wtorek, 22 września 2015

Lifelista Sherry

źr.

Cześć!

Nie tak dawno temu, zostałam poproszona o stworzenie swojej Lifelisty. Jeśli nie wiecie jeszcze, czym jest ta świetna zabawa, to zapraszam do twórczyni pomysłu, na bloga Lustro Rzeczywistości. Osobiście, jestem zauroczona pomysłem i bardzo, bardzo wdzięczna za nominację. :) 

Bierzmy się zatem, do dzieła!

Chciałabym podzielić swoje życie i piosenki jakie mi w nim towarzyszyły, na okresy i lata, niestety mam beznadziejną pamięć, a dzieciństwo, jeśli o muzykę chodzi, to już w ogóle zlepek wielu myśli, wydarzeń i sytuacji, także nie jestem w stanie stwierdzić kiedy słuchałam danych piosenek. Wiem tylko, że ich słuchałam, a dziś wybrałam kilka(naście), o których znaczeniu dla mnie, poczytacie niżej. 


W mojej rodzinie dużo się słuchało Arki Noego. Generalnie, przepadaliśmy za nią wszyscy: ja, mój brat i rodzice, także piosenki tego zespołu, są jednymi z tych, które nieodłącznie mi się już z dzieciństwem będą kojarzyć. A powyższa jest szczególna bo... W sumie, z tego co kojarzę, to śpiewaliśmy ją w przedszkolu, śpiewaliśmy ją w podstawówce, więc ona towarzyszyła mi wielokrotnie. 



Kolejną piosenkarką, którą moja mama uwielbiała puszczać mnie i mojemu bratu, była właśnie Majka Jeżowska. Tutaj akurat dałam dwie, powiedzmy, ważniejsze nuty, ale uwierzcie mi, do dnia dzisiejszego, jak tak przeglądałam youtube'a szukając utworów do dzisiejszej notki, okazało się, że pamiętam wszystkie teksty. :D Głęboko zakorzeniona miłość, cóż poradzę.




Z powyższymi piosenkami nie mam jakichś specjalnych wspomnień, ale po prostu pamiętam, że nuciłam je, prawdopodobnie w okresie podstawówki, klasy 1-3, albo wcześniej - zerówka i wyższe grupy w przedszkolu i gdy je do tej pory słucham, to przywodzą mi na myśl same pozytywne myśli, nieskupione co prawda wokół specjalnego wydarzenia, ale sam fakt, że są pozytywne, znaczy dużo. :)


Moja mama miała obsesję na punkcie tej wokalistki, także jej piosenki rozbrzmiewały w głośnikach, przez niezliczoną ilość razy.




Z kolei powyższe trzy utwory, to piosenki, w których zakochałam dzięki tacie. "Sun of Jamaica" uspokaja mnie do dnia dzisiejszego, a "San Fransisco" co parę tygodni, przypomina o moim marzeniu, odwiedzenia wujostwa mieszkającego właśnie na obrzeżach tytułowego miasta.


Danzela poznałam chyba dzięki któremuś z odcinków "Jaka to melodia" i to była miłość od pierwszego wysłuchania. Doprowadzałam ludzi do szału, nucąc ją. 


Ta piosenka była wieeelkim hitem w szkole, nucono ją na korytarzach, ciągle mówiono o czarnych oczach. Ja osobiście, bardzo miło ją wspominam bo pamiętam szczególne urodziny - ósme bodajże, które spędziłam z koleżankami, rozwrzeszczana, popieprzona i ufna. Piękne czasy. 



Odnośnie powyższych - cóż. Ich Troje to zerówka i to akurat pamiętam DOSKONALE. Pamiętam wspólne śpiewanie, pamiętam mini zespoły rywalizujące sobie kto ładniej śpiewa. I tutaj, ważniejszymi utworami były też piosenki: "Tango Straconych", którego na początku nie znosiłam i dopiero z czasem się do niego przekonałam, "Powiedz", którego nienawidziłam i wyłączałam po jakiśchś piętnastu sekundach, aż któregoś dnia, usłyszałam refren i to była miłość. :D No i oczywiście, najważniejsza piosenka - "Zawsze z Tobą chciałbym być". Nawet pojęcia nie macie, jak bardzo na jej punkcie, miałam obsesję. Natomiast odnośnie Golców - wyjaśnijmy sobie coś. Mieszkam w Małopolsce, na Podhalu. Góralskie piosenki i brzmienia, po prostu... otaczały mnie. Od zawsze.


