środa, 30 lipca 2014

"Szamanka od umarlaków" - Martyna Raduchowska

źródło
Szamanka od umarlaków
Autorka: Martyna Raduchowska
Wydawnictwo: Fabryka słów
Data wydania: 3.06.2013
Liczba stron: 402

Ci, którzy już od jakiegoś czasu odwiedzają mojego bloga, pewnie wiedzą, że niezbyt lubię polskich autorów i naprawdę rzadko sięgam po ich książki, ponieważ w przeszłości dane mi było zaznać nieprzyjemnych rozczarowań. Dziś jednak, pragnę zaprezentować wam powieść autorki, która jest naszą rodaczką i której twór - o dziwo, spodobała mi się. Co było tego powodem?

Ida Brzezińśka jest medium, które najchętniej rzuciłoby swój "dar" w trzy diabły i wiodło "normalne" życie, pozbawione magii. Nie ma jednak tak łatwo, zwłaszcza jeśli twój ojciec to mag, matka - czarownica, babcia - jasnowidzka i ciotka - medium. Ida dostrzega szansę ucieczki od paranormalnych spraw, w przeprowadzce do Wrocławia i studiach. A jednak na miejscu okazuje się, że uciekanie od magii, tylko ją do niej przybliżyło i koniec końców, trzeba pogodzić się z faktem, że Pech to wyjątkowe bydle, które Idze łatwo nie odpuści. Zwłaszcza gdy na horyzoncie pojawia się krewna Tekla... która jest nad wyraz irytująca, apodyktyczna i zrzędliwa... A na dodatek twierdzi, że Ida musi się u niej wyszkolić na dobre medium. Bo innego wyjścia nie ma.

"Postawmy sprawę jasno. 
Ida nie ma Pecha. 
To Pech ma Idę."

Główna bohaterka to nad wyraz sympatyczna persona, którą nie dało się nie polubić. Jest silna, wygadana, uparta i waleczna. Jej niechęć do magii tylko ubarwia opowieść Martyny Raduchowskiej, która pełna jest nagłych zwrotów i dynamizmu. Do kreacji postaci naprawdę nie można się przyczepić. Bohaterowie byli normalni, bardzo rzeczywiści i to sprawiało, że czytelnik łatwo mógł sobie ich wyobrazić, a także utożsamić się z tym specyficznym tokiem rozumowania autorki. Widać, że pani Martyna miała wszystko bardzo dobrze rozplanowane, gdyż pojawianie się każdego nowego imienia na kartkach powieści, miało uzasadnioną przyczynę i skutek. Żadna postać nie była przypadkowo napotkaną osobą, a każda relacja poszczególnych bohaterów z Idą, przypominała oddzielną historię.

Narracja trzecioosobowa sprawia, że czytelnik jest w stanie obserwować wydarzenia i sytuacje, o których Ida nie ma najmniejszego pojęcia (do czasu). Zgrabne pióro autorki, łatwo i płynnie łączy kolejne wątki, a akcja płynie nieprzerwanym strumieniem, więc czytelnik nie ma szans zaznać nudy. Świat duchów, medium, zjaw, demonów i innych istot nadprzyrodzonych, bardzo wyraźnie przeplata się z losami bohaterki, a uczestnicząc wraz z Idą w kolejnych przygodach i wydarzeniach, czytelnik sam przeżywa wszystko co się dzieje na kartkach powieści. I w dodatku ten specyficzny, ironiczny, okraszony dowcipem język autorki! Widać, że w pisaniu, czuje się jak ryba w wodzie, bo historia z jej ręki wychodzi tak zabawnie, tak naturalnie, jakby Martyna Raduchowska nie pracowała nad książką, a po prostu dobrze się bawiła, a czytelnik - dobrze bawił się razem z nią. Nie zliczę momentów, w których przygody Idy z nadnaturalnym światem, przyprawiały mnie o wybuchy śmiechu, bo było ich naprawdę mnóstwo.

To co, nie podobało mi się w książce Martyny Raduchowskiej, to pewna obserwacja, a mianowicie: jak dla mnie powieść dzieli się na trzy zasadnicze części, a każda z nich, mogłaby stanowić oddzielne książki. Po skończeniu "Szamanki od umarlaków", miałam wrażenie przesytu, jakby po prostu autorka chciała za dużo elementów pomieścić w swojej książce. I to sprawiło, że po przeczytaniu jej, byłam zmęczona wątkami, zmęczona akcją, zmęczona niebezpieczeństwem, a nawet doskonałym humorem. I choć naprawdę bardzo pragnę przeczytać kontynuację książki, to w pewnym stopniu, czuję się zawiedziona, że nie wszystkie uczucia po pierwszym tomie były jak dla mnie pozytywne. I w tym miejscu mogłabym się także przyczepić do braku wątku miłosnego, aczkolwiek tej nieobecności praktycznie nie było czuć, aż do końca, natomiast ostatnie rozdziały powieści, zwiastują coś... naprawdę ciekawego w kontynuacji, dlatego nie sądzę, żeby ktoś poczuł się rozczarowany.

„Czy jeszcze do ciebie nie dotarło, że wpadłaś jak śliwka w gnój?” 

Pani Martyna Raduchowska w swojej książce, rzucała głównej bohaterce mnóstwo kłód pod nogi, a obserwowanie kolejnych prób radzenia sobie Idy z nowymi problemami, było nie lada rozrywką, do której z tego miejsca, serdecznie zachęcam. Jest niewiele polskich pisarzy, których mogę polecić, a jednak autorkę "Szamanki od umarlaków" muszę, bo innej opcji nie widzę. Na tego, kto zdecyduje się poznać tą lekturę, czeka mroczny świat duchów, masa dowcipnych dialogów i zabawnych sytuacji, akcja, której końców nie widać, a także rewelacyjny sposób, na przeżycie doskonałej przygody w świecie paranormal. Zdecydowanie jest to pozycja godna uwagi i warta polecenia.

8/10
Pozdrawiam,
Sherry


poniedziałek, 28 lipca 2014

Serial: "Hannibal" sezon 1

źródło
Serial - 2013
Sezon 1
Liczba odcinków: 13

źródło
Serial Bryana Fullera - scenarzysty i producenta między innymi "Herosów", skupia się na postaci sławnego z książek Thomasa Harrisa mordercy - Hannibala, a jednak przynosi ze sobą taką świeżość jakiej nie mogli się spodziewać fani powieści czy filmów nakręconych na jej podstawie. Will Graham to konsultant FBI z nieprzeciętnym darem, dzięki któremu pomaga w śledztwach agentowi specjalnemu Jackowi Crawfordowi. Potrafi on bowiem analizować umysły sprawców zbrodni. Choć "analizować" nie jest słowem, które mogłoby w pełni określić zakres jego zdolności. Graham nie tylko łączy fakty na podstawie dowodów, ale dzięki ogromnej wyobraźni i sile umysłu, potrafi wniknąć w umysł zabójcy, a ze swoich wizji w głowie, umie stwierdzić motywy zabójcy, przebieg zdarzeń i określić tożsamość sprawcy. Jednak umiejętność ta, choć pomocna i niespotykana, sprawia że Will zmaga się ze skutkami ubocznymi wizji. Nie chcąc, by całkiem zgubił własną tożsamość, Jack Crawford przydziela Grahama pod opiekę psychiatry - dr Hannibala Lectera, który z czasem nie tylko będzie pomagał mierzyć mu się z przekleństwem, ale i doradzał w śledztwach. 

