Greena przedstawiać nie trzeba. Amerykański autor dorobił się kilku powieści, w tym czterech, które zostały wydane w Polsce. Szybko stał się jednym z najbardziej popularnych autorów, literatury młodzieżowej. W swojej książce pod tytułem:
"19 razy Katherine" po raz kolejny, historią nastolatków, próbuje rzucić światło na parę istotnych wartości. Colin Singleton jest nietypowym młodzieńcem, z typowymi problemami. Uważa się za
"cudowne dziecko", jednak martwi go fakt, iż niczego jeszcze w życiu nie osiągnął i strach, że nigdy z niczego nie zasłynie. Do tego wszystkiego trzeba doliczyć jeszcze fakt, iż niedawno został rzucony przez kolejną, bo dziewiętnastą już Katherine. Bo o ile niektórzy gustują na przykład w blondynkach, lub w dziewczynach, które mają niebieskie oczy, to on może być tylko i wyłącznie z Katherinami. Wraz z przyjacielem - Hassanem, cynicznym, leniwym wielbicielem reality show
"Sędzia Judy", udaje się w podróż, podczas której Colin będzie próbował zakończyć pracę nad
Teorematem o miłości, który ma przepowiadać przyszłość każdego związku. Myślicie, że to nie do zrealizowania? Zostawcie to więc Colinowi, cudownemu dziecku, które chce znaczyć dla świata więcej niż przeciętny człowiek.
„Brakujących fragmentów nie da się wpasować w swoje wnętrze, gdy się je już raz straci.”
"19 razy Katherine" było moim drugim spotkaniem z twórczością pana Greena.
"Gwiazd naszych wina", które przeczytałam kilka miesięcy wcześniej, co prawda nie zrobiło na mnie tak wielkiego wrażenia jak na pozostałych czytelnikach, ale podobał mi się styl autora, więc postanowiłam sięgnąć po jego kolejne twory. Tak się złożyło, że w moje ręce wpadła właśnie historia o Colinie Singletonie. Do powieści nie nastawiałam się z jakimiś większymi wymaganiami, zwłaszcza że po sieci krążyły już negatywne opinie o tej pozycji. Liczyłam co najwyżej na inteligentną opowieść nakrapianą dobrym humorem i znośnym wątkiem romantycznym. Co otrzymałam? Książkę, która okazała się jednym z największych rozczarowań mojego czytelniczego życia. Książkę, którą obdarzyłam nienawiścią za rozgoryczenie, jakie mi sprawiła. Książkę, po której wiem, że Green nie zostanie moim ulubionym autorem, bo nigdy mu już nie wybaczę tego jak mnie zepsuł powieścią
"19 razy Katherine". I co ważniejsze - był to twór do tego stopnia, dla mnie męczący, że stał się powodem swego rodzaju niechęci i pewnego załamania, po którym nie byłam w stanie nawet patrzeć na swoje pozostałe książki.
„Wydaje mi się, że to, ile sam znaczysz, zależy os spraw, które coś znaczą dla ciebie. Masz taką wartość, jak to, co jest dla ciebie ważne.”
Nie wiem, naprawdę nie wiem, czy to moja wina, że powieść do mnie nie trafiła i pozostawiła aż tak negatywne wrażenie, czy też wina książki. I niestety jeśli liczyliście na pozytywną opinię - zawiedziecie się. Przede wszystkim, doszłam do wniosku, że nie znoszę książek, które nie potrafią mnie wciągnąć i zyskać mojej pełnej uwagi i skupienia. W
"19 razy Katherine" nie dzieje się praktycznie nic, aż do końca powieści. Colin i Hassan wybierają się w
"wielką podróż", która kończy się kilkaset kilometrów dalej, po czym osiedlają się w małym miasteczku i poznają Lindsey, szybko zyskującą miano
"ich przyjaciółki". Colin zaczyna pracę nad
Teorematem o miłości, a Green ofiarowuje czytelnikowi mnóstwo wykresów, matematycznych stwierdzeń i sformułowań, które dla mnie były kompletnie bez sensu. I znów - nie wiem czy to moja niechęć do matematyki i po prostu niewiedza na ten temat spowodowała, że wszystkie tego typu elementy były dla mnie niezrozumiałe i wręcz nużące, czy też fakt, iż Green przesadził w tych kwestiach.
