![]() |
źr. |
The Dog Stars
Wydawnictwo Insignis, 2013
367 str.
Hig jest jednym z ostatnich ludzi na ziemi. Ponad 90% populacji wyginęło na wskutek zmutowanego wirusa. Reszta zamieniła się w Ocalałych. Niektórzy wciąż trzymają się swoich kodeksów honorowych. Potrafią żyć, potrafią być ludźmi, nie stają się tymi złymi. Reszta to mordercy, gwałciciele, złodzieje. Nie mają skrupułów, nie mają nic do stracenia, nie mają nic do ukrycia, ryzykują wszystko, by walczyć o cokolwiek. A Hig? Hig ma szczęście. Zaraza go nie dorwała, choć odebrała mu żonę. Zajmując lotnisko, mając za towarzyszy wiernego psa i narwanego sąsiada, jedynego w promilu ośmiu mil człowieka, egzystuje, wymyśla gwiazdozbiory, pozwala sobie marnować czas. Nic innego mu nie pozostało. Czy na niemal pozbawionym człowieczeństwa świecie, znajdzie się okazja na podążanie za nadzieją? Za utraconymi wspomnieniami?
Książka Petera Hellera, niedługo po premierze, została okrzyknięta bestsellerem, krytycy i recenzenci rozpływali się z zachwytów, nad postapokaliptyczną wizją świata, autora. Mnie osobiście, urzekła okładka i intrygujący opis, który rzeczywiście wskazywał, że lektura może być dramatyczna, wzruszająca i wyjątkowa. Jak tak teraz pomyślę, chciałabym by coś, jakiś głos, instynkt - wtedy, gdy przeglądałam tą książkę w księgarni po raz pierwszy - krzyknął mi do ucha "co ty robisz idiotko! Nie ruszaj tej brei!". Niestety, nic takiego się nie pojawiło, moja fascynacja książką rosła, aż w końcu powieść dołączyła do mojej biblioteczki. I choć z obawami, przystąpiłam do lektury, pełna... nadziei? Że wszystkie te rekomendacje na skrzydełkach, na innych portalach, okażą się prawdziwe. Teraz już wiem, że czytelnik może ufać tylko sobie. I temu, że nauczy się czegoś na błędach.
Bo książka Petera Hellera, to jak Boga kocham, w tej chwili - powód, dla którego na moich ustach pojawia się ciąg przekleństw. To cholerna zguba, to jedna z tych powieści, które zabijają w czytelniku chęć czytania. To moja osobista zaraza, to coś co już zawsze - zawsze, będzie określane przeze mnie "zbiorem przypadkowego pieprzenia autora". Ale po kolei, po kolei. Na pierwszy ostrzał weźmy głównego bohatera. Żyjący wspomnieniami sentymentalista, wrażliwy marzyciel, pozwalający by nadzieja tliła mu się w sercu, aż do końca. Ba! Pozwalający, by ta go wypalała, by go niszczyła. I w innych przypadkach, ten facet byłby moją bratnią duszą - naprawdę, ale to całe chrzanienie, które dał nam Peter Heller, w narracji pierwszoosobowej, to zagubienie, to błądzenie, mącenie w swoich własnych myślach, to więcej niż byłam w stanie znieść. Być może po prostu to nie była lektura dla mnie. Może jestem za młoda, może surowy liryzm lektury przeznaczony był dla męskiego odbiory. Może. A może po prostu Peter Heller przesadził. Osobiście obstawiałabym przy tym drugim.
Książka jest chaosem. Chaosem myśli, chaosem tekstu, przerostem treści nad fabułą. Nad czymkolwiek innym. Nie dość, że autor raczy nas zdaniami bez interpunkcji, bez dobrej składni, bez sensu, to jeszcze nie ma tu normalnych dialogów. W całej powieści nie zobaczycie ani jednego myślnika, sugerującego wypowiedź. O nieee. Tutaj mamy ciągły tekst, dziwne nie-akapity, pozbawione prawidłowych wcięć, i od czasu do czasu, postawione tak zwane "wypowiedzi postaci". Tyle że nie mamy pojęcia, że to wypowiedź, bo nie odznacza się od opisów, zupełnie niczym. Tego typu charakter, drażni zwłaszcza na początku i co prawda później czytelnik się przyzwyczaja - z trudem, ale się przyzwyczaja, aczkolwiek mimo wszystko, lektura stanowi trudny orzech do zgryzienia. O ile ja jestem naprawdę wytrwałą i upartą czytelniczką, to przysięgam, że parę razy byłam bliska załamania przy "Gwiazdozbiorze psa" i myślałam, że porzucę lekturę. Chwała Bogu, za mój masochizm, dzięki któremu w tej chwili, mogę z satysfakcją równą żołnierzowi, po wygranej bitwie powiedzieć: "dałam radę!". Nie bez kosztów, nie bez ofiar, ale dałam radę!
Nie mogę napisać, że w tej książce nie było ani jednej zalety. Bo dostrzegam tą irytującą wyjątkowość lektury, dostrzegam czemu mogła zdobyć tyle uznania w świecie. Bo autor popuścił wodze swojej wyobraźni, dał kolejną postapokaliptyczną wizję przyszłości, męskiego bohatera na granicy wybuchu, a całość opatrzył całkiem nieźle pokierowaną fabułą, trochę dramatyczną, trochę sentymentalną i poetycką. Ale to wszystko nie oznacza, że potrafię spojrzeć na jego książkę, pozytywniejszym okiem niż w tej chwili. Bo cokolwiek inni by nie mówili o tej powieści - nie mogą zaprzeczyć jednemu - ta pozycja jest bezsprzecznie, boleśnie NUDNA. Momenty, które jakoś mnie zaciekawiły i pociągnęły akcję do przodu, mogłabym zliczyć na palcach jednej ręki. Częściej jednak autor raczył nas długimi, przesadzonymi opisami, nużącymi i męczącymi do granic możliwości, przeciągającymi wszystko co możliwe. Więc nie, kochani. Nie polecam wam tej książki. Wręcz przeciwnie, radzę obwiązać ją czosnkiem i nie zbliżać się do niej na krok, albo zupełnie wymazać z pamięci ten tytuł i fakt, że coś takiego jak "Gwiazdozbiór psa" w ogóle istnieje. Bo uwierzcie mi - za nic, nie skazałabym nikogo na taką mękę, jaką była dla mnie, lektura książki Petera Hellera.
367 str.
![]() |
źr. |
"Żyjemy jak królowie Hig. Wystarczył koniec świata."
![]() |
źr. |
"Kochać to opowiedzieć się po jednej ze stron i trzymać się jej kurczowo po samą śmierć."
![]() |
źr. |
"Ból leżu u twojego boku, blisko. Nie niepokoi cię nawet odgłosem oddychania."
![]() |
źr. |
"Byłem muszlą. Pustą. Przyłóż mnie do ucha, a usłyszysz daleki szum wymarłego oceanu."
![]() |
źr. |
Do diabła z tobą, Pete. Do diabła.
2/10
Pozdrawiam,
Sherry