źródło
"- Nie zabiłeś go.
- Myślałem o tym. Wciąż nie jestem pewien swoich intencji. 
- Jeśli chciałeś go zabić, to dlatego, że przejrzałeś JEGO intencje. Jest w tym coś pięknego. Gdy przeważa wyparty odruch."

Wiecie czego najbardziej nie lubię w ludziach? Fałszu i dwulicowości. A wiecie co reprezentuje sobą Hannibal Lecter? Fałsz i dwulicowość. Możecie się zatem domyślić, że (łagodnie rzecz ujmując) nie znoszę tytułowego bohatera. I to nie tylko dlatego, że pod maską eleganckiego, chłodnego, surowego psychiatry, skrywa twarz potwora-mordercy. Ani nie dlatego, że jest kanibalem i zjada - serio zjada! ludzi. Ani nie dlatego, że oszukuje wszystkich wokół i zgrywa dobrego, podczas gdy jest najgorszym, z żyjących morderców. Nienawidzę Hannibala Lectera, ponieważ zgrywał przyjaciela mojego ulubieńca - Willa Grahama, podczas gdy... bezczelnie wykorzystywał zdolności domniemanego kolegi. A z czasem jego perswazje, manipulacje i sztuczki osiągnęły taki poziom i doprowadziły do takich sytuacji, że po ostatnim odcinku pierwszego sezonu byłam gotowa przysiąc, że gdybym kiedykolwiek spotkała aktora, który grał Hannibala, zadusiłabym go własnymi rękami, bo już sama jego twarz wywoływała u mnie furię i żądzę mordu. 

źródło
źródło
Po poprzednim akapicie pewnie zastanawiacie się, czy skoro tak nienawidziłam Hannibala, cały serial upadł w moich oczach. A skąd! Pragnę was zapewnić, że było wręcz przeciwnie! I to nie tylko za sprawą postaci Willa Grahama (o którym rozpiszę się w kolejnych akapitach zapewne). O ile naprawdę nie znoszę thrillerów i horrorów, to jednak "Hannibal" był serialem tak genialnym, że oczywiście musiał się wpisać na listę moich ulubionych. Przede wszystkim - sprawy zabójstw z jakimi musieli się mierzyć agenci FBI i Will - wizualnie: masakryczne, krwiste, okropne i przez to właśnie fantastyczne! Musicie wierzyć na słowo, że nie znoszę widoków zwłok, gdyż należę do populacji osób, które są bardzo wrażliwe i delikatne. Aczkolwiek to co sprezentowali nam twórcy "Hannibala"... Niesamowite widowisko! Oprócz rewelacyjnie skonstruowanych śledztw i masakr, to co mnie zauroczyło to profile psychologiczne postaci. Bezbłędne. Tak zawiłe, tak skomplikowane, ale bezbłędne i piękne. Nie jestem w stanie słowami oddać wam mojego uwielbienia to tego thrillerowego aspektu serialu. To trzeba zobaczyć na własne oczy! 

źródło
"- To zabójstwo to przedstawienie.
- Życie to zalążek muzyki. Jak w muzyce, jesteśmy jak przedstawienie, unikalne zestawienie, czasem w harmonii, czasem rozstrojeni.
- A czasem nie warci słuchania."

Do tego wszystkiego, dochodzą jeszcze wątki poboczne i główny, czyli relacja Grahama z Hannibalem. Obydwoje są postaciami nieprzeciętnymi, a gdy wspólnie łączą siły, tworzy się tak znakomity duet, że naprawdę nie sądzę, by ktokolwiek mógł go przebić. Trudno jednakże nazwać więź, która ich łączy. Przyjaźń? Nie sądzę, zwłaszcza po tym co wyczyniał Hannibal w końcowych odcinkach sezonu pierwszego (bez spoilerów). Przywiązanie? Na pewno, ale na jakim poziomie? W każdym razie, obserwowanie tej dwójki na ekranie było absolutnie fantastyczne, a ich dialogi... Rozpływałam się z każdym słowem jednego czy drugiego. Ich inteligentne rozmowy były powodem różnych moich refleksji nad ludźmi i ich postępowaniem. A w tle oczywiście słychać było klimatyczną muzykę... Powiem tak: dźwiękowcy i Brian Reitzell (kompozytor soundracku) spisali się na medal. Przy niektórych scenach miałam autentyczne dreszcze. 

źródło
"- Nie jest rozsądnie denerwować człowieka, który zastanawia się czy nie zabijać zawodowo."

Nie będę dłużej trzymać was w niepewności i zdradzę wam powód mojej miłości do serialu (nie licząc oczywiście wcześniejszych zalet). Ten powód ma imię i nazwisko - Will Graham. Will Graham, grany przez wspaniałego Hugh Dancy'ego. Will Graham, w którym zakochałam się chyba po dwóch scenach z nim, w pierwszym odcinku. I wiedziałam, już wtedy, że ten serial będzie genialny, o ile nie przez fantastycznie skonstruowaną fabułę i wątki poboczne, to właśnie dzięki konsultantowi FBI. A więc kimże on jest? Trudno to w pełni wyjaśnić, jeśli nie oglądaliście jeszcze serialu. Will Graham jest nauczycielem, po traumatycznych przeżyciach, którego Jack Crawford powołuje do roli konsultanta. Dzięki swojemu talentowi, dosłownie przeistacza się w zabójców, dlatego jest tak skuteczny w swojej pracy. A jednak przeistaczanie się w zabójców i branie udziału w masakrach ze swojej głowy, pozostawia na Willu ślady. Jak to powiedział Hannibal o tym zjawisku? Że Will nasiąka aurą morderców. Co oczywiście niesamowicie mocno wpływa na jego psychikę. 

źródło
"Lustro w twojej głowie może odbijać to co najlepsze w tobie, a nie to co najgorsze w innych."

Dzięki swojemu, podatnemu na wizje, umysłowi, Will musi radzić sobie z koszmarami, a z czasem także ze skutkami pracy w zawodzie. A te skutki... nie będę zdradzać szczegółów, ale muszę tutaj wspomnieć o tym, że są naprawdę katastrofalne i meganiebezpieczne. Nie tylko dla Willa, ale i dla innych ludzi. Will w serialu jawi się widzowi jaki taki biedny, biedny, biedny, biedny, biedny, biedny, smutny człowieczek, który jednak nie narzeka, ale gotów jest poświęcić swoje zdrowie psychiczne dla rozwiązywania zagadek, by inni byli bezpieczni. I o ile ja naprawdę nie znoszę tych biednych bohaterów i zawsze na nich narzekam, to Will wzbudzał we mnie tak pozytywne uczucia... On przypominał mi co uwielbiam w postaciach - patrz, wyraźnie wykreowany portret psychologiczny - a oprócz tego wzbudzał tak wielkie poczucie troski... Średnio sto razy na każdy odcinek, chciałam go przytulić (A średnio razy pięćset na odcinek, chciałam zabić Hannibala). Po pierwszym sezonie wiem jedno: Will to najbystrzejszy, najinteligentniejszy, w gruncie rzeczy najsilniejszy, najcudowniejszy, najwspanialszy bohater z jakim miałam do czynienia. Bo on nie tylko ratował ludzkie życia, nie tylko troszczył się o innych, nie tylko walczył z szaleństwem, ale i był po prostu kochany. Przygarniał bezpańskie psy i tworzył sobie swoją własną minirodzinę... Angażował się całym sercem w opiekę nad pewną postacią, po tym co spotkało jej ojca w pierwszym odcinku... Ufał Hannibalowi, myśląc że ten jest jego przyjacielem... A jednak nie tracił odwagi i mimo tego jak się skończył pierwszy sezon, jestem pewna, że Will się nie podda. Że Will będzie walczył i udowodni... swoje racje. 

