![]() |
źródło |
Krew Olimpu
Rick Riordan
Oryginał: The Blood of Olympus
Seria: Olimpijscy Herosi
Tom: 5 (finał)
recenzja tomu I
Wydawnictwo: Galeria Książki
Wydawnictwo: Galeria Książki
Data wydania: 22 październik 2014
Liczba stron: 495
RECENZJA NIE ZAWIERA SPOILERÓW. JAKICHKOLWIEK!
Ricku Riordanie, przestań niszczyć mnie swoimi książkami.
Nadszedł czas na pożegnanie. Ostateczne. Nieodwołalne. Przez kilka poprzednich lat, Rick Riordan czarował nas swoimi książkami, początkowo z serii: "Percy Jackson i bogowie Olimpijscy", którą kocham i po której całkowicie straciłam dla autora głowę, później "Kronikami Rodu Kane'ów" nie mających związku z Percy'm, by następnie dać upust swoim zdolnością pisarskim, ponownie wciągając nas w świat herosów i bogów Olimpijskich.
![]() |
źródło |
Z każdym kolejnym tytułem, z każdym kolejnym tomem "Olimpijskich Herosów" udowadniał, że jest autorem światowym, który nie powinien być lekceważony. Uwielbiany przez śmiałe pomysły, świetne rozwiązania, humorystyczny styl i akcję pędzącą niczym wicher. Nienawidzony przez okrutne dla czytelnika i bohaterów zakończenia, przez cudowne chwile z postaciami, z którymi czytelnik nigdy nie chce się rozstać. Rick Riordan. Zakończył swoją serię. I pozostawił mnie - swoją fankę numer jeden - a przynajmniej tak lubię o sobie myśleć, rozumiecie - z pustym sercem, z napuchniętymi od płaczu oczami, z emocjami, z którymi nie umiem sobie teraz poradzić.
Wyczekiwanie na kolejne tomy "Olimpijskich Herosów" było torturą. Torturą - którą chciałabym raz jeszcze przeżyć, bo oznaczałoby to, że przed nami kolejny tom przygód o naszych ulubieńcach. Ale tak się nie stanie. Bo "Krew Olimpu" to ewidentny koniec. Koniec ery Percy'ego, Annabeth, Leona, Jasona, Piper, Hazel, Franka, Nico, Reyny i trenera Hodge'a. A przynajmniej w formie książkowej. Bo dla mnie, te charaktery nigdy nie umrą czy się skończą. One ciągle będą w nas, w naszej pamięci, w naszych sercach. Wciąż przeżywając walki, wciąż przeżywając miłości, zauroczenia, fascynacje. Wciąż tocząc potyczki z potworami rodem z mitów.
Trudno jest żegnać się z czymś, co stało się twoim całym światem. A mogę wam śmiało napisać, że tym stała się dla mnie twórczość Riordana. Percy'emu oddałam serce. Wielkiej Siódemce oddałam duszę. Herosom oddałam swój honor. A autor odpłacił się tym co najpiękniejsze - swoim zgrabnym, wspaniałym, niepowtarzalnym talentem i finałem, który... wstrząsnął fasadami mojej egzystencji.
Bohaterowie serii mają za sobą długą podróż. A najgorsze jeszcze przed nimi. I choć mają nadzieję, że koniec końców im się poszczęści, wciąż w głowach słyszą Przepowiednię, która nie napawa ich optymizmem:
"Podjąć musi herosów siedmioro wyzwanie,
inaczej pastwą ognia lub burz świat się stanie.
Przysięga tchem ostatnim dochowana będzie,
a wróg w zbrojnym rynsztunku u Wrót Śmierci siędzie."
Co przygotował dla nich los? Czy dane im będzie przeżyć apokalipsę, zbliżającą się wielkimi krokami? Przed Wielką Siódemką stoją poważne dylematy i dramaty. To czy im nie ulegną, zależy wyłącznie od nasilenia nadziei, która powoli zaczyna podupadać w duszach naszych herosów. Ale czytelnicy wierzą w swoich bohaterów. Obóz Herosów wierzy w swoich bohaterów. Obóz Jupiter wierzy w swoich bohaterów. Czy to wystarczy?
Ta książka była... tak emocjonująca. Tak niesamowicie wspaniała i przerażająca równocześnie. Tak niezwykła i genialna, że trudno mi zebrać myśli w logiczną zbieraninę zdań. Choć może trudno wam będzie w to uwierzyć - w końcu na herosów czeka wielka bitwa, która może być ich ostatnią, ale nawet w obliczu nadciągającej katastrofy, postacie raczą nas tyloma momentami, przy których wybuchałam śmiechem, że naprawdę, trudno byłoby to wszystko zliczyć.
To jest coś, co kocham w Ricku Riordanie. Zabawny, humorystyczny styl, który chwilę później może zniknąć, pozostawiając ból, cierpienie i melancholię. Akcja pędzi jak tornado, pozostawiając spustoszenie nie tylko na polach bitwy, ale też w sercach czytelników. Finał oczywiście nie zawiódł. I choć można nie lubić pewnych bohaterów - tak jak ja, to i tak człowiek będzie im kibicować. Bo to herosi, na Zeusa. Bo zbliża się koniec świata. Bo trzeba przeciwstawić się Gai.
Nie mam pojęcia ilu z was zaczęło swoją przygodę z Riordanem. Mogę tylko współczuć tym, którzy jej nie doznali, lub nie przeżyli tak jak ja. Bo to co daje nam na końcu autor, to po prostu... magia. W najpiękniejszym tego słowa znaczeniu. I choć mam ochotę jechać do Ameryki i błagać pisarza, by nie zostawiał tego finału w taki sposób... jestem cholernie szczęśliwa, że mogłam być tego świadkiem. Dojrzewania stylu autora. Dojrzewania jego bohaterów. Nie zamieniłabym tego na nic innego.
Jestem zdruzgotana. Nieszczęśliwa. Przygnębiona. A z drugiej strony, pełna euforii, entuzjazmu. Jeśli jesteście fanami Riordana i czytelnikami jego dzieł, wiecie, że ten pan ma talent do niszczenia swoich odbiorców. I tak się teraz czuję. I kocham za to Ricka. Kocham. Bo na koniec i tak ulegamy nieznanemu. A teraz mnie pozostaje uczynić to samo. Pozbierać się po trudnej rozłące z bohaterami i odliczać godziny do premiery kolejnej, całkiem już nowej serii ukochanego autora. Trzeba iść z wiatrami Zefira, z falami Posejdona, z grzmotami Zeusa... i dać się porwać całkiem nowej przygodzie.
Zatem czekam, Riordanie.
Pokaż, co jeszcze potrafisz.
Bo uwielbiam to, jak mnie niszczysz.
I dziękuję, że czynisz to już od tylu lat.
Płacz dla ciebie, był prawdziwym zaszczytem.
10/10
Pozdrawiam,
Sherry
Zagubiony Heros | Syn Neptuna | Znak Ateny | Dom Hadesa | Krew Olimpu
Książka bierz udział w akcji "Okładkowe Love"