Sybella jest zaprzeczeniem typowej szlachcianki. Jej naznaczona okrucieństwem i zdradami przeszłość, uczyniły z dziewczyny twardą, nieco szaloną, głęboko w środku, zrozpaczoną kobietę, która każdego dnia budzi się kierowana wyłącznie jedną myślą. Że w końcu przyjdzie czas zapłaty za złe uczynki. Że w końcu nadejdzie czas zemsty. Zanim jednak nadejdzie okazja do spełnienia największego pragnienia młodej zabójczyni, Zakon Cór Śmierci, pchnie ją w otchłań zgubienia i wiecznego zagrożenia, łącząc losy Sybelli z paskudnym rycerzem, o pełnym żądzy krwi, spojrzeniu. Klepsydra z czasem dla asasynki i wojownika, właśnie zaczęła odliczanie. Czy szlachciance przyjdzie zaznać spokoju, raz na zawsze niszcząc największego wroga?
Ismae przyszła na świat, pomimo faktu, że matka próbowała się jej pozbyć, jeszcze nim ujrzała światło dzienne. Jednak przerażająca blizna miała już na zawsze przypominać dziewczynie, że będzie skazą, hańbą w społeczności i każdego dnia swojego żywota, przyjdzie jej żyć ze znamieniem. Splot tragicznych okoliczności i brutalnych wydarzeń, wyrywa Ismae z rąk cierpienia i składa ją na służbę samej Śmierci. Jako assasynka, przeszkolona do wypełniania woli Mortaine'a, wkrótce zostanie wysłana na dwór księżnej Bretanii, gdzie otoczona zdrajcami i spiskowcami, zmuszona będzie kwestionować to w co do tej pory wierzyła i podjąć decyzję czy kierować się podszeptami instynktu czy też pozostać wierną Zakonowi Zabójczyń.
Pierwsze spotkanie z prozą Kady Cross, z tego co pamiętam, było niezwykle udane. Choć mało ambitna "Dziewczyna w stalowym gorsecie" miała swoje wady, to koniec końców, po poznaniu finału wiedziałam, że z chęcią zabiorę się za kontynuację. Minęło jednak parę miesięcy i zanim przystąpiłam do lektury "Dziewczyny w mechanicznym kołnierzu", obawiałam się lektury, ponieważ miałam nikłe wspomnienia tego co wydarzyło się w pierwszym tomie serii. Czy to jednak przeszkodziło mi we wgłębianiu się w historię? Sprawdźmy.
Osiemnastka to super sprawa co? Dziecko się usamodzielnia, w końcu zaczyna być traktowane poważniej (przez jednych więcej, przez drugich mniej), a dla Lexington Larrabee, to wydarzenie ma jeszcze fajniejsze znaczenie: jako córka miliardera, człowieka sukcesu, gwiazdy w świecie biznesu, po ukończeniu osiemnastu lat, w końcu będzie mieć dostęp do funduszu powierniczego, opiewającego na niesamowitą kwotę - 25 milionów. Stanie się wolna, usamodzielniona i nie będzie musiała polegać już na humorkach ojca. Ojca, który - dodać trzeba - nie jest człowiekiem, który mógłby startować w konkursie na Tatuśka roku (choć przekupiona prasa pewnie pokaże jego inne oblicze). Trudno bowiem, żeby był idealnym rodzicem, skoro z córką spędza jakieś dziesięć sekund na miesiąc. I zwykle robi to tylko po to, by udzielić reprymendy, bo jego córunia coś przeskrobała. Na przykład tym razem, kiedy miarka najwyraźniej się przebrała...
Lexi rozbija wóz. Jeśli ktoś zrobiłby jej test z alkomatem... powiedzmy, że nie byłaby to najkorzystniejsza sytuacja dla dziewczyny. Całe szczęście, że jej tatuś jest miliarderem i potrafi wyciszyć sprawę i uciąć plotki. A jednak interwencja ma swoją cenę. Szantażowana przez własnego ojca, Lex zostaje zmuszona do wykonania 52 prac, w ciągu 52 tygodni roku, inaczej nie dostanie swoich wymarzonych 25 milionów... I tu trzeba nadmienić, że prace na liście ojca nie są zaszczytne. Właściwie są zaprzeczeniem idealnego, luksusowego świata, w których do tej pory żyła rozpieszczona, płytka bohaterka. Czy uda jej się wytrwać cały rok wykonując czynności tak "prymitywne" jak sprzątanie, czy bycie kelnerką? Zwłaszcza gdy u boku będzie miała - ku oburzeniu - prywatną niańkę - dwudziestoletniego lizusa zapatrzonego w jej ojca? Czeka ją niełatwe wyzwanie, sami musicie przyznać... Ale przecież życie nie jest łatwe dla nikogo. Nawet dla bogatej dziewczyny.