źródło
źródło

"- Jeśli otworzysz te drzwi, nie będziesz mogła kontrolować co przez nie wejdzie. Jesteś na to gotowa?"

Cóż zatem mogę dodać na koniec? Odcinki pierwszego sezonu mają tytuły francuskich deserów i to nie bez przyczyny! Bowiem Hannibal jest znakomitym kucharzem i gdy tak przyrządzał te swoje dania, to naprawdę widz patrzył na nie myśląc tylko o tym, że jest głodny. I pewnie nawet gotów był zjeść dania przyrządzane przez Lectera i dopiero z czasem docierało do niego, z czego mogą być przyrządzane te potrawy... Ale nawet wtedy był głodny ^^  W serialu oprócz Willa i Hannibala, ważnymi bohaterami są też agent Jack Crawford, o którym już wspominałam, dr Alana Bloom, która także jest psychiatrą i dobrą znajomą Willa, pewna irytująca dziennikarka (serio, irytująca), a także postać... Postać, którą zarówno Will, jak i Hannibal otoczyli troską, godną ojców. Ale o tym więcej pisać nie będę, mam nadzieję, że sami postanowicie sprawdzić z czego bierze się fenomen "Hannibala" i dlaczego Sherry - zajadła przeciwniczka tego typu produkcji, koniec końców się w tej jednej, jedynej - zakochała. 

źródło
źródło
źródło
"Hannibala" z całego serca polecam i to nie tylko fanom znakomitych seriali czy thrillerów, ale w gruncie rzeczy - każdemu  z was. Bo skoro spodobał się mnie, to wam spodoba się tym bardziej. :) No i finał pierwszego sezonu! NA ZEUSA! Toż to, uczta dla oka i zarówno powód wściekłości Sherry. Drugi sezon zapowiada się... naprawdę... Intensywnie i mocno, więc nie zwlekając, biorę się za oglądanie, a wy - mam nadzieję, razem ze mną. :) Widzimy się już wkrótce, w recenzji kolejnego sezonu "Hannibala"

10/10
Pozdrawiam!
Sherry

źródło



No czyż to nie jest absolutnie-prze-słodkie?

źródło
źródło
źródło
źródło

sobota, 26 lipca 2014

"Dziennik Bridget Jones" - Helen Fielding

źródło
Dziennik Bridget Jones
Autorka: Helen Fielding
Oryginał: Bridget Jones's diary
Data wydania: 2000 r.
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 238

„Nie będę wpadać w depresję z powodu braku faceta - mam osiągnąć równowagę wewnętrzną oraz pewność siebie i czuć się osobą pełnowartościową i kompletną bez faceta, bo to najlepszy sposób, żeby faceta znaleźć.”

źródło
Tej pani nie trzeba nikomu przedstawiać - Bridget Jones, czyli trzydziestoletnia, samotna kobieta, której przygody, z książki, czy też filmu, zna zdecydowanie duża liczba osób. Zaczyna się Nowy Rok, czyli pora napisać listę postanowień i zacząć w końcu wcielać plany w życie. Także Bridget Jones pragnie zmian, bo czuje się naprawdę źle z myślą, że jest singielką i nie przeżywa super miłości, na miarę "Wichrowych Wzgórz". Wydaje jej się, że wszystko się ułoży gdy tylko rzuci palenie, zrzuci parę kilo i osiągnie tak zwaną: wewnętrzną równowagę. Pierwsze zalążki zmian, czekają na nią, kiedy wraca do pracy po sylwestrze, a jej szef - przystojny Daniel Cleaver zaczyna z nią flirtować. Jest to o tyle istotne, że kobieta była w nim zakochana już od jakiegoś czasu i czuje się naprawdę wyróżniona, widząc że w końcu mężczyzna ją zauważył. Jednak życie jest przewrotne, więc w drodze co celu, czeka na Bridget mnóstwo wzlotów i upadków, podczas których, w kryzysowych momentach, Bridget będzie musiała się starać, by nie utracić wiary w siebie i swoje postanowienia.

„Mężczyźni są egoistycznymi niewolnikami swoich popędów.”

źródło
Powieść pani Helen Fielding niczym antydepresant, zawiera w sobie wszystko to co potrzebne, by poprawić człowiekowi humor. Przede wszystkim, jest to świetna komedia przedstawiająca ponure życie singielki, która jest wobec siebie bardzo samokrytyczna, a żale i frustracje, przelewa własnie do swojego dziennika. Kreacja głównej bohaterki to mistrzostwo. Bridget jest bowiem do bólu zwyczajna. Mierzy się z problemami rodzinnymi, finansowymi, a w dodatku przeraża ją widmo samotnej starości. Tu trzeba zauważyć, że panna Jones, ma bardzo silny charakter, wspaniałe poczucie humoru, i nie daje się tłamsić. Swoich myśli, w dzienniku nie cenzuruje, więc oprócz wglądu w jej życie, mamy wgląd w jej głowę i możemy spróbować zrozumieć jej rok rozumowania. Prócz Bridget, w tle pojawi się istny orszak postaci, niemniej ciekawych od głównej bohaterki. Można tu przytoczyć choćby jej przyjaciół - feministki Sharon, Jude tkwiącej w toksycznym związku i homoseksualisty Toma. Następna jest matka Bridget, której bunt wobec nudnej, monotonnej teraźniejszości, staje się kłopotem nie tylko jej, ale przede wszystkich - najbliższych osób. Ale nawet mając własne plany i oczekiwania wobec życia, rodzina nie przestaje szukać dla Bridget męża, a według jej rodziców i ich przyjaciół, świetnym kandydatem na to stanowisko będzie dobrze ułożony adwokat - Mark Darcy, który niestety w oczach naszej bohaterki wypada bardzo sztywno i blado. Zwłaszcza przy przystojny, seksownym, pewnym siebie Danielu.

„Nasza kultura przywiązuje zbyt dużą wagę do wyglądu, wieku i pozycji społecznej, kiedy najważniejsza jest miłość.”

