sobota, 21 maja 2016

Serial: The 100 - sezon 3

źr.
Sezony: 7
Rok produkcji: 2014 - 2020
Gatunek: Sci-fi, dramat

Recenzja nie zawiera spoilerów z poprzednich sezonów!
Można więc czytać, nawet serialu się kompletnie nie zna.

Czytacze Feniksa wiedzą, że mam na punkcie The 100, kompletną obsesję. Co w sumie można było poczuć - myślę - na własnej skórze, czytając recenzje sezonu pierwszego i drugiego. Nie-czytacze chyba właśnie się o tym dowiedzieli. Oglądacze The 100 wiedzą co działo się w minionych właśnie 16 odcinkach. Nie-oglądaczy będę chciała dziś przekonać, by w wolnej chwili, przekonali się o tym w najbliższej przyszłości. Jaki więc był sezon trzeci przygód naszych ulubionych i mniej ulubionych bohaterów?

źr.

Słowem wstępu - o co w The 100 dokładnie chodzi, jeśli ktoś wciąż nie wie: no więc w pierwszym sezonie, setka nastoletnich przestępców zostaje zesłana na Ziemię ze Stacji kosmicznej, na której żyli, by sprawdzić czy na planecie, która przeżyła wybuch wojny nuklearnej, da się żyć nie będąc równocześnie narażonym na zabójcze promieniowanie. W sezonie drugim widzimy walkę, walkę, walkę. I powolne odczłowieczanie się bohaterów. Sezon trzeci z kolei... Co on właściwie ma nam do zaoferowania? 

Zmienił się klimat. Bardzo. O ile wcześniej jakby wszystko stało w miejscu, w serii numer trzy, ruszamy się. Ciągle przemieszczamy. Z miejsca na miejsce. Z jednej historii bohatera, do innej historii drugiej postaci. Jest wiele unowocześnień, zarówno jeśli chodzi o kręcenie scen jak i nadawanie im bardzo specyficznej atmosfery. Jakby ktoś włączył ostatni odcinek trzeciego sezonu i pierwszy odcinek pierwszego sezonu, zszokowany, nie mógłby przyswoić tej zmiany. Wierzcie mi - przekonałam się o tej na własnej skórze. Czy ów ewolucja wyszła serialowi na dobre?

źr.
źr.

Powiem tak: nie lubię sezonu trzeciego. Uważam, że Jason - twórca znaczy, strasznie go spieprzył. Pierwszy sezon rozkochał mnie w serialu, drugi sprawił, że dostałam obsesji. Totalnej. Natomiast trzeci? Szkoda gadać. Naprawdę. I mimo że wciąż - poziom, jak na seriale tego typu, był zaskakująco dobry, tak po prostu wszystkie elementy uległy pogorszeniu i chyba dlatego jestem tak rozczarowana.

W sensie, wspaniały drugi sezon wysoko postawił poprzeczkę. I czułam, że trzeci może do niej nie dosięgnąć, ale na tak druzgocące skutki nie byłam przygotowana psychicznie. I nie zrozumcie mnie źle - wciąż uwielbiam ten serial, jest dla mnie bardzo ważny - heloł, to Setka, ale w tym poście nie obejdzie się bez wymieniania wad, czego jak mogliście zauważyć - nie było w recenzjach poprzednich sezonów. I boli mnie serce, że muszę skrytykować coś tak bliskie memu sercu, ale nie martwcie się - będą i zalety!

źr.
źr.
źr.

Ale najpierw,
co zawiodło?

  • rozwój, czy raczej cofnięcie się w ewoluowaniu pewnych postaci. I nie powiem. Nie wszyscy mieli z tym problem, bo niektórzy poszli dalej i faktycznie się zmienili na lepsze. Co było sensowne. Naturalne. Ale pewne osobniki... na litość boską. To było jak oglądanie wydania "Przygody w gimnazjum. Odcinek pierwszy: Hormony to choroba zakaźna"
  • wątek Clexa. Wiem, wiem. Pewnie narażam się w tej chwili na hejt. WIELKI. Społeczność Clex-maniaki jest ogromna i w ogóle. Ale wiecie co? Ten wątek było po prostu słaby. Słaby. I jak dla mnie - nie miał logicznego podłoża. W ogóle. W sensie, serio? Uważacie, że to nie jest jakieś uszkodzenie mózgu Clarke by obdarzała uczuciami kogoś kto... sami wiemy jak postąpił w sezonie drugim? Miejcie litość - to totalny bezsens i jak dla mnie - porażka serialu.
  • i niech wam nie przyjdzie do głowy mi wmawiać, że jestem homofobem czy cokolwiek. Właściwie to uwielbiam społeczność LGBT, uwielbiam wprowadzanie wątków LGBT to seriali, bo jestem zwolenniczką szerzenia tolerancji i szacunku do ludzi z innymi orientacjami seksualnymi. Ale Clexa to dla mnie jakiś pic na wodę. Szczerze. W drugim sezonie miało to jakiś sens, ale trzeci to dla mnie kosmos. Jakby Jasonowi totalnie poprzewracało się w głowie.