Książkę Jessiki Brody chciałam przeczytać dawno temu, kuszona obietnicami "Historii Kopciuszka, opowiedzianej od końca". Muszę przyznać, że w pewnym stopniu, to zdanie dobrze opisuje opowieść Lexi. Pod pozorami komedii młodzieżowej, "52 powody..." kryją głębszą treść, głębsze przesłanie, które bardzo mi się spodobało. Prawdę powiedziawszy, nie oczekiwałam niczego specjalnego po tej książce, no możne poza tym, że spędzę z nią miło czas, a dostałam pewne idee, skryte pod powierzchnią zabawnej historii. Jessica Brody w swoim tworze połączyła wiele różnych elementów i potrafiła zrobić to tak umiejętnie, że czytelnik nie ma wrażenia przesytu. Sensacyjna opowieść dla młodzieży? Proszę bardzo. Lekka, komediowa pozycja na wolny wieczór? Do usług.
Dzięki płynności tekstu i cudownemu stylowi autorki, przez lekturę brnie się z prędkością światła. Nie-papierowi bohaterowie i zabawne sytuacje nie pozwalają nam się oderwać od powieści sprawiając, że zewnętrzny świat ginie, stłamszony przez uroczą historię. Czytelnik zatapia się w romantycznych, sensacyjnych, komediowych i idealistycznych elementach powieści, uśmiechając się od ucha do ucha z błyskotliwości lektury, po której by się tego nie spodziewał.
Cieszę się, że zostałam tak pozytywnie zaskoczona przez tą powieść. Jeśli mam być szczera, nie sądziłam, że będzie skrywać drugie dno. Raczej byłam przygotowana na naprawdę głupiutką historyjkę na jeden wieczór, o której będę chciała zapomnieć. Jestem zatem wdzięczna autorce, po której twory zdecydowanie będę sięgać częściej, że uprzyjemniła mi wieczór, historią Lex. Lex - która, tak swoją drogą, zamiast płytką, rozwydrzoną dziewuchą, okazała się intrygującą, zajmującą, dowcipną postacią, mają coś do powiedzenia. Wysnuwającą wnioski.
"52 powody, dla których nienawidzę mojego ojca" polecam młodym osobom, w wieku 17+ (ze względu na przekleństwa w treści), ponieważ mogą wysnuć coś z tej historii, a także czytelnikom lubującym w tego typu powieściach, szukających czegoś luźnego, przyjemnego, zajmującego i lekkiego na wolny weekend, czy pragnącym oderwać się od świata, czy ambitniejszych lektur.
Ci, którzy już od jakiegoś czasu odwiedzają mojego bloga, pewnie wiedzą, że niezbyt lubię polskich autorów i naprawdę rzadko sięgam po ich książki, ponieważ w przeszłości dane mi było zaznać nieprzyjemnych rozczarowań. Dziś jednak, pragnę zaprezentować wam powieść autorki, która jest naszą rodaczką i której twór - o dziwo, spodobała mi się. Co było tego powodem?
Ida Brzezińśka jest medium, które najchętniej rzuciłoby swój "dar" w trzy diabły i wiodło "normalne" życie, pozbawione magii. Nie ma jednak tak łatwo, zwłaszcza jeśli twój ojciec to mag, matka - czarownica, babcia - jasnowidzka i ciotka - medium. Ida dostrzega szansę ucieczki od paranormalnych spraw, w przeprowadzce do Wrocławia i studiach. A jednak na miejscu okazuje się, że uciekanie od magii, tylko ją do niej przybliżyło i koniec końców, trzeba pogodzić się z faktem, że Pech to wyjątkowe bydle, które Idze łatwo nie odpuści. Zwłaszcza gdy na horyzoncie pojawia się krewna Tekla... która jest nad wyraz irytująca, apodyktyczna i zrzędliwa... A na dodatek twierdzi, że Ida musi się u niej wyszkolić na dobre medium. Bo innego wyjścia nie ma.