źródło
"Dziennik Bridget Jones" ma w sobie wszystko co trzeba. Genialny humor, mnóstwo zabawnych sytuacji, wspaniałą narratorkę, wątek miłosny i stale pędzącą akcję, pchającą czytelnika od jednego kłopotu Bridget, do drugiego. Dzięki energicznej, wręcz żywiołowej, przesympatycznej pannie Jones i dialogom, czytelnik parska śmiechem, średnio co parę wpisów, jeśli nie częściej. Książka bardzo różni się od niemniej sławnej ekranizacji, aczkolwiek nie jest wcale gorsza. Wręcz przeciwnie. Mamy tu mnóstwo nowych wątków, komentarze Bridget i różne rozwiązania wątków. Styl autorki jest lekki, wyraźny, przyjemny, co sprawia, że przez powieść brnie się w tempie ekspresowym. Przede wszystkim jednak, należy tu zwrócić uwagę na fakt, że dzięki przepięknemu i bardzo umiejętnemu przeniesieniu normalnego życia na papier, pani Helen Fielding, stworzyła coś wyjątkowego z - z pozoru niewinnego pomysłu. Mnie - lektura przypadła do gustu i natychmiastowo poprawiła nastrój, dlatego oczywiście "Dziennik Bridget Jones" niezmiernie polecam.

7/10
Pozdrawiam,
Sherry


czwartek, 24 lipca 2014

Film: "21 Jump Street"

źródło
Data premiery: 13 lipca 2012
Gatunek: Komedia kryminalna
Czas trwania: 1 godz. 49 min.

Powrót do liceum...

Czasami tak mam, że po prostu nachodzi mnie ochota oglądnięcia czegoś potencjalnie głupiego. W tym przypadku dobrze sprawdzają się właśnie komedie kryminalne, które bywają tak głupie, że aż śmieszne. Ostatnim razem, kiedy postanowiłam włączyć sobie coś na odmóżdżenie, traf padł na "21 Jump Street", czyli remake serialu z Johnnym Deppem o tym samym tytule. Fabuła filmowej wersji z roku 2012, której kontynuacja czyli "22 Jump Street" miała premierę w tym roku, kręci się wokół dwóch policjantów - Schmidta oraz Jenko, którzy są tak beznadziejni w swojej robocie, że ich zwierzchnicy postanawiają dać im do rozpracowania dziwną sprawę narkotykową. Aby dojść do źródeł, Schmidt i Jenko, będą musieli wrócić do... szkoły średniej. 

źródło
źródło
Schmidt, który raczej wspomnienia z tamtego okresu ma ponure, jest naprawdę pesymistycznej myśli, z kolei Jenko, dawna gwiazda szkoły średniej, w przeciwieństwie do kolegi, nastawia się na coś bardzo prostego. Wkrótce jednak okaże się, że szkoła średnia nie jest już taka sama, a zwyczaje i zachowania uczniów uległy zmianom. Jenko nie wydaje się już tak "fajny" jak był za czasów własnej młodości, a tymczasem dobrze w nowe towarzystwo wpasowuje się Schmidt. Czas powrotu do szkoły średniej może się dla niego okazać okazją, by zmienić znienawidzone i ponure wspomnienia na całkiem nowe, tym razem pozytywne. Może się okazać, że to Schmidt zabłyśnie i zabryluje towarzysko, podczas gdy Jenko stoczy się na dno. Ich przyjaźń jak również kariera zawiśnie na włosku. Czy uda im się doprowadzić sprawę do końca?

źródło
Muszę przyznać, że "21 Jump Street" chciałam obejrzeć nie tylko ze względu na fakt, że jest to komedia, ale przede wszystkim dlatego, że w filmie pojawia się mój ukochany aktor - Dave Franco, znany między innymi z roli Jacka w cudownej "Iluzji". Tym razem - Dave, wciela się w rolę bad guy'a - Erica, który jest równocześnie dealerem narkotykowym. Jest on także gwiazdą w szkole, uważaną powszechnie za "fajną". W swej roli, Dave wypadł tak brawurowo, że naprawdę - trudno było mi powstrzymać jęk zawodu, kiedy dowiedziałam się, że w kontynuacji filmu już go nie zobaczymy w głównej roli. W każdym razie, Schmidt zaprzyjaźnia się z Erikiem, by dotrzeć do jego zwierzchników, ale z czasem okazuje się, że przy Ericu, nieśmiały policjant po prostu czuje się dobrze. Jest doceniany. Lubiany. Błyszczy w blasku fleszy. I w dodatku może być blisko dziewczyny Erica - Molly, w której zakochał się na zabój, od pierwszego wejrzenia.
źródło
Perypetie Schmidta i Jenko są oczywiście usłane niepowodzeniami, ale to właśnie sprawia, że film jest... komedią. Oczywiście w "21 Jump Street" nie zabraknie głupiego humoru, mnóstwa przekleństw, aluzji seksualnych i tym podobnych bzdur, ale myślę, że fani odmóżdżających (głupich - ekhem) komedii, nie będą zawiedzeni. Ja, przy filmie bawiłam się naprawdę dobrze. Fakt, że występował w nim Dave Franco (przystojny, przystojny Daaaaave!) sprawił, że prawdopodobnie powrócę do produkcji w przyszłości, a zabawni, tak bardzo różniący się od siebie Schmidt i Jenko wzbudzili pewnego rodzaju sympatię, więc wiem, że kontynuację pierwszej części, oglądnę z przyjemnością. Poza tym, w filmie na chwilkę pojawił się nawet Johnny Depp! Jego rolka tam była dla mnie tak wielkim zaskoczeniem, że gdy już go zobaczyłam na ekranie, oniemiałam. W filmie akcji jest sporo, dynamizm przeplata się komizmem i zabawnymi wypowiedziami bohaterów. Tu trzeba zwrócić uwagę na fakt, że obydwoje w głębi duszy to fajtłapy, więc czeka ich sporo kłopotów w drodze co celu...

źródło
Czy polecam wam ten film? Sama nie wiem. Były momenty kiedy naprawdę śmiałam się przy nim na głos, były momenty kiedy po prostu uśmiechałam się do ekranu i przede wszystkim naprawdę miło mi się oglądało ten film. Co prawda znacznie lepiej by było, gdyby twórcy oszczędzili sobie takiej ilości przekleństw, ale... Jeśli ktoś lubi tego typu produkcje, lub po prostu musi odreagować przy czymś głupiutkim i odmóżdżającym, to "21 Jump Street" zdecydowanie się do tego nadaje. Ja tej produkcji daję ocenę dobrą i z niecierpliwością oczekuję spotkania z "22 Jump Street", by po raz kolejny zerknąć na perypetie dwóch przyjaciół. 

Pozdrawiam,
Sherry

źródło



wtorek, 22 lipca 2014

Obsydian - Jennifer L. Armentrout

źródło
Obsydian
Autorka: Jennifer L. Armentrout
Oryginał: Obsidian
Seria: Lux #1
Wydawnictwo: Filia
Data wydania: 11.06.2014
Liczba stron: 444

Witaj Daemon. Arogancki ideale...