źr.

  • wątek główny sezonu trzeciego miał żałosny poziom. ŻAŁOSNY. Beznadziejny. Kompletnie zrypany. Nudny jak flaki z olejem i niestety - ciągnął się przez cały sezon - jak to główne wątki mają w zwyczaju. Doprowadzał mnie tym samym, do szewskiej pasji, całkowicie zniechęcił do serialu i sprawił, że nie wyczekiwałam na kolejny epizod z utęsknieniem. Sprawił, że serial stał się dla mnie... czymś obcym. Oglądałam go z przyzwyczajenia, a nie dla faktycznego cieszenia się treścią. 
  • Jason - twórca, przypominam - wpadł na genialny pomysł, by zrobić z The 100, Grę o Tron. I z jakim skutkiem to wyszło? Wiecie, myślę, że w zamyśle Jasona te wszystkie śmierci miały wzbudzać jakieś emocje. Miały pozostawać nas spustoszonymi. Ja tymczasem parskałam gorzkim śmiechem, jak widziałam, że kolejna osoba umiera. Bo to było żałosne. 
  • wiecie, mam teorię, że Jason zdawał sobie sprawę z tego, jak głupi jest główny wątek sezonu trzeciego i starał się ratować go, tymi wszystkimi, nieuzasadnionymi śmierciami. A koniec końców, skutek był taki, że straciłam do tego człowieka resztki szacunku. I w tej chwili naprawdę czuję obrzydzenie jak o nim myślę. Nie dlatego, że czyjaś śmierć mnie poruszyła - bo żadna nie wzbudziła we mnie większych emocji - ale dlatego, że Jason tak nieudolnie sterował wszystkimi historiami i koniec końców zawiódł mnie. 

źr.
źr.

  • Przez fakt, że główny wątek był słaby, a i poboczne jak cała akcja związana z Ziemianami i Commander były słabe, serial naprawdę był nudny. I w większości - przewidywalny. I zdruzgotało mnie to doszczętnie.
  • Bo poważnie, The 100 jest moim małym skarbem. Jest moją perełką. Jest czymś co po prostu kocham. A to co wyprawiał w sezonie trzecim Jason? Na litość bogów! Mam nadzieję, że to się na nim zemści.
  • Generalnie, sezon trzeci sprowadził mnóstwo kontrowersji. Począwszy od fali hejtu ze strony społeczności LGBT, po wypowiedzi Ricky'ego Whittle, który sprowadził na światło dzienne sprawę z faktem, jak Jason się do niego obnosił. Skoro więc takie szarady zaczęły wychodzić na jaw, możemy się tylko domyślać, o czym NIE MÓWIĄ aktorzy i co się dzieje za kulisami...
  • Finalny odcinek. Zespolenie najgorszych elementów, jakie w życiu widziałam. Finalne odcinki sezonów poprzednich były miażdżące. Powodowały osłupienie, skrajny szok, niedowierzanie i łzy. Mnóstwo łez. Natomiast finał sezonu trzeciego? Równie beznadziejny jak i cały sezon. Szczerze - od nadmiaru cukru w City of Light, rozbolała mnie głowa. 
  • Zapowiedź sezonu cztery - nie tak szałowa, jak ktoś by się spodziewał. I nie wiem. To wszystko mnie wykańcza. Wykańcza mnie fakt, jak obojętnie podchodzę już do tego serialu. I naprawdę, naprawdę lepiej, żeby Jason nie spieprzył serii numer cztery. Bo obawiam się, że moja cierpliwość ma swoje granice.

źr.
źr.

Ale, ale! 
To wciąż The 100
A ja wciąż jestem Sherry-maniaczką...

  • I oczywiście są rzeczy, które wciąż w tym serialu mi się podobały. Bo nie mogłoby być inaczej. Przede wszystkim: The 100 ma świetną załogę, jeśli chodzi o aktorów. Uwielbiam fakt, jaką ewolucję niektóre postacie przeszły, jak się zmieniły, a jednocześnie wciąż gdzieś głęboko byli sobą. 
  • Wielka, WIELKA zaleta tego sezonu? Jak nie największa? John Murphy. Czy muszę jeszcze coś dodawać? Okej, dodam zatem. Ten facet jest po prostu... niesamowity. Już w drugim sezonie zapałałam do niego wielką miłością, ale sezon trzeci sprawił, że po prostu byłam po jego stronie bo nie było momentu, kiedy by postąpił głupio. Wszystko co robił miało sens. I tyle. Poza tym - jako jedyny miał wgląd w każdy wątek i kiedy inni poruszali się po omacku, jak dzieci we mgle, on... On po prostu był sobą. I zasadniczo uratował moją opinię o tym sezonie.
  • Monty i Octavia. Podoba mi się jak się rozwinęli. I jak pewne kijowe sytuacje na nich podziałały. Tu potwierdziła się reguła, że nawet najgorsze wydarzenia mogą nas uczynić silniejszymi. Naprawdę podziwiam ich, podziwiam to co robili.
  • Raven. Był moment kiedy ta bohaterka mnie mocno zirytowała, ale przede wszystkim - imponowała mi! Co za mądra, przebiegła cholera z niej! Uwielbiam to!