"Postawmy sprawę jasno.
Ida nie ma Pecha.
To Pech ma Idę."
Główna bohaterka to nad wyraz sympatyczna persona, którą nie dało się nie polubić. Jest silna, wygadana, uparta i waleczna. Jej niechęć do magii tylko ubarwia opowieść Martyny Raduchowskiej, która pełna jest nagłych zwrotów i dynamizmu. Do kreacji postaci naprawdę nie można się przyczepić. Bohaterowie byli normalni, bardzo rzeczywiści i to sprawiało, że czytelnik łatwo mógł sobie ich wyobrazić, a także utożsamić się z tym specyficznym tokiem rozumowania autorki. Widać, że pani Martyna miała wszystko bardzo dobrze rozplanowane, gdyż pojawianie się każdego nowego imienia na kartkach powieści, miało uzasadnioną przyczynę i skutek. Żadna postać nie była przypadkowo napotkaną osobą, a każda relacja poszczególnych bohaterów z Idą, przypominała oddzielną historię.
Narracja trzecioosobowa sprawia, że czytelnik jest w stanie obserwować wydarzenia i sytuacje, o których Ida nie ma najmniejszego pojęcia (do czasu). Zgrabne pióro autorki, łatwo i płynnie łączy kolejne wątki, a akcja płynie nieprzerwanym strumieniem, więc czytelnik nie ma szans zaznać nudy. Świat duchów, medium, zjaw, demonów i innych istot nadprzyrodzonych, bardzo wyraźnie przeplata się z losami bohaterki, a uczestnicząc wraz z Idą w kolejnych przygodach i wydarzeniach, czytelnik sam przeżywa wszystko co się dzieje na kartkach powieści. I w dodatku ten specyficzny, ironiczny, okraszony dowcipem język autorki! Widać, że w pisaniu, czuje się jak ryba w wodzie, bo historia z jej ręki wychodzi tak zabawnie, tak naturalnie, jakby Martyna Raduchowska nie pracowała nad książką, a po prostu dobrze się bawiła, a czytelnik - dobrze bawił się razem z nią. Nie zliczę momentów, w których przygody Idy z nadnaturalnym światem, przyprawiały mnie o wybuchy śmiechu, bo było ich naprawdę mnóstwo.
To co, nie podobało mi się w książce Martyny Raduchowskiej, to pewna obserwacja, a mianowicie: jak dla mnie powieść dzieli się na trzy zasadnicze części, a każda z nich, mogłaby stanowić oddzielne książki. Po skończeniu "Szamanki od umarlaków", miałam wrażenie przesytu, jakby po prostu autorka chciała za dużo elementów pomieścić w swojej książce. I to sprawiło, że po przeczytaniu jej, byłam zmęczona wątkami, zmęczona akcją, zmęczona niebezpieczeństwem, a nawet doskonałym humorem. I choć naprawdę bardzo pragnę przeczytać kontynuację książki, to w pewnym stopniu, czuję się zawiedziona, że nie wszystkie uczucia po pierwszym tomie były jak dla mnie pozytywne. I w tym miejscu mogłabym się także przyczepić do braku wątku miłosnego, aczkolwiek tej nieobecności praktycznie nie było czuć, aż do końca, natomiast ostatnie rozdziały powieści, zwiastują coś... naprawdę ciekawego w kontynuacji, dlatego nie sądzę, żeby ktoś poczuł się rozczarowany.
„Czy jeszcze do ciebie nie dotarło, że wpadłaś jak śliwka w gnój?”
Pani Martyna Raduchowska w swojej książce, rzucała głównej bohaterce mnóstwo kłód pod nogi, a obserwowanie kolejnych prób radzenia sobie Idy z nowymi problemami, było nie lada rozrywką, do której z tego miejsca, serdecznie zachęcam. Jest niewiele polskich pisarzy, których mogę polecić, a jednak autorkę "Szamanki od umarlaków" muszę, bo innej opcji nie widzę. Na tego, kto zdecyduje się poznać tą lekturę, czeka mroczny świat duchów, masa dowcipnych dialogów i zabawnych sytuacji, akcja, której końców nie widać, a także rewelacyjny sposób, na przeżycie doskonałej przygody w świecie paranormal. Zdecydowanie jest to pozycja godna uwagi i warta polecenia.