źródło
Były już wampiry, wilkołaki, elfy, zmiennokształtni i inne cuda natury. Pani Jennifer L. Armentrout, w swojej serii Lux, postanowiła zająć się jednak, czymś zgoła innym. Katy wraz z mamą przeprowadza się do małego miasteczka w Wirginii Zachodniej. Początkowo trudno jest jej się przyzwyczaić do wszechogarniającej nudy, dziwacznego akcentu mieszkańców i niepewnego łącza internetowego. Dla niej - jako blogowej recenzentki książkowej, to naprawdę wielka katastrofa. Nie mniejsza od faktu, że już wkrótce będzie musiała iść do szkoły, w której nikogo nie zna. A do tego wszystkiego dochodzą jeszcze intrygujący sąsiedzi... Entuzjastyczna, promienna, wesoła Dee, która z niewiadomych przyczyn chce się zaprzyjaźnić z Katy, a także jej tajemniczy, seksowny, arogancki brat - Daemon, który wyraźnie daje do zrozumienia, że nie przepada za nową sąsiadką, a jej znajomość z Dee traktuje jako coś absolutnie odrażającego, co nigdy nie powinno mieć miejsca. Na dłuższą metę nie da się jednak siebie nawzajem unikać, zwłaszcza jeśli się mieszka tuż obok... A wkrótce mogą wyjść na jaw sekrety tak niespodziewane i dziwne, jakby żywcem wzięte z książek paranormalnych, które Katy tak uwielbia czytać... 

niedziela, 20 lipca 2014

"19 razy Katherine" - John Green

źródło
19 razy Katherine
Autor: John Green
Oryginał: An Abundance of Katherines
Wydawnictwo: Bukowy Las
Data premiery: 4 czerwca 2014
Liczba stron: 303

„Doszedł do wniosku, że może opowieści nie tylko powodują, że mamy dla siebie nawzajem znaczenie - może też stanowią jedyną drogę do wiecznego znaczenia.” 

 źródło
Greena przedstawiać nie trzeba. Amerykański autor dorobił się kilku powieści, w tym czterech, które zostały wydane w Polsce. Szybko stał się jednym z najbardziej popularnych autorów, literatury młodzieżowej. W swojej książce pod tytułem: "19 razy Katherine" po raz kolejny, historią nastolatków, próbuje rzucić światło na parę istotnych wartości. Colin Singleton jest nietypowym młodzieńcem, z typowymi problemami. Uważa się za "cudowne dziecko", jednak martwi go fakt, iż niczego jeszcze w życiu nie osiągnął i strach, że nigdy z niczego nie zasłynie. Do tego wszystkiego trzeba doliczyć jeszcze fakt, iż niedawno został rzucony przez kolejną, bo dziewiętnastą już Katherine. Bo o ile niektórzy gustują na przykład w blondynkach, lub w dziewczynach, które mają niebieskie oczy, to on może być tylko i wyłącznie z Katherinami. Wraz z przyjacielem - Hassanem, cynicznym, leniwym wielbicielem reality show "Sędzia Judy", udaje się w podróż, podczas której Colin będzie próbował zakończyć pracę nad Teorematem o miłości, który ma przepowiadać przyszłość każdego związku. Myślicie, że to nie do zrealizowania? Zostawcie to więc Colinowi, cudownemu dziecku, które chce znaczyć dla świata więcej niż przeciętny człowiek.

„Brakujących fragmentów nie da się wpasować w swoje wnętrze, gdy się je już raz straci.”

źródło
"19 razy Katherine" było moim drugim spotkaniem z twórczością pana Greena. "Gwiazd naszych wina", które przeczytałam kilka miesięcy wcześniej, co prawda nie zrobiło na mnie tak wielkiego wrażenia jak na pozostałych czytelnikach, ale podobał mi się styl autora, więc postanowiłam sięgnąć po jego kolejne twory. Tak się złożyło, że w moje ręce wpadła właśnie historia o Colinie Singletonie. Do powieści nie nastawiałam się z jakimiś większymi wymaganiami, zwłaszcza że po sieci krążyły już negatywne opinie o tej pozycji. Liczyłam co najwyżej na inteligentną opowieść nakrapianą dobrym humorem i znośnym wątkiem romantycznym. Co otrzymałam? Książkę, która okazała się jednym z największych rozczarowań mojego czytelniczego życia. Książkę, którą obdarzyłam nienawiścią za rozgoryczenie, jakie mi sprawiła. Książkę, po której wiem, że Green nie zostanie moim ulubionym autorem, bo nigdy mu już nie wybaczę tego jak mnie zepsuł powieścią "19 razy Katherine". I co ważniejsze - był to twór do tego stopnia, dla mnie męczący, że stał się powodem swego rodzaju niechęci i pewnego załamania, po którym nie byłam w stanie nawet patrzeć na swoje pozostałe książki.

„Wydaje mi się, że to, ile sam znaczysz, zależy os spraw, które coś znaczą dla ciebie. Masz taką wartość, jak to, co jest dla ciebie ważne.”

źródło
Nie wiem, naprawdę nie wiem, czy to moja wina, że powieść do mnie nie trafiła i pozostawiła aż tak negatywne wrażenie, czy też wina książki. I niestety jeśli liczyliście na pozytywną opinię - zawiedziecie się. Przede wszystkim, doszłam do wniosku, że nie znoszę książek, które nie potrafią mnie wciągnąć i zyskać mojej pełnej uwagi i skupienia. W "19 razy Katherine" nie dzieje się praktycznie nic, aż do końca powieści. Colin i Hassan wybierają się w "wielką podróż", która kończy się kilkaset kilometrów dalej, po czym osiedlają się w małym miasteczku i poznają Lindsey, szybko zyskującą miano "ich przyjaciółki". Colin zaczyna pracę nad Teorematem o miłości, a Green ofiarowuje czytelnikowi mnóstwo wykresów, matematycznych stwierdzeń i sformułowań, które dla mnie były kompletnie bez sensu. I znów - nie wiem czy to moja niechęć do matematyki i po prostu niewiedza na ten temat spowodowała, że wszystkie tego typu elementy były dla mnie niezrozumiałe i wręcz nużące, czy też fakt, iż Green przesadził w tych kwestiach.

„Książki to notoryczni Porzucani: gdy je odkładasz, mogą na ciebie czekać wiecznie, a gdy poświęcisz im uwagę, zawsze odwzajemniają twoją miłość”

źródło
Co jeszcze oprócz wykresów, paraboli, anagramów i matematyki, można zobaczyć w recenzowanej przeze mnie dzisiaj książce? Colina - głównego bohatera, który jest równie irytujący, co sam jego Teoremat. Przede wszystkim, męczył mnie zawodzeniem o tym, jaki jest okrutnie nieszczęśliwy w związku z tym, że kolejna Katherine z nim zerwała, ale też denerwowały mnie jego tyrady o tym, że chciałby coś znaczyć dla świata. W gruncie rzeczy, gdyby nie postać zabawnego Hassana i całkiem ciekawej, naturalnej Lindsey, pomyślałabym, że kreacja bohaterów wypadła po prostu słabo. Colin był egocentrycznym mózgowcem i choć nie nazwałabym go największym minusem książki, to zdecydowanie nie potrafił zyskać mojej sympatii. Nie podobał mi się brak jakiejkolwiek akcji. Przez nieobecność dynamizmu i pewnego rodzaju płynności, pomiędzy wydarzeniami, książka była dla mnie po prostu męczarnią. Usychałam i więdłam wraz z kolejnymi rozdziałami, by na końcu być tak pusta od emocji, iż naprawdę - jedynym wyjściem było znienawidzenie tej książki. Styl autora, który uwielbiałam w "Gwiazd naszych wina" i tu był obecny, ale nie podobał mi się już aż tak jak kiedyś. Właściwie to po skończeniu książki, miałam ochotę porzucić swoje plany o kupnie brakujących powieści Greena i zacząć unikać jego tworów. Gdyby cokolwiek działo się w tej historii! Gdyby czymkolwiek Green wzbudził moje zainteresowanie! Niestety, opowieść była beznadziejna, pozbawiona głębi i fantastycznego stylu, a momenty, w których kąciki moich ust wygięły się ku górze, byłabym w stanie policzyć na palcach jednej ręki.

