Napiszę wprost: nie mam pojęcia jak zacząć tą recenzję. Wolałabym już przejść do akapitu, w którym zwierzam się ze swoich własnych odczuć na temat tego dzieła, a przemilczeć fakt, iż w książce miała miejsce jakakolwiek fabuła, bo wiem, że cokolwiek bym nie napisała, to moje słowa i tak, nie byłyby w stanie przedstawić choćby ułamka tego co można znaleźć w powieści Colleen Hoover. A jednak... tak się nie godzi. W końcu jaka byłaby ze mnie recenzentka, jeśli skazałabym was na czytanie urywek zdań, nie potrafiących w pełni wyrazić moich uczuć po skończeniu tej lektury? W takim razie, napiszę czego się obawiałam w związku z moim pierwszym spotkaniem z twórczością autorki. Po tych wszystkich pozytywnych recenzjach, w których recenzenci, wylewnie i bardzo, bardzo pochwalnie wyrażali się o obiekcie recenzji, bałam się, że tak jak w przypadku powieści Greena, czar pani Hoover na mnie nie zadziała. Że znów okaże się, iż jestem dziwadłem i nie umiem należycie przeżywać książek. Że nie umiem patrzeć tak jak pozostali i nie dostrzegam geniuszu danej pozycji. Bałam się, że
"Hopeless" nie zrobi na mnie tak wielkiego wrażenia jak na reszcie. Bałam się, że nie zrozumiem jej fenomenu i znów będę musiała się tłumaczyć, dlaczego jestem taką beznadziejną czytelniczką. Bałam się... i to sprawiło, iż mimo, że marzyłam o tej powieści, nie mogłam w nią uwierzyć. W nią i w siebie. Ale przecież zawsze trzeba mieć...
nadzieję.
Sky jest
prawie-osiemnastolatką, która po raz pierwszy w życiu, pójdzie do szkoły. Do tej pory, przez trzynaście lat, od czasu adopcji, dziewczynę indywidualnie w domu, uczyła matka. Matka, która - trzeba to zaznaczyć - jest antyfanką wszelkich nowinek technologicznych, więc Sky dorastała bez komputera, bez telewizora, bez internetu, bez komórki, bez... niczego co ma związek z technologią. Ale wiecie jak to jest - dorastająca młodzież
(a szczególnie w wieku siedemnaście/osiemnaście lat) zaczyna się buntować. Oznaką buntu u Sky, była przemożna chęć, odczucia tego co jej rówieśnicy - uczęszczania do publicznej placówki edukacyjnej. Czy mamy prawo ją obwiniać o to, że chciała zasmakować prawdziwego życia? Czy ona sama, zdecydowałaby się na ten krok, gdyby wcześniej wiedziała, że jej jedyna przyjaciółka - Six, w czasie, gdy Sky pójdzie do szkoły, wyjedzie na zagraniczną wymianę? A w tym czasie sama Sky pozna chłopaka, o przeszłości wręcz nafaszerowanej tajemnicami? Chłopaka tak niepojęcie zagadkowego, impulsywnego i narwanego, jak niespokojny nurt rzeki?
Sky pokochałam. Szczerze, nieodwołalnie, miłością czystą i nie do przebicia. Była bohaterką tak... cudownie realistyczną, tak cudownie odważną, a jednocześnie ze swoimi słabościami, tak wesołą, a jednocześnie zdolną walczyć o swoje, tak... mało naiwną, że nie dało się ją obdarzyć innym uczuciem. I o ile zazwyczaj nie znoszę głównych bohaterek, bądź zwyczajnie są mi obojętne, to Sky właśnie stała się moją ulubienicą. I zostanie nią na zawsze. Po prostu to wiem. Holder... Holder był dla mnie taką samą zagadką jak dla Sky. Niesamowicie przystojny, ale również humorzasty... Nigdy nie można było do końca przewidzieć jego następnego ruchu. Ale z ręką na sercu muszę przyznać, że nie tylko serce Sky zdobył. I mimo tej wyboistej drogi, jaką zaserwowała czytelnikom autorka, mimo niedomówień, mimo tajemnic, mimo ich odkrycia, mimo kłamstw, mimo szczerości, mimo zła, mimo trudu, oddałam mu własną duszę i nie żałuję. Dlaczego nie żałuję? Bo fakt, że moje jestestwo przeniosło się w skórę Sky, sprawił że wszystko: emocje, wzloty i upadki, przyjmowałam wraz z bohaterką. Z minusami i plusami, tegoż faktu. Każde jej słowo, każdy jej gest, był moim gestem i moim słowem. Każda jej myśl, gościła również w moim umyśle. Jak więc żyć po skończeniu książki? No właśnie - jak? Do tej pory, a recenzję piszę kilka godzin po ukończeniu
"Hopeless" , zastanawiam się nad odpowiedzią na to pytanie. Bo jak egzystować dalej, skoro cząstkę siebie, oddałam historii pani Hoover?