Lex Bartleby jest
naprawdę trudnym dzieckiem. Wiedzą o tym jej rodzice, wie o tym jej siostra
bliźniaczka, wie o tym dyrektor miejscowej szkoły, wiedzą o tym uczniowie tejże
placówki i wie o tym także sama sprawczyni zamieszania. Ale cóż z tego, skoro
Lex otaczana jest przez idiotów, których trzeba ukarać? Na plus zasługuje tutaj
tolerancja Lex. Nie dyskryminuje ona nikogo - bije zarówno białych, jak i
czarnych. Kujonów, nieuków, czillirerki, speców od kółka szachowego,
inwalidów... Lex nie ma przyjaciół. Lex z nikim się nie dogaduje (nie licząc
bliźniaczki, ale to logiczne), nikt nie ma nad nią kontroli. Co wy byście
zrobili na miejscu rodziców tej kłopotliwej szesnastolatki? Poprawczak? Wieczne
uziemienie? Nie, nie, nie! Państwo Bartleby wpadli na lepszy pomysł...
„W życiu każdej młodej dziewczyny nadchodzi moment, kiedy całkowicie obcy człowiek każde jej wspiąć się po wysokiej drabinie na obiad na dachu. Niemal w każdym przypadku najlepiej w takiej sytuacji odmówić i biec do domu, żeby zadzwonić do psychiatryka, z którego ten człowiek uciekł.”
Lexington na lato,
zostaje odesłana do wujka Morta - na wieś. Dlaczego właśnie do niego? Dlaczego
właśnie tam? Główna bohaterka książki także zadaje sobie to pytanie. Z czasem
jednak, oprócz odpowiedzi dostaje coś innego. Coś co może stać się jej
przekleństwem, jej słabą stroną - pracę. Pomyślicie: wieś... praca... pewnie
musi chodzić o dojenie krów? A nie, nie, nie! Wujaszek Mort okazuje się być
Żniwiarzem, śmiercią we własnej osobie - choć to brzmi strasznie dramatycznie
czyż nie? Lex zostaje wcielona do grupki Juniorów, którzy przemierzają eter i
odłączają dusze od ciała, przeprowadzając je na "drugą stronę". Tak
zaczyna się wakacyjna przygoda Lex, która przynieść może ze sobą ukojenie, bądź
cierpienie. Wszystko zależy od punktu widzenia.
„Rzeczami, które błędnie założyłaś można by zapełnić silos.”
Powieść Giny Damico
jest niesamowita - to muszę zaznaczyć już na samym początku. Pięknie nakreśleni
bohaterowie, różnorodne charaktery, naturalność emocji, cięty język Lex.
Sarkastyczny ton lektury sprawia, że czytelnik od początku patrzy na całość z
nieco innej perspektywy, jak gdyby wiedząc czego się spodziewać. Pozycja
doprawiona jest dozą ironii, dowcipu, a także grozy i tajemnic co razem daje
naprawdę piękną mieszankę, która mnie osobiście bardzo przypadła do gustu.
Jakoś do połowy książki, patrzyłam na całość z błyskiem oku i leciutkim
uśmieszkiem na twarzy, natomiast później, kiedy akcja przyśpieszyła... no cóż -
jedno jest pewne. Gina Damico i Lex głęboko zakorzeniły się w moim umyśle.
Jestem prawie pewna, że się ich szybko stamtąd nie pozbędę.
„Dusze żyją nadal bez ciała,ale ciało bez duszy nadaje się tylko na kompost.”
Muszę przyznać, że
autorka miała znakomity pomysł na fabułę, a i wykonaniem mnie zaskoczyła.
Czytając"Zgon"czuć potencjał, jeszcze nie do końca
wykorzystany w tym tomie, choć jestem pewna, że kolejne będą tylko lepsze!
Książka Giny Damico trafiła w moje ręce akurat w czasie gdy potrzebowałam
takiej lekkiej, mrocznej, dowcipnej, sarkastycznej, młodzieżowej pozycji, więc
moja ocena będzie lekko podwyższona. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że
do tworu podchodziłam z dystansem, a na koniec musiałam przyznać się przed samą
sobą, że z sympatią spoglądam na białą okładkę, także to tak w ramach wyjaśnień.
W"Zgonie"mamy niemal wszystko: humorystyczne
dialogi, narracje trzecioosobową, naturalną, dającą się lubić Lex, tajemnicę do
rozwiązania i wątek miłosny, choć ten jest lekko widoczną smugą na tle fabuły.