„Ludzie powinni się przejmować. To dobrze, gdy inni coś dla nas znaczą, że za nimi tęsknimy, gdy ich zabraknie.

źródło
Czytanie "19 razy Katherine" było okropnym doświadczeniem, którego mam nadzieję, już nigdy w takim stopniu nie zaznam. Jedyne co mogłoby się spodobać w tej książce to fakt, że rzeczywiście coś tam prześwietlało przez przygody bohaterów. Green po raz kolejny uraczył nas sporą dawką przyjaźni, odrobiną miłości i nastoletnimi bohaterami mierzącymi się z odrzuceniem, dorastaniem i walką o swoje własne miejsce w świecie. Skłamałabym pisząc, że nie dostrzegam potencjału i morału historii o Colinie Singletonie, niestety - nie potrafię go docenić. Koniec końców, choćbym chciała, nie mogę dać książce Greena pozytywnej oceny i naprawdę nie jestem w stanie się zmusić, by ją wam polecić. Być może powieść spodoba się zatwardziałym fanom tego pana, być może spodoba się również TOBIE - nie jestem w stanie tego określić. Wiem tylko, że ja chcę o "19 razy Katherine" jak najszybciej zapomnieć i naprawdę żałuję, że spotkałam na swojej czytelniczej drodze tą powieść.

3/10
Pozdrawiam,
Sherry

„Morał z tej historii jest taki, że nie pamiętamy co się stało. To, co pamiętamy, staje się tym, co się wydarzyło.” 



piątek, 18 lipca 2014

"Piękna katastrofa" - Jamie McGuire

źródło
Piękna katastrofa
Autorka: Jamie McGuire
Oryginał: Beautiful Disaster
Cykl wydawniczy: Beautiful #1
Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 2 lipca 2014
Liczba stron: 464

źródło
Grzeczna dziewczyna + niegrzeczny chłopak. Ile już jest książek z tym schematem? Jamie McGuire jednak, choć może trudno będzie wam w to uwierzyć, w pewnym stopniu, w historii Abby i Travisa w "Pięknej katastrofie", posunęła się do rozwiązań na tyle oryginalnych i pomysłowych, że jej książka zdobyła uznanie wśród czytelników i do dziś cieszy się wielką popularnością i sympatią. Ja osobiście, czekałam na tą książkę z wypiekami na twarzy. Kocham gatunek New Adult, każdy tytuł jest dla mnie nową przygodą, a jako romantyczka wiem - że prawdopodobnie nigdy mi się ów książki nie znudzą. Po skończeniu "Pięknej katastrofy", trudno mi jednak było nie porównać jej do mojej najukochańszej "Idealnej chemii". Bo choć obydwie powieści różnią się od siebie i stylem i wieloma innymi elementami, to jednak łączy je także wiele podobieństw. I w tym porównaniu, muszę rzec z przykrością, "Idealna chemia" wypada znacznie lepiej... Ale skupmy się na "Pięknej katastrofie".

źródło
Abby poznaje Travisa. Travis poznaje Abby. Ona jest ułożona, śliczna, spokojna, grzeczna. To typ pilnej uczennicy, posiadającej w swojej szafie, niezliczoną ilość kaszmirowych sweterków. Travis z kolei jest jej doskonałym przeciwieństwem. Student ze skłonnością spania z niemal każdą dziewczyną jaką spotka, nie liczący się z uczuciami, uczestniczący w walkach, generalnie - pakujący się w kłopoty. Zaintrygowany koleżanką, wytatuowany chłopak czy tego chce czy nie, ulega jej dziwnej fascynacji. To, że jego wygląd (bo oczywiście musi być superprzystojny) nie robi na niej wrażenia, a flirt spotyka się z murem obronnym dziewczyny, bardzo mu się podoba i wkrótce okazuje się, że tak odmienne charaktery potrzebują się wzajemnie. Kiedy przyjaźń i fascynacja się kończą, zmieniając w zakochanie? Jak poznać granice pożądania, tak trudno mylonego z uczuciem? Czy w obliczu zauroczenia Abby będzie potrafiła przełamać swoje opory i dopuścić do siebie Travisa? Jak chłopak, któremu do tej pory na niczym i nikim nie zależało, zachowa się w przypadku gdy spotka... bratnią duszę?

źródło
"Piękna katastrofa" podobała mi się. Więcej - zauroczyła mnie. Niestety nie umknęło mojej uwadze, że posiadała liczne mankamenty, o których chciałabym wam napisać właśnie teraz, zanim całkowicie o nich zapomnę i uraczę was jedynie pochwałami na część książki pani Jamie McGuire. Co rzuciło mi się w oczy już po parunastu pierwszych kartkach? To z jaką pobłażliwością, autorka potraktowała początek znajomości Abby i Travisa. Wystarczyło jakieś... dziesięć stron? A oni już byli najlepszymi przyjaciółmi, z głupimi wyjaśnieniami tegoż faktu. Wkurzyło mnie to tym bardziej, że liczyłam na rozkwitającą powolnie znajomość, podszytą fascynacją i pożądaniem, a tymczasem otrzymałam kilka wymian zdań, zarzekanie od obojga, iż do siebie kompletnie nie pasują, postanowienie, że będą się przyjaźnić i natychmiastową przyjaźń. I to nie taką typu: "chodź, wezmę cię do kina, bo widzę, że masz kiepski humor", tylko "zmieniasz mnie na lepsze, wszyscy to widzą, nie mogę bez ciebie żyć". Opisów przez jakiś czas nie było w ogóle widać, a początek przypominał mi bardziej opowiadanie blogowe, aniżeli książkę po korekcie. Nie było powolnego poznawania siebie, tego czego ja najbardziej lubię czyli wzajemnych umizgów, podrywania, zdobywania, oswajania się ze sobą. Do teraz jestem wściekła na autorkę, że mnie rozczarowała na tej płaszczyźnie. Nie jestem pewna, czy będę w stanie jej to kiedykolwiek wybaczyć.

