piątek, 10 lipca 2015

Ulubieni aktorzy - część 10

źr.
Cześć!

Po dłuższej przerwie, powracamy do spisu ulubionych aktorów Sherry! Cieszycie się? No to lecimy.


źr.
42. Taron Egerton

Faza na Brytyjczyków trwa, oczywiście, a dziś mam okazję zaprezentować wam kolejnego pana z najcudowniejszym na świecie akcentem. Taron, proszę państwa - TARON. Ma dwadzieścia pięć lat, pochodzi z Walii, wygląda obłędnie w garniturze i jest SINGLEM! To ideał, po prostu ideał. Już wkrótce dojdzie do wniosku, że Sherry to najlepsza kandydatka na żonę, ale o czym to ja... A tak! Taron.

Poznałam go dzięki jednemu z najlepszych filmów z tego roku, który premierę miał w Walentynki! I tak, moje drogie panie - poza Grey'em, inny film, też miał wtedy swoją premierę. Film tak epicki, tak nieprawdopodobnie wspaniały, że gdyby nie podnieta sado-maso, zmiażdżyłby ekranizację książki James, jak irytującego komara. Chodzi mi oczywiście o "Kingsmana. Tajne służby", gdzie Taron wcielił się w jednego z głównych bohaterów - Eggsy'ego, szkolonego na agenta tajnych służb. W doborowym towarzystwie innego mojego ulubieńca - Colina Fitrha, Taron zapewnił widzom masę emocji, masę atrakcji i rozrywki i świetną zabawę!

Ja osobiście, jestem nieprawdopodobnie oczarowana Taronem, oglądnęłam chyba wszystkie możliwe wywiady z nim i z każdym kolejnym, upewniałam się w przekonaniu, że jest absolutnie wspaniały. Gdzie jeszcze zobaczymy Tarona? Na pewno w kontynuacji "Kingsmana", ale to prawdopodobnie dopiero za jakieś dwa/trzy lata. Jest jeszcze intrygujący film, o którym wspominałam, bo tam też jest jeszcze inny mój ulubieniec - Colin Morgan, a także jeszcze inniejszy ulubieniec - Kit Harrington, a tytuł to - "Testament of Youth"



źr.
43. Bob Morley

Postaram się nadmiernie nie zachwycać, żeby nie było, ale wiecie, on gra Bellamy'ego (!!!) w "The 100", które wiecie, że ABSOLUTNIE KOCHAM, więc... przygotujcie się psychicznie, na to co zaraz nastąpi. 

Bob, a właściwie Robert Morley, pochodzi z Australii i ku zdumieniu wszystkich, a przede wszystkim mnie - ma trzydzieści lat na koncie. Zupełnie na tyle nie wygląda, ale wiecie, to magia Hollywoodu, fontanna młodości i tak dalej. O ile dobrze pamiętam, w początkowych produkcjach z nim, miał nawet ten fajny, australijski akcent, ale na chwilę obecną, nie pozostał z niego nawet ślad, co nie oznacza, że Boba kocha się mniej niż można. Jak już obejrzycie "The 100", materiały zakulisowe, wywiady i tak dalej, to sami zobaczycie, że jego się NIE DA NIE LUBIĆ. 

Czemu ja go kocham? No chyba wiadomo. Bellamy, heloł? On jest... GWIAZDĄ tej produkcji, wraz z Elizą, która gra Clarke. Są nie do pobicia, uwielbiam śledzić ich losy, a co ciekawe - to nie pierwsza produkcja, w której pojawili się wspólnie. Wcześniej można było zobaczyć ich razem w "Sąsiadach".  Ogólnie, Bob ma kilka projektów za sobą, ale zdecydowanie najgłośniejszą jest "The 100" i to na tym serialu powinniście się skupić, jeśli chcecie go poznać. Do czego ja oczywiście zachęcam, jako wielka, wielka, wielka fanka Setki. :) 



źr.
Elizka&Bob <3

źr.

On jest nieprawdopodobnie wspaniały, jest kwintesencją wspaniałości! I byłby w spisie ulubieńców dużo wcześniej, ale musiałam poczekać do końca sezonu pierwszego "The Flash", ponieważ... no, po prostu musiałam. A teraz w końcu jest, cudowny i czarujący jak zwykle. Grant Gustin, moi drodzy!

Thomas Grant Gustin, pochodzący z Wirginii, dwudziestopięciolatek to chłopak tak uroczy, tak niesamowicie cudowny, że nie da się nie wzdychać przy wymawianiu jego nazwiska, gdy już poznało się produkcje z nim + oglądnęło całą masę wywiadów, filmików pozakulisowych i tym podobnych bzdur, które zapewniają rozrywkę typowym fangirl, jak mnie, na przykład. 

No dobra, o co chodzi z fenomenem Granta... Mmm. Pierwszy raz, spotkałam się z nim chyba w jego gościnnej roli w "90210", ale zapomnijmy o tym, bo nie cierpię tego serialu, także, skupmy się na kolejnej produkcji i kolejnej gościnnej roli w "Glee"! Jeeej. <fanfary>

Co prawda sam Grant, w wywiadzie przyznał, że nie cierpiał swojego bohatera - Sebastiana Smythe, ale serio? Kto go kochał? To znaczy, kto by go kochał, gdyby go nie grał cudowny Grant? Powiedzmy sobie szczerze, że Sebastian to dupek, ale dzięki tej roli, dowiedzieliśmy się, że Grant absolutnie wspaniale śpiewa i tańczy (+ potrafi stepować, ale to wiem dzięki video z czasów gdy chodził na Uniwersytet. Urocze!) i... wygląda super atrakcyjnie w roli bad boya. 



Następnie był oczywiście "Arrow", gdzie Grant zauroczył mnie w roli Barry'ego, który był tak nieporadny, a jednocześnie tak błyskotliwy i diabelsko inteligentny. Na nasze szczęście, twórcy zobaczyli potencjał i w ten sposób powstał "The Flash" - serial poświęcony Barry'emu, poświęcony temu cudownemu osobnikowi, w którym w tym momencie jestem zakochana do nieskończoności. Do kwadratu. Czekamy na drugi sezon bo pierwszy skończył się w taki sposób, że argh!

Tak poza tym, niestety, cudowny Grant jest zajęty, ale co tam! Ważne, że wciąż możemy się nim zachwycać, prawda? Nawet jeśli Flash to nie jest jego ulubiona postać superbohatera. Uważam, że jego obsesja na punkcie Supermana - ma nawet tatuaż potwierdzający miłość do niego - jest przeurocza! Niemal tak jak moja obsesja na punkcie... Hm. Granta. 

Ej, tak z innej beczki, wiedzieliście, że był brany pod uwagę do roli Finnicka w "W pierścieniu ognia"? Gdyby nie fakt, że Sama również kocham, byłabym niepocieszona, że Grant nie dostał angażu. 




No, jak na razie wystarczy.

Chciałam wstawić czterech panów, ale wydaje mi się, że byłoby za dużo. Także na kolejną dawkę panów-ulubieńców Sherry, poczekacie sobie do... następnej notki tego typu. :)

Pozdrawiam!
Sherry