Tu również plus do autorki, że nie dała się ponieść romantyczności i nie
zrobiła z bohaterki jakiejś mdłej nastolatki wzdychającej do księcia z bajki.
Prawdę powiedziawszy, czytając całość, o wątku miłosnym zapomniałam, do czasu
kiedy na końcu coś bardziej ożywiło się w tej kwestii. Nie powiem, że rozwiązania
zagadki nie da się przewidzieć, gdyż podejrzewałam, że takie może być, ale mimo
wszystko, to w jaki sposób autorka próbowała zmylić czytelnika zasługuje na
uznanie.
Podsumowując, książkę
jak najbardziej polecam, ponieważ ja osobiście świetnie się z nią bawiłam. Na
rozluźnienie była idealną pozycją! Nie podchodźcie do niej z jakimiś
wymaganiami, a nie zawiedziecie się, wręcz przeciwnie - możecie napotkać przed
sobą lekturę, dla której gotowi będziecie zarwać noc. Ja tymczasem z
niecierpliwością wyczekuję drugiego tomu!
8/10
Pozdrawiam,
Sherry
„Mów mi Edgar. Ewentualnie pierdołowaty skarżypyta, jak to ma w zwyczaju Teddy Roosevelt.”
Połączenie
wiktoriańskiej Anglii z X-menami? Czemu nie! Dla Kady Cross nie ma nic
niemożliwego. Skomponowanie w całość, XIX wiecznego Londynu z maszynerią i
super mocami przyszło jej zaskakująco łatwo. Jako fanka wszystkiego co wiąże
się z wiktoriańską Anglią, a także wielbicielka steampunku, zwiastunem, opisem
i prześliczną okładką, zostałam skuszona do zakupienia książki, którą dziś
chciałabym wam zaprezentować.
„Żadna osoba nie była zupełnie dobra czy zupełnie zła - jedna część nie mogła istnieć bez drugiej.”
"Dziewczyna
w stalowym gorsecie" skupia się na przygodach grupki młodych ludzi. Finley
Jayne poznajemy jaką pierwszą, kiedy to mamy okazję przeżycia wraz z nią -
rozdwojenia jej osobowości. Szesnastolatka skrywa bowiem ponurą tajemnicę. W
chwilach niebezpieczeństwa, nasza słodka, niewinna panna przeradza się w dziką
bestię, nieujarzmioną dzikuskę o sile i umiejętnościach przekraczających
ludzkie wyobrażenie. Najgorsze jest to, że nastolatka nie ma nad sobą kontroli
i w jednej chwili może być zwyczajną służącą, a w drugiej potrafi cisnąć
lokajem o ścianę jak zwykłą kukłą. Wkrótce po jednej z bójek wywołanych przez
ciemniejszą naturę naszej bohaterki, nieciekawym zbiegiem okoliczności,
dziewczyna jak i czytelnik poznają kolejnego bohatera powieści. Książę Griffin
- bo o nim mowa, jest nieprzyzwoicie bogatym, przystojnym młodzieńcem, którego
rodzice zostali zamordowani. Griffa męczy pragnienie zemsty, a także próby
radzenia sobie z rosnącymi umiejętnościami. Chłopak potrafi bowiem czerpać moce
z Eteru - dziwnego miejsca, w którym duchy są jak chleb powszedni. Nie ma
jednak wytyczonej granicy pomiędzy Eterem a księciem, więc do końca nikt nie
wie jakimi umiejętnościami, ów młodzian może dysponować. Może właśnie dlatego
jest przywódcą grupki dziwnych dzieciaków obdarzonych super mocami? Do tej
wesołej dwójeczki można doliczyć jeszcze Sama - najlepszego przyjaciela
księcia, napakowanego gbura, którego za nic w świecie nie byłam w stanie
polubić. Strasznie mnie irytował. Chłopak jest nadludzko silny, a jego
wspomnienia są zatrważające, bowiem okazuje się, że niemal zginął, zaatakowany
przez maszynę. Do przedstawienia zostaje jeszcze urocza Emily - geniusz
konstruowania, Jasper - energiczny Amerykanin i Jack - niebezpieczny, mroczny
szef szajki przestępców. Oczywiście niezwykle pociągający z tą swoją
"złą" naturą.