Ta piosenka musiała być osobno, bo... bo tak! Bo dokładnie pamiętam, że to ją, na płycie, wzięłam chyba w trzeciej klasie podstawówki do szkoły, na bal, na którym byłam przebrana za elfa i to była jedna z bardziej udanych imprez w całym moim życiu. 



Również w trzeciej podstawówce, na jednym z apeli, najlepsze dziewczyny ze sportu, z całej szkoły, przebrane za cziliderki, tańczyły na sali jakiś układ. Byłam pod tak wielkim wrażeniem zarówno piosenek - to były właśnie powyższe zmieszane ze sobą, piosenki zespołu Queen - że to moje uwielbienie do wymachiwania kolorowymi pomponami przybrało tak szalony obrót, że od klasy 4 do 6, sama śpiewałam i tańczyłam jako pseudo cziliderka, soooł. Dzięki Queensowie!


Tą piosenkę na zawsze będę kojarzyła z jedną z moich największych przyjaźni życia. Serio, przedstawiła mi ją moja ówczesna, najlepsza przyjaciółka, jedna z dwóch - jeśli musicie wiedzieć i w sumie to była dobra przyjaźń, chyba jedna z najdłuższych w moim życiu, bo trwała przez jakieś dwa lata. Pewnie dla was to nie jest wyczyn, ale dla mnie? Jak najbardziej.


Wszyscy ją śpiewali, nikt nie miał pojęcia o czym to właściwie jest. Ale pieprzyć to! W końcu nuta wpada w ucho. :)


Tu znów - Piotr Rubik - miłość mamy, która przerzuciła się także na całą resztę rodziny. Pamiętam jak dziś, że siedzieliśmy przed telewizorem, wspólnie, obserwując koncerty tego artysty. Prawdopodobnie większość wciąż mamy na kasetach, także...







Powyżej, piosenki zagraniczne, które towarzyszyły mi przez podstawówkę. Swego czasu - były wielkimi hitami. A u mnie, w tej chwili, przywodzą same uśmiechy. Moja mama i ja, zachwycałyśmy się najbardziej tą ostatnią. Ja - bo podobał mi się teledysk, mama - bo ona w ogóle kocha francuski język.





We wakacje bodajże przed szóstą klasą, byłam z bratem, paroma kolegami i dwoma koleżankami, na obozie harcerskim - tak, jestem harcerką, po przysiędze - zaskoczeni? - i powyższe piosenki... Mam do nich strasznie dużo sentymentu, w tej chwili nawet jeszcze bardziej bo właśnie sobie uświadomiłam, że niestety wszystkie znajomości z wspaniałymi ludźmi, z którymi bawiłam się te parę lat temu, nad morzem, niestety się pourywały. 




Najlepsze trzy soundtracki EVER! I nie mogę o nich nie wspomnień, bo stanowiły kwintesencję mojego dzieciństwa i pasji do filmów, fantasy, co z czasem przełożyło się na seriale. :) Poza tym, soundtracki z wszystkich trzech serii, pocieszały mnie, dawały mnóstwo powodów do radości i generalnie wprawiały w wielką radość.


Ta piosenka... jest dla mnie ważna z paru powodów. Dzięki niej zakochałam się w Bruno Marsie i ta miłość trwa do dziś. To nad nią rozczulałam się z moją najlepszą przyjaciółką w gimnazjum, jeszcze przed tym, jak rozpoczęło się nękanie i generalnie piekło w tej szkole. Także przywodzi ważne, ładne wspomnienia. 


Ooo, ta piosenka też jest dla mnie ważna z paru powodów. Tak jak to było wyżej - dzięki temu utworowi, na maksa zakochałam się w Coldplayu, i ta miłość również trwa do dziś. Po drugie: poznałam ją, kiedy przyjaźniłam się chyba jedną z lepszych przyjaciółek poznanych przez internet, jakie w życiu miałam. Po trzecie: byłam w Irlandii na Wielkanoc i kiedy zaczęłam tęsknić za domem, bodajże w przedostatni dzień do wyjazdu, byłam w sklepie i gdy puścili tą piosenkę... To było jakby połączenie z domem, wiecie?