źródło
Następni do skrytykowania przeze mnie w kolejce są główni bohaterowie. Abby początkowo bardzo mi się podobała. Właściwie gdyby nie jej niektóre irracjonalne, sprzeczne i naiwne zachowania, byłaby jedną z niewielu głównych bohaterek, które polubiłam. Niestety koniec "Pięknej katastrofy" pozbawił mnie złudzeń. Wytłumaczcie mi jak to jest, że dziewczyna gniewa się na chłopaka, ma logiczne powody, by go nie znosić i nie godzić się na traktowanie, jakby była zabawką, a w następnej chwili wystarczy, że on ją pocałuje i już wskakują do łóżka, po czym: "nie było żadnej sprawy". Nie rozumiem jak można z jednej strony upierać się, że: "nie może być z nim, bo zawiódł jej zaufanie", a chwilę później już wyznawać mu miłość bez opamiętania. Chciałabym tu przytoczyć przykład, ale nikt nie lubi spoilerów, więc się powstrzymam i przejdę do Travisa. Po pierwszym rozdziale myślałam, że go kocham i oto znalazłam kolejnego bohatera męskiego, którego dopiszę do listy "poślubiłabym, gdyby nie był fikcyjny" - niestety. Moje zdanie na jego temat zmieniało się w raz z treścią lektury, a nie jak w innych New Adult - z emocjami bohaterki. Początkowo Travis jawił mi się jako słodki, niebezpieczny łobuz z pazurkiem, ale z czasem stało się jasne, że jest zaborczym, impulsywnym, wręcz niezrównoważonym kretynem, który traktuje domniemaną przyjaciółkę, którą podobno kocha, jak rzecz. A nawet nie jak rzecz - jak swoją ulubioną zabaweczkę, na której co rusz wyżywa się, psuje jej życie, byle tylko sam był szczęśliwy. Prawdopodobnie jako jedyna, darzę go taką niechęcią, bo wiem, że większość czytelniczek go wielbi, za jego "troskliwość", ale nie znoszę traktowania dziewczyny jak dziecko. I nie mogę mu wybaczyć jednej z jego decyzji, którą wybaczyła mu Abby. Z takim nieliczeniem się z uczuciem "ukochanej" nie spotkałam się w żadnej innej New Adult. Cóż za egoista!

źródło
Zdaję sobie sprawę, że jak na razie przedstawiłam tą książkę z niezbyt przychylnej strony, pozwólcie więc, że teraz napiszę wam, czemu mimo wymienionych wyżej mankamentów uwielbiam tą powieść i polecam ją serdecznie. Ponieważ - ni mniej, ni więcej - Jamie McGuire mnie zauroczyła. Jej książka była tak cudowna, romantyczna, piękna i bajkowa, że naprawdę po skończeniu trudno mi było powstrzymać się od jęku zawodu. Przez fakt, z jaką łatwością, z jaką szybkością i przyjemnością brnie się przez "Piękną katastrofę", moje wcześniejsze zażalenia, wydają się nie mieć żadnego sensu. Musicie mi wierzyć, że jestem zakochana w tej książce i nie wiem czy to tylko dlatego, że kocham New Adult i jestem beznadziejną romantyczką, czy też historia pani Jamie jest tak dobra. O ile przez pierwszy rozdział przebrnęłam z dystansem, to później nie byłam już w stanie oderwać się od lektury. Mijały godziny, a ja nie licząc godzin, ignorując świat zewnętrzny, całą swoją uwagę skupiłam na przygodach Abby i Travisa. Było tak słodko, a jednocześnie gorzko, pięknie i boleśnie... Podziwiałam tę uroczą parkę kiedy walczyli z kolejnymi zakrętami na ich wspólnej ścieżce życia. Jeśli myślicie, że była ona usłana różami - mylicie się.

źródło
Styl pani McGuire był więcej niż przyjemny - był rewelacyjny, mimo początkowych zgrzytów. Jej historia wbiła się w mój umysł i szybko się z niego nie ulotni, to mogę wam obiecać. Poza tym kreacja bohaterów zasługuje na uwagę. Najlepsza przyjaciółka Abby - America została moją ulubienicą i to nie tylko dlatego, że jej charakter i waleczność mi się spodobały. Ze wszystkich książek, w których bohaterki miały swoje przyjaciółki, Abby zazdroszczę najbardziej. America była taka lojalna, troskliwa i cudowna, że trudno było nie zamarzyć od tak oddanej duszyczki. Nie tylko sprowadzała Abby na dobrą drogę, ale nie wahała się wylać jej na głowę, kubła zimnej wody, jeśli tego wymagała sytuacja. Piękna wewnętrznie persona. Poza tym, podobała mi się przeszłość Abby, to w jaki sposób zaważyła na przyszłość bohaterów, a także - choć nie sądziłam, że tak się stanie - motyw walk na ringu, w których brał udział Travis. To wszystko dodawało tylko pikanterii, związkowi Abby i Travisa, który przeżywał różne fazy, a zakończenie, choć przewidywalne, spotkało się z moim uśmiechem. I nie mogę nie wspomnieć o prześwietnych braciach Travisa, w których zakochałam się od pierwszego spotkania. Choćby dla nich, trzeba tą powieść przeczytać.

Koniec końców, "Piękną katastrofę" serdecznie polecam. Wiem na pewno, że spodoba się ona osobom lubującym w New Adult, czy zdeklarowanym romantyczkom, które cenią sobie siłę uczuć i walczenia z przeciwnościami losu o piękną, choć podszytą problemami miłość. I mimo, że Travis nie wzbudził mojej sympatii, mimo, że było kilka paradoksalnych scen, o podłożu naiwnych i dziwnych decyzji Abby... Mimo, że autorka zignorowała to co ja najbardziej kocham, czyli po prostu - podrywanie i walczenie o swoją uwagę... To jednak oczarowała mnie i sprawiła, że "Piękną katastrofę" uważam za coś wspaniałego. Zdecydowanie książka, którą mogę szczerze, bez wyrzutów sumienia polecić. Mam nadzieję, że dacie jej szansę, bo na to zasługuje.

8/10
Pozdrawiam,
Sherry



_______________
Tak w ogóle, wspomniałam, że "Idealna chemia" w moim porównaniu z "Piękną katastrofą" wypadła lepiej i to prawda, więęęc... stąd moja propozycja, by zaznajomić się z tworem pani Elkeles w pierwszej kolejności. :) Jestem ciekawa waszych wyników tego porównania, więc dajcie znać, gdy już zaznajomicie się z obydwoma powieściami. Nie twierdzę, że wasze odczucia będą takie jak moje, może w ogóle któraś z tych książek nie przypadnie wam do gustu, ale... ciekawość - rozumiecie. :)


środa, 16 lipca 2014

Sekret Julii - Tahereh Mafi

źródło
Sekret Julii
Autorka: Tahereh Mafi
Oryginał: Unravel me
Trylogia: Dotyk Julii #2
Wydawnictwo: Otwarte/Moondrive
Data wydania: 17 lipca 2013

źródło
Uwaga! Ci którzy nie czytali "Dotyku Julii", proszeni są o pominięcie pierwszego akapitu recenzji, w związku ze małymi spoilerami odnośnie pierwszego tomu trylogii.