„Książki to notoryczni Porzucani: gdy je odkładasz, mogą na ciebie czekać wiecznie, a gdy poświęcisz im uwagę, zawsze odwzajemniają twoją miłość”
Co jeszcze oprócz wykresów, paraboli, anagramów i matematyki, można zobaczyć w recenzowanej przeze mnie dzisiaj książce? Colina - głównego bohatera, który jest równie irytujący, co sam jego
Teoremat. Przede wszystkim, męczył mnie zawodzeniem o tym, jaki jest okrutnie nieszczęśliwy w związku z tym, że kolejna Katherine z nim zerwała, ale też denerwowały mnie jego tyrady o tym, że chciałby coś znaczyć dla świata. W gruncie rzeczy, gdyby nie postać zabawnego Hassana i całkiem ciekawej, naturalnej Lindsey, pomyślałabym, że kreacja bohaterów wypadła po prostu słabo. Colin był egocentrycznym mózgowcem i choć nie nazwałabym go największym minusem książki, to zdecydowanie nie potrafił zyskać mojej sympatii. Nie podobał mi się brak jakiejkolwiek akcji. Przez nieobecność dynamizmu i pewnego rodzaju płynności, pomiędzy wydarzeniami, książka była dla mnie po prostu męczarnią. Usychałam i więdłam wraz z kolejnymi rozdziałami, by na końcu być tak pusta od emocji, iż naprawdę - jedynym wyjściem było znienawidzenie tej książki. Styl autora, który uwielbiałam w
"Gwiazd naszych wina" i tu był obecny, ale nie podobał mi się już aż tak jak kiedyś. Właściwie to po skończeniu książki, miałam ochotę porzucić swoje plany o kupnie brakujących powieści Greena i zacząć unikać jego tworów. Gdyby
cokolwiek działo się w tej historii! Gdyby
czymkolwiek Green wzbudził moje zainteresowanie! Niestety, opowieść była beznadziejna, pozbawiona głębi i fantastycznego stylu, a momenty, w których kąciki moich ust wygięły się ku górze, byłabym w stanie policzyć na palcach jednej ręki.
„Ludzie powinni się przejmować. To dobrze, gdy inni coś dla nas znaczą, że za nimi tęsknimy, gdy ich zabraknie.
Czytanie
"19 razy Katherine" było okropnym doświadczeniem, którego mam nadzieję, już nigdy w takim stopniu nie zaznam. Jedyne co mogłoby się spodobać w tej książce to fakt, że rzeczywiście coś tam prześwietlało przez przygody bohaterów. Green po raz kolejny uraczył nas sporą dawką przyjaźni, odrobiną miłości i nastoletnimi bohaterami mierzącymi się z odrzuceniem, dorastaniem i walką o swoje własne miejsce w świecie. Skłamałabym pisząc, że nie dostrzegam potencjału i morału historii o Colinie Singletonie, niestety - nie potrafię go docenić. Koniec końców, choćbym chciała, nie mogę dać książce Greena pozytywnej oceny i naprawdę nie jestem w stanie się zmusić, by ją wam polecić. Być może powieść spodoba się zatwardziałym fanom tego pana, być może spodoba się również TOBIE - nie jestem w stanie tego określić. Wiem tylko, że ja chcę o
"19 razy Katherine" jak najszybciej zapomnieć i naprawdę żałuję, że spotkałam na swojej czytelniczej drodze tą powieść.
3/10
Pozdrawiam,
Sherry
„Morał z tej historii jest taki, że nie pamiętamy co się stało. To, co pamiętamy, staje się tym, co się wydarzyło.”