Tego utworu słuchałam w naprawdę beznadziejnym okresie mojego życia, najbardziej kijowym, więc do tej pory, jest dla mnie trochę przypomnieniem tego, że tamto już za mną, że przetrwałam, ale też pocieszeniem.


Historia tej piosenki i miłości do Muse, jest trochę jak w wyżej wymienionych utworach. To chyba pierwsza piosenka Muse, którą pokochałam i od niej zaczęła się moja fascynacja tym zespołem + "Undisclosed Desires" towarzyszyło mi w naprawdę podłych momentach życia, przynosząc niejaką pociechę. 


Lustereczko nie znosi tej piosenki, a ja ją UWIELBIAM! Pamiętam, że któraś z osób, puściła ją w ostatnim dniu szkoły, w trzecim gimnazjum, a gdy do mnie dotarło, że już prawdopodobnie NIGDY nie będę mieć do czynienia z tymi ludźmi... Po prostu przypisałam sobie ten utwór do tego radosnego uczucia. I do tej pory się cieszę, gdy ją słyszę.


Ta z kolei, przypomina mi o jednych z radośniejszych wakacji mojego życia. No wiecie, skończyło się gimnazjum, miałam raz na zawsze opuścić to beznadziejne miejsce i beznadziejnych ludzi - zaczynało się technikum. Same pozytywy.


Tu już przenosimy się do czasów technikum. I znów, piosenka ma wiele dla mnie znaczeń. Po pierwsze: kojarzy się z jednym z gorszych wieczorów mojego życia, ale też, uświadamia mi, że przeszłość pozostaje przeszłością i trzeba mieć na wglądzie, że to co było, już do mnie nie wróci. Czerpię z tego siłę. 


Tu mamy czystą miłość. Wszystko układało mi się w technikum, jeśli chodzi o znajomości, jeśli chodzi o rozwijanie się, jeśli chodzi o życie prywatne. W dodatku słuchałam tej piosenki w noc, kiedy Real Madryt wygrał Puchar Króla z Atletico, więc już na zawsze, "I see fire" będzie mi się kojarzyć z tą radością i ekscytacją. No i znów - to dzięki tej piosence, zakochałam się w Edzie Sheeranie i ta miłość, obsesja, trwa do tej pory. 



Tu dwie piosenki z jednego z najszczęśliwszych dni mojego życia. Wiem, ludzie nie rozumieją jak można przeżywać i kochać piłkę nożną do takiego stopnia, że człowiek czuje, jakby rozbijał się na kawałki gdy widzi, jak jego ulubieńcy przegrywają, ale ja po prostu to wszystko biorę na siebie, emocjonalnie, intensywnie, a dwie powyższe piosenki, już na zawsze będą dla mnie wyznacznikiem spełnienia marzeń każdego Madridisty, o zdobyciu La Decimy. Dzięki, chłopaki. 


Tu akurat nie powiem wam, z czym mi się ta piosenka kojarzy, bo to mocno osobiste, ale wierzcie mi, że jest ważna. Bardzo. Poza tym, Beatlesi to jeden z moich ukochanych zespołów, więc wiecie.









No, a wyżej. Piosenki związane z różnymi, "świeżymi" wydarzeniami z mojego życia, o których też nie będę się rozpisywać. Po prostu te powyższe utwory, są jednymi z moich ukochanych i kojarzą mi się z pewnymi... specjalnymi chwilami. 


Do zabawy nominuję WSZYSTKICH! Strasznie jestem ciekawa jak u was się przedstawia lista utworów życia. Wiem, ja trochę przesadziłam z ilością, ale to chyba coś co nie powinno już was dziwić, jeśli o mnie chodzi. :) 

Nominuję, jak wspomniałam - wszystkich, koniecznie dajcie znać jak wykonacie notki bo chcę je zobaczyć! :) Ale zwłaszcza do jednej osoby mam prośbę, by spróbowała stworzyć taki post. Patko...? 

Pozdrawiam,
Miłego dnia!
Sherry