źr. 
źr.

  • Co mam do powiedzenia o dwóch gwiazdach tej produkcji? Moich ulubieńcach do tej pory? Zacznijmy od Clarke. Księżniczki. Liderki. Która imponowała mi przez dwa sezony... i w sumie w trzecim też była niezła. Ale to jedna z tych postaci, która się w pewnych momentach cofała. Okrutnie. I poddawała hormonom. I strasznie mi to działało na nerwy. Zwłaszcza w finale. Mimo wszystko, muszę przyznać, że podoba mi się, że... głęboko wewnątrz wciąż pozostaje sobą. Liderką, która przewodzi, która bierze odpowiedzialność, która - do diabła - znajduje wyjście. Bo tak trzeba.
  • Bellamy. To był trudny sezon dla niego, ale kurczę - wiem, że pomyślicie, że jestem chora psychicznie, ale bardzo podoba mi się przez co przeszedł Bell w tym sezonie. Bo uważam, że to przyniesie wiele pozytywów w kolejnym sezonie. Już w ostatnich odcinkach serii numer trzy, zachowywał się inaczej, dała się we znaki taka subtelna zmiana i rozczuliło mnie to. Także owszem - Bell wciąż jest moją gwiazdeczką i perełką. Zatem możecie się domyślić, że NAWET po sezonie trzecim jestem...
  • Team Bellarke. I nie tylko dlatego, że Clexa u mnie nie daje rady. Jestem team Bellarke bo... to ma sens. To ma logiczne podłoże. To ma uzasadnienie. Proszę ludzie, po prostu to zauważcie. I mam nadzieję, że prędzej czy później zauważy też to Jason...

źr.
źr.
źr.

  • Jaka jest zaleta finału? Wiem, że dałam to już do wad i nie zmieniam decyzji, ale wspomnę tylko, że zapowiedź sezonu czwartego była jak dla mnie powrotem do korzeni. Obietnicą powtórki do poziomu z pierwszego sezonu. Tak to odebrałam. A teraz, gdy pewne postaci nie żyją... Kurczę, mam tak strasznie wielką nadzieję, że seria czwarta znów wprawi mnie w entuzjazm i oczaruje - że jeśli to się na mnie zemści, nie ręczę za siebie.
  • Wciąż uwielbiam dynamikę pomiędzy postaciami - nie tylko Bellarke, ale rodzeństwo Blake'ów, Kabby, Monty-Jasper, Bellamy-Kane. Poza tym Nate był taki kochany i Bryan, że nic tylko się rozczulać.
  • Pomimo nudnych wątków, serial wciąż oglądało się płynnie i wciąż miał parę mocniejszych momentów w sezonie trzecim. Dla mnie na przykład fajny był odcinek z Luną. Albo w Arce z Emersonem. Podobały mi się generalnie powroty do Setki - do współpracy teamu. To jest coś ożywczego, coś barwnego, iskrzącego od emocji. I właśnie dla TYCH interakcji międzyludzkich, będę ten serial dalej oglądać. 
  • Tylko jakie mam nadzieję, na sezon 4? Że wątek z Duchem nie będzie ciągnięty, że wątek z Hedą nie będzie ciągnięty, że wątek z Jahą nie będzie ciągnięty. A wierzę, że po finale trzeciego sezonu bohaterowie będą mieli co robić, także... naprawdę trzymam kciuki za serię czwartą. Poza tym - 4 to dobra liczba. Solidna. Musi być dobrze. W sensie... gorzej już chyba być nie może, nie?

źr.

Także jak widzicie, sezon trzeci był dla mnie pełen światła i cieni. I nie zwracajcie uwagi na moje narzekanie - okej? Jeśli nie oglądaliście The 100, błagam zróbcie to. Bo sezon pierwszy jest fascynujący, sezon drugi miażdży i okej - może trójka DLA MNIE była niewypałem. Ale zawsze jest szansa, że wy odbierzecie ją inaczej, a poza tym - zapowiada się - jak wspomniałam, dość ciekawy powrót do korzeni w sezonie czwartym także...

Oczywiście polecam. To w końcu Setka. I nawet jeśli poziom wahał się przy krytycznym, gdy oglądałam sezon trzeci, to ani razu nie pomyślałam, by sobie odpuścić oglądanie. By porzucić Setkę. Bo zbyt wiele elementów pokochałam. Zbyt wielu bohaterów mnie oczarowało. To jeden z tych seriali, który po prostu się wpisał w moje serce. I trzymam kciuki, by z wami zrobił to podobnie.

Pozdrawiam,
Sherry


sezon 1 | sezon 2 | sezon 3 | sezon 4 | sezon 5 | sezon 6 | sezon 7
Książka: Misja 100

źr.
źr.