piątek, 28 listopada 2014

Film: Miasto 44

źródło

Czas trwania: 2 godz. 10 min.

Generalnie rzecz biorąc, jestem wielką antyfanką wszystkiego co związane z wojną. Staram się nie czytać książek o podobnej tematyce, ograniczam filmy i seriale skupiające się właśnie na niej. Jednak wiadomo, że jeśli przyjdzie mi wybrać czy zostać w szkole na NIEMIECKIM i angielskim, z którego nie zrobiłam zadania domowego, a pójść do kina na "Miasto 44", wybiorę drugą opcję. Poza tym, starałam się nie być zbyt negatywnie nastawiona do tej produkcji, bo zwiastun był całkiem ciekawy, a jak usłyszałam piosenkę "Miasto" skomponowaną specjalnie do tego filmu, pomyślałam: "to może się naprawdę udać". W kinie byłam, produkcję przeżyłam, a poskładanie myśli jest dla mnie trudne nawet teraz, miesiąc - albo i więcej - po obejrzeniu. Bo tak naprawdę to ja nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Dlatego pozwólcie, że zacznę od początku.


źródło
Fabuła skupia się na grupce młodych ludzi, przeżywających swoje namiętności, buntownicze popędy mające uwolnić Polskę spod niewoli i pierwsze dramaty. Główny bohater - powiedzmy, że główny - to Stefan, utrzymujący swoją owdowiałą matkę i młodszego brata. Gdy jednak nieoczekiwanie traci pracę, przyjaciółka - Kama, wprowadza do w świat spiskowców, którzy szykują zryw narodowo wyzwoleńczy. Wszyscy są nastawieni oczywiście optymistycznie, wręcz ekscytacja tryska od nich, rażąc naiwnością, ale cóż im się dziwić. Myślą: "Powstanie potrwa góra trzy dni, później wygrywamy, świętujemy i upajamy się blaskiem chwały". Żyją chwilą, nie spodziewając się natknąć poważniejszych przeszkód w drodze do celu. A jednak z czasem okazuje się, że ich przewidywania były błędne. Niewielki zryw przemienia się w Postanie, ciągnące ze sobą masę ofiar i destrukcji Warszawy. Jak się skończyło Powstanie wszyscy wiemy, ale... jak potoczą się losy Obrońców Ojczyzny?

Nie można powiedzieć, żeby ten film był zły, tak w 100%, ale też nie był dobry. A przynajmniej jak dla mnie. Dlatego, by nie poplątać się w swoich myślach, zacznę od plusów produkcji. Tak na dobry początek, żeby was całkiem do niego nie zniechęcić. 

Przede wszystkim, jestem pod olbrzymim wrażeniem klimatu wojennego, który udało się stworzyć twórcom. W pewnym momencie, ta gorycz porażki, otaczająca bohaterów ze wszystkich stron śmierć, nieuchronnie zbliżająca się przegrana, przygniata widza. Miażdży go. Szybko orientujemy się jak pragnienia młodych o wolności, obracają się przeciw nim i zbierają żniwa. To był naprawdę niepokojące. Cały obraz zagłady, zniszczenia, okrucieństwa... Byłam sparaliżowana poczuciem własnej klęski. Przerażona tym co widziałam na ekranie i świadomością, że to nie jest nawet połowa tego, co naprawdę się stało w 44 w Warszawie. 

źródło
Po wyjściu z kina miałam emocjonalnego kaca, nie mogłam nie rozpamiętywać przerażającego, brutalnego widowiska, którego właśnie byłam świadkiem. I mimo, że to mnie przygniotło i wzbudziło we mnie skrajną rozpacz, graniczącą z histerią, co by było, gdyby teraz wybuchła wojna, to jak najbardziej można ten element zaliczyć na plus. W końcu tego się po takich produkcjach trzeba spodziewać, nie? Uświadomienia.

Kolejnym plusem była gra aktorska, zwłaszcza młodziutkiej Zofii Wichłacz wcielającej się w rolę "Biedronki", niesamowicie odważnej, dzielnej, zdecydowanej dziewczyny, która zaryzykowała wszystko, nawet własną śmierć, by walczyć o tego, którego kocha. Inna sprawa, że to wydaje się strasznie naiwne, ale na ekranie ukazane było świetnie. I choć jest sporo niewiadomych związanych z Biedroneczką, to Zosia oddała jej zagubienie, a równocześnie determinację, strach i uczucie, w najlepszy możliwy sposób. (I ma dodatkowe plusy od Sherry - fanki "Gry o Tron", bo w pewnych momentach, bohaterka wyglądała jak serialowa Daenerys. NIE ŻARTUJĘ)

Jak tak już wspomniałam o wojennym tle, to zapomniałam dopisać ogólnie co sądzę o obrazie Warszawy, który mieliśmy przed oczami na sali kinowej. Całość była naprawdę druzgocąca, te wszystkie zniszczenia i rzezie dokonywane na ulicach miasta... Radykalne rządy, pod którymi trzeba było funkcjonować w świecie ówczesnej - nie tak w sumie dalekiej - zniewolonej Polski... Pan Jan Komasa miał wizję. Widać, że coś tam starał się przekazać przez swój film, że starał się dotrzeć przede wszystkim do młodego człowieka, pokazując jak odwaga może zmienić się w strach, jak marzenia, mogą runąć niczym domek z kart. 

źródło
Co zaś się tyczy części, która pewnie prawdopodobnie dłuższa niż wcześniejsza, dotyczącej minusów, które rzuciły mi się w oczy i sprawiły, że mimo wszystko z kina wyszłam rozczarowana i zdegustowana widowiskiem...

