, ponieważ nie mam siły. Wzorowanie wilkołaków na gang motocyklistów i sytuacje z zamrożonymi demonami, których można było zabić skoro były nieruchome, również pominę. Nie mam ochoty się denerwować. Dla fanów produkcji może zatem powiem co mi się podobało: efekty specjalne były całkiem niezłe. I tyle w tym temacie.

źródło

Happy end i wracamy do domu

Zakończenie filmu było tragiczne, tra-gi-czne i nie zdołało uratować całości, mimo że liczyłam, iż tak się stanie. I wiecie co? Nawet bym się cieszyła, gdyby twórcy zrezygnowali z kolejnych części i przestali niszczyć mi psychikę przez takie twory. 

Cóż mogę dodać na podsumowanie? Film idealnie nadaje się na półkę z ekranizacją Zmierzchu. Myślę, że był on produkowany pod rozchichotane, zakochane w Jacie nastolatki, bez obrazy oczywiście. Mnie, zawiódł na wszystkich możliwych płaszczyznach. Rozgoryczenie roku, przynajmniej jeśli chodzi o filmy. 

Dziękuję za uwagę, 
pozdrawiam.

Sherry


2 komentarze:

  1. Nigdy za darami nie przepadałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja, swego czasu lubiłam ksiązkową historię, ale... powiedzmy po paru latach zrozumiałam kilka rzeczy :)
      Pozdrawiam,
      Sherry

      Usuń

Witaj wędrowcze!

Jeśli już pojawiłeś się na Feniksie, byłabym wielce rada, gdybyś był łaskaw pozostawić po sobie jakiś ślad - znak swojej obecności. Nawet nie wiesz ile radości sprawia mi, czytanie komentarzy innych ludzi.

Na każdy z nich odpowiadam (prędzej czy później). :)
Pozdrawiam,
Sherry