Julia wraz z ukochanym Adamem i przyjaciółmi ląduje w Punkcie Omega, gdzie okazuje się, że siedemnastolatka nie jest jedyną osobą, która ma nadzwyczajny dar. W azylu, jaki znaleźli u Castle'a - przywódcy Omeg, dziewczyna będzie próbowała okiełznać swoje zdolności, a praca nad nimi pozwoli jej odkryć nowe oblicza umiejętności, z którymi miała styczność całe życie, a dopiero po siedemnastu latach, może je w pełni zrozumieć. Sielanka i ucieczka od Komitetu Odnowy i Warnera nie trwa jednak długo. Wkrótce okazuje się, że za niezwykłą odpornością Adama na dar Julii kryje się coś więcej. Nad kochankami zaczyna ciążyć fatum niespełnionej miłości i niebezpiecznych sekretów, a kiedy te zaczynają odkrywać światło dzienne, nic nie jest już proste. Za to wszystko jest możliwe. Zwłaszcza, że na horyzoncie pojawiają się pierwsze zapowiedzi wojny... A Warner jest zmobilizowany by odnaleźć Julię i nie cofnie się przed niczym, by doprowadzić do ich wzajemnego spotkania... 

„Nadzieja. Jest jak kropla miodu, jak pole kwitnących tulipanów na wiosnę. Jak orzeźwiający deszcz, wyszeptana obietnica, bezchmurne niebo, idealny znak przestankowy na końcu zdania. Jedyne, co mnie trzyma przy życiu.”

źródło
Po skończeniu tego tomu umieram. Umieram w oczekiwaniu na kolejny tom. Umieram odliczając godziny od ponownego spotkania z piórem Tahereh Mafi i... Warnerem... "Sekret Julii" był bowiem niezwykle udaną kontynuacją! Stylem znacznie różnił się od jedynki, ponieważ tam wszystko toczyło się powiedzmy w jednym miejscu i dotyczyło raczej ucieczki Julii i chęci walczenia o wolność, natomiast tutaj, w kontynuacji mamy możliwość zaobserwowania z nieco lepszej perspektywy, świata zewnętrznego, a także poznania mnóstwa nowych charakterów. Oczywiście Kenji'ego nie trzeba przedstawiać, myślę, że w jedynce zrobił na tyle dobre wrażenie swoim poczuciem humoru, że nikt o nim nie zapomniał, ale jeśli - nic się nie przejmujcie, chłopak nie traci rezonu, wręcz przeciwnie, mamy okazję go poznać, a jego niesamowicie czarujący styl bycia sprawia, że wpisuje się na listę wielkich plusów "Sekretu Julii". Nieco przykro mi było z powodu zaniedbania pobocznych postaci, bo autorka postanowiła potraktować je naprawdę powierzchownie, a skupić się tylko i wyłącznie na kilkorgu "wybranych"

„Tak trudno jest być dobrym dla świata, który przez całe życie darzył nas wyłącznie nienawiścią. Tak trudno jest widzieć dobro w świecie, który zawsze budził w nas strach.” 

źródło
Główni bohaterowie przeszli przemianę. Julia, w pierwszej części bardzo zagubiona i naiwna i w kontynuacji nie zachwyca pewnością siebie, aczkolwiek widać, że stara się pracować nad sobą i nad radzeniem sobie z przeszłością, co jest naprawdę niesamowite. Obserwowanie zmian, do których doprowadza w swoim wnętrzu, rozkwit jej psychiki i niejakiej dojrzałości, było miłą odmianą, i o ile do połowy książki, Julka była marną wersją siebie, to później obserwowałam jej poczynania z wielką ulgą, bo wreszcie dziewczyna była gotowa podejmować decyzje. Adam z kolei zmienił się w negatywny sposób. Z mężnego, interesującego żołnierza, którym były zauroczone czytelniczki, stał się zaborczym, impulsywnym, narwanym, strasznie jęczącym i użalającym się nad sobą idiotą. Wątek miłosny pomiędzy nim, a Julką był momentami tak męczący, że bolało mnie każde jej rozważanie na temat swojego lubego. Z czasem przyłapałam się na tym, że samo jego imię wzbudza we mnie taką odrazę, o jaką w życiu bym się nie podejrzewała. 

„- Prawda - mówi - to tylko brutalne przypomnienie, dlaczego wolę żyć w kłamstwie.” 

źródło
Jedynie Warner się nie zmienił - co jest plusem, uwierzcie, aczkolwiek autorka w końcu dała możliwość czytelnikowi, głębszego poznania tej postaci, a także poznania motywów, którymi się kierował w życiu. Jego obsesja na punkcie Julii, mogąca dziwić i mieć wręcz niepokojące podłoże, tak mnie cieszyła i radowała, że po skończeniu książki, przez długi czas nie umiałam skupić się na niczym innym, jak właśnie na tej dziwnej więzi pomiędzy tymi postaciami. Poza tym, udało mi się zaobserwować coś bardzo ciekawego. O ile wątek miłosny Adam&Julka był męczący, irytujący, a sama Julia przy swoim wybranku była po prostu słaba i podatna na wszystkie krzywdy, to przy Warnerze stawała się silna, pewna siebie, naturalna. Nie musiała nikogo oszukiwać, ani siebie - ani jego, bo obydwoje mieli ze sobą dużo wspólnego, co sprawiło, że więź pomiędzy nimi - choć na razie trudna do zdefiniowana, zdecydowanie nabrała sensu i ostrości. Zakochałam się w przedstawieniu tej dwójki. Razem. Moja miłość do Warnera, która początek miała przy tomie pierwszym, teraz nabrała tak nowego i potężnego wyrazu... Dlatego umieram. Umieram i tęsknię. Czuję tak pożerającą i niszczącą potrzebę przeczytania finału trylogii, że aż mnie serce boli. 

„Chcę wiedzieć, jak cię przekonać, żebyś stworzyła uśmiech tylko dla mnie.”

Mocną stroną tej książki był też motyw wojny. O ile do połowy książki mieliśmy do czynienia raczej z rozmyślaniami Julii (niektórymi ciekawymi, innymi mniej), to później akcja nabrała tempa i w końcu mogliśmy cieszyć się dynamizmem. Zakończenie nastąpiło stanowczo zbyt szybko i przeprawiło mnie o palpitacje serca. Gdyby nie okropny, męczący wątek miłosny, użalanie się nad sobą Julii i denerwujący Adam, ocena byłaby dużo wyższa, natomiast jak na razie książkę mogę szczerze polecić, bo ja osobiście ją kocham, mimo wszystkich mankamentów, a spotkania z "Darem Julii" wyczekuję z pożerającą mnie ciekawością. 

8/10
Pozdrawiam,
Sherry


Dotyk Julii | Sekret Julii | Dar Julii | (Julia. Trzy tajemnice)


I uwaga! Cytat, po którym się rozpływam ilekroć go czytam. Rany.
Jedno wielkie "awwww", co tu dużo mówić. 

„- Uwielbiam, kiedy wymawiasz moje imię - mówi. - Nawet nie wiem dlaczego.
- Warner to nie jest twoje imię - zauważam. - Masz na imię Aaron. 
Jego uśmiech się rozszerza, jest taki szeroki.
- Boże, uwielbiam to.
- Swoje imię.
- Tylko wtedy, kiedy ty je wymawiasz.
- Aaron? Czy Warner?
Jego oczy się zamykają. Opiera głowę o ścianę.”