Rozumiem, że współczesny film, nawet opowiadający o przeszłym wydarzeniach, nie może istnieć bez efektów specjalnych, ale Jan Komasa... jak to ujął mój kolega: "pojechał po bandzie". Nie mówię, że wszystko co się tyczy obróbki graficzno-montażowej mi się tam nie podobało. Bo było kilka niezłych momentów, których teraz nie chcę przytaczać, ale niestety dominowały te absurdalne, wiejące kiczem i sztucznością, po których ja nie mogłam opanować pogardliwych prychnięć. Podałabym tu kilka... No dobra. DUŻO przykładów, ale nie chcę, by moja recenzja zmieniła się w ciąg spoilerów, dlatego napiszę tylko, że korzystać z talentu graficznego trzeba umieć i - co ważniejsze - trzeba wiedzieć KIEDY go używać. Bo slow-motion jest wspaniałe. Dodaje dramaturgii, ale slow-motion, z błyszczącymi kulami, jaśniejącą poświatą bijącą od postaci i... Okej, już przestaję. 

Soundtrack. Z jednej strony był dobry. Takie pomieszanie muzyki współczesnej ze starodawną, co dawało naprawdę niezwykły, wyjątkowy efekt. A z drugiej... Naprawdę Panie Komasa? NAPRAWDĘ? Dubstep tam gdzie absolutnie nie powinien być? Na litość Boską, rozumiem, że zamierzenie było takie, by dotrzeć do młodego odbiorcy, a łatwiej jest to zrobić przez muzykę, ale biorąc pod uwagę fakt, jakie efekty to przyniosły w rzeczywistości... Powiem tak: u mnie na sali, rozbrzmiał śmiech. Śmiech, który się nie kończył, a mnie dopadły wątpliwości czy lekcja niemieckiego i niewątpliwa jedynka z angielskiego za brak zadania, to rzeczywiście byłaby taka wielka tragedia. 

źródło
Nie sądziłam, że jako romantyczka kiedykolwiek będę narzekać na wątek miłosny, ale tak się teraz musi stać. Ja rozumiem, że miłość była mimo wszystko możliwa w czasach wojennych - w końcu to uczucie, a nie choroba, żeby można było ją zwalczać. Ale w filmie Komasy, miałam wrażenie, jakby cały ten dramatyzm trójkącika miłosnego - tak, dobrze przeczytaliście - w pewnych momentach przysłaniał rzeczywiste przesłanie filmu i fakt, że całość miała się skupiać nie na miłostkach bohaterów, a na Powstaniu Warszawskim! 

Bohaterowie mnie strasznie denerwowali. Oprócz Biedronki i Beksy, nikt nie sprawił bym zapałała do niego sympatią, bym chciała na dłużej zatrzymać się przy jego losach. A już zwłaszcza nie sztywny jak kij i chwilami nudny jak falki z olejem Stefan i jego przyjaciółeczka Kama, którą moja koleżanka obdarzyła trafnym epitetem. W tej chwili jednak powstrzymam się od przywołaniem go tutaj, bo wiadomo. Kultura przede wszystkim. 

Nie chcę zabrzmieć jak hejterka, bo nią nie jestem, ale jestem zmuszona skrytykować jeszcze jeden... element filmu. Albo dwa. Albo... nie no dobra, obiecuję, że zatrzymam się na tych dwóch ostatnich. 

W filmie romantyzmem cuchnęło, aż niemiło, ale nie pasowały mi także scenki erotyczne. Jestem w stanie znieść nagość, w filmach wojennych musimy być na nią przygotowani, ale uważam, że scena seksu była zupełnie niepotrzebna. Jeszcze bardziej podkreśliła upór pana twórcy, by zamęczyć nas tym głupim trójkątem miłosnym i niepotrzebnie nadszarpnęła moje nerwy. 

I zakończenie. Nie wiem dlaczego - ale po prostu parsknęłam śmiechem jak dotarło do mnie, że to naprawdę się tak skończy. I nie chodzi mi o wynik Powstania, a o zakończenie przygód bohaterów. Totalny absurd, fantastyka - poziom hard. Jeśli tak było w rzeczywistości - cóż, będę musiała przełknąć dumę, ale jak na film, który był przygotowywany X lat, "Miasto 44" wypadło po prostu... słabo. 

źródło
Nie wiem jak ocenić ten film, dlatego tego nie zrobię. Bo on nie był zły. Nie był dobry. Był... taki sobie. Przeciętny. Niewyjątkowy. Powiedzmy, że chociaż cudów nie oczekiwałam, to i tak się rozczarowałam, co jakąś rekomendację daje, tak? Nie będę go też odradzać, bo opinii po sieci krąży na temat "Miasta 44" mnóstwo, jedne są bardziej, inne mniej, przychylne od mojej. Sami musicie podjąć decyzję i zaryzykować utratę tych dwóch godzin, bądź - dwie godziny spędzone na jednym z najlepszych seansów, jakich byliście świadkiem. Ja osobiście zdradzę wam, że gdyby nie ten szkolny wypad do kina, filmu Komasy nie oglądnęłabym za nic. Jakkolwiek opinie pozytywne by nie były. Bo jak już wspomniałam: nie lubię filmów wojennych. Ten jednak dał mi powody do myślenia.

Ale i tak najlepszy komentarz wygłosił mój pan od historii: "BIGOS Z NIEBA, TYLKO W POLSCE" - ci, którzy film obejrzeli, zrozumieją o co chodzi. :D

Pozdrawiam,
Sherry