Nienawidzę tej książki. Nienawidzę tego co ze mną zrobiła. Nienawidzę tego, że wiem, iż teraz każdą powieść, którą przeczytam będę porównywać do "Hopeless". Nienawidzę świadomości, że żadna już nie wyda mi się już dostatecznie dobra. "Hopeless" mnie zniszczyło. Rozbiło na kawałki, podeptało po nich, a później próbowało odbudować to co z nich zostało. Moje myśli, moje czyny, moje słowa. Nagle stały się tak mało istotne. Wszystko co znałam, co kochałam, poświęciłam dla ksiązki pani Colleen Hoover. Czuję się tak pusta we własnym ciele, jak nigdy dotąd. Pusta... a jednocześnie pełna o przepiękne, a także dramatyczne doświadczenia. Pełna o miłość, o doświadczenie, o żal, o siłę Sky. Pełna o tragedię, wspomnienia i przeszłość bohaterów powieści.
"Hopeless" nie jest o miłości. Choć również i ją zawiera.
"Hopeless" nie jest o tragedii. Choć również i ją zawiera. Jest o wszystkim co znamy, a jednocześnie wszystkim co nowe.
"Hopeless" to nie zbiór przypadkowych słów i kartek. To emocje, uczucia i doświadczenia, raniące do żywego. To więzy, czyny i gesty rozdzierające na pół. To życie, ze wszystkimi dramatami i uniesieniami, z nim związanymi. Ta historia i wszystko czego doświadczyłam podczas czytania... Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy będą patrzeć na tą książkę w ten sam sposób co ja, bo wiem, że nie na wszystkich zrobi takie wrażenie. Ale po tym co przeżyłam... nie mogę znieść myśli, że ktoś mógłby zrezygnować z lektury tej powieści. Zrezygnować, nie obdarzywszy najmniejszym zainteresowaniem. Jak można ignorować coś, co stało się mną? Coś, co bezczelnie ukradło kawałek mojej duszy? Nie niszczcie mnie - przeczytajcie.
Kocham tą książkę. Kocham za to co ze mną zrobiła. Kocham to, że wiem, iż teraz każdą książkę, którą przeczytam będę porównywać do "Hopeless". Kocham świadomość, że żadna nie wyda mi się już dostatecznie dobra. Będę o niej myśleć, gdy będę brała do dłoni czytnik ebooków. Będę o niej myśleć, gdy będę jadła snicersa. Będę o niej myśleć, gdy na moją komórkę przyjdzie jakikolwiek sms -
(Nie pytajcie, to ma związek z książką). Nie wiem czy jestem w stanie ją wam polecić, choć oczywiście polecam. Chcę, by każdy na tej cholernej planecie, przeżył to co ja. Chcę, by każdy obdarzył tą powieść jakimkolwiek uczuciem. Negatywnym, pozytywnym, nieważne. Byle tylko nie pozostawiać jej bez niczego. Byle tylko nie narażać jej na ignorancję. Jest przejmująca. Wzruszająca. Zabawna.
Intensywna. Drastyczna. Smutna. Pełna akcji. Pełna dowcipu. Pełna emocji. Pełna uczuć. Pełna pasji. Pełna miłości. Pełna bólu. Błyskotliwa. Absolutnie-prze-fantastyczna. Pełna mojego uśmiechu. Pełna moich łez. Chciałam rozedrzeć ją na pół. Chciałam ją przytulić. Chciałam na nią krzyczeć. Chciałam jej zbudować ołtarzyk w pokoju. Dlatego pytam. Colleen Hoover - coś ty ze mną, do diabła, zrobiła?
Nie wyobrażajcie sobie, że dam inną ocenę.
10/10
Choć kusi mnie, by wymyślić nową skalę.
Pozdrawiam,
Sherry