,,- Chcę od ciebie - powiedział, a Finley napięła uwagę - zaufania. Nieodwołalnego i niewzruszonego. Chcę, żebyś powierzyła mi swoje życie i żebyś mogła to zrobić bez zawahania”
W każdym
razie, nasze kochane dzieciaki, oprócz prób radzenia sobie ze swoimi mocami,
starają się odkryć kto pod pseudonimem "Machinista" próbuje zgotować
piekło w Anglii, kto jest odpowiedzialny za kradzieże w muzeach, oraz jak
bardzo powinni nie ufać sobie nawzajem. No, może ten problem nie dotyczy
każdego z osobna, ale jednak pojawia się. Wszystkie przygody skąpane są w
blasku wiktoriańskich strojów i nad wyraz rozwiniętej technologii, gdzie
organity potrafią w niezwykle szybkim czasie leczyć rany i uzdrawiać chorych,
gdzie maszynorobotnopodobne cosie pomagają ludziom w codziennym życiu, gdzie
czasami dochodzi do konfliktów, a ktoś próbuje nastawić technologię przeciwko
człowiekowi... Temu wszystkiemu towarzyszy akcja, która rozkręca się już po
kilku rozdziałach książki i nie odpuszcza aż do ostatniej kartki. I mimo, że
może zakończenie nie jest takie jakiego czytelnik mógł pragnąć, to jednak
dostarcza pewnych emocji i pozwala wierzyć, że część druga będzie tylko
lepsza.
„Zazdrość - o to tu chodziło. Nigdy by mu nie przyszło do głowy, że Griffin mógłby ją odczuwać, skoro urodził się w bogatym domu i mógłby mieć wszystko, czego tylko zapragnie. Ale też na ludzkie serce nie było ceny.”
Do
zasadniczych plusów tej pozycji należy dopisać zestaw różnorodnych charakterów,
które są bardzo żywe i kolorowe, więc każdy czytelnik może znaleźć ulubieńca,
choć nie powiem - zżycie się z nimi jest trudne, przez zmiany perspektyw, z
których jest prowadzona książka. Z drugiej strony, gdyby nie one, ominęłoby nas
sporo ciekawych momentów i emocji, tłumionych w serduszkach bohaterów... Kady
Cross lubi tajemnice i chociaż po pewnym... przełomowym momencie w książce
można się domyślać pewnych kwestii, powieść trzyma w napięciu do ostatnich
zdań. Styl pisania jest bardzo lekki, sprawia że czytanie przychodzi z
zadziwiającą łatwością. Dodatkową zaletą jest bardzo oryginalny pomysł! Być
może był wzorowany na X-menach, aczkolwiek... steampunk, gorsety i falbanki?
Czemu nie! Minusem zaś z pewnością były... dialogi. Chwilami naprawdę...
płytkie i banalne - nie wiem jak inaczej to określić. Po prostu wydawały mi się
pozbawione sensu, jakby wygłaszali je aktorzy na scenie, albo - no własnie -
fikcyjne postacie. Wątek miłosny, a raczej wątki, nie przeszkadzały mi,
właściwie to były ciekawym ubarwieniem fabuły w szale sadystycznych popędów i
walce z samym sobą. Poza tym, w "Dziewczynie w stalowym gorsecie" nie
ma czegoś typu: "O RANY, WIDZĘ CIĘ PIERWSZY RAZ W ŻYCIU, ALE JUŻ CIĘ
KOCHAM I NIE WYOBRAŻAM SOBIE BEZ CIEBIE ŻYCIA", tam, tak naprawdę nawet na
końcu nie ma prawdziwej miłości. Co najwyżej fascynacja, która być może - w
kolejnych tomach zmieni się w jakieś poważniejsze uczucie. Zdecydowanie Kady
Cross, tym zdobyła moje uznanie.
Podsumowując
w książce była masa rzeczy, które mi się bardzo podobały i sprawiły, że koniec
końcem, moje uczucia związane z tą pozycją i autorką są pozytywne i ciepłe.
Bywały pewne "zgrzyty", ale jednak doceniam pomysł, doceniam obecność
Griffa oraz obecność Jacka, którzy strasznie przypadli mi do gustu. Poza tym,
Finley nie była najgorsza. Niezłomna wola walki, upór i zawziętość, to wszystko
czyni z niej postać co najmniej interesującą. Książkę polecam, myślę, że jest w
niej coś wartego uwagi, co spodoba się wielu czytelnikom pragnącym oderwania
się od ponurej rzeczywistości.