czwartek, 12 marca 2015

"Przegląd Końca Świata: Feed" - Mira Grant

źr.
Przegląd Końca Świata: Feed
Mira Grant
Trylogia: Przegląd Końca Świata, tom 1/3
Wydawnictwo: SQN
Data wydania: 7.11.2012
Ilość stron: 494

Pierwszy komentarz, który mi się ciśnie na usta po skończeniu książki?
Cholera jasna.
To dość sporo mówi, co?

źr.
Mamy Georgię i Shauna Masonów, żyjących 20 lat po odkryciu lekarstwa na raka (w 2014 roku. Wychodzi na to, że nasz 2014 rok był słaby). Żadna osoba żyjąca na świecie nie zmaga się już z tą przerażającą, okropną chorobą. Właściwie to nie zmaga się już z żadną chorobą. Przeziębienie? Co to w ogóle jest przeziębienie? Zamiast tego mamy wirusa Kellis-Amberlee rozpylonego na całej kuli ziemskiej, zmieniającego ciała i psychikę ludzi w zombie. I to nie jest ani trochę zabawne, w każdym razie nie dla normalnych ludzi. Fakt, że chodząca padlina goni cię, próbując również ciebie zainfekować - musicie przyznać, że nie nastraja optymistycznie. Ale spoko! Zawsze można strzelić kulkę w łeb zombiaczkowi i modlić się, żeby w pobliżu nie było całego stada nieumarłych szukających posiłku, bądź... mieć przy sobie nieustraszonego Irwinistę! Ideałem w tym przypadku będzie Shaun Mason. A wiadomo, że Shaun nigdzie się nie ruszy bez swojej siostry - Georgii, także skoro paczka już skompletowana, lećmy dalej.

źr.
W uniwersum Miry Grant, światem rządzą blogerzy. Nie - nie żartuję. Serio. "Normalni" obywatele, zamiast czerpać wiadomości i newsy ze świata ekranów, czy portali informacyjnych, wiedzę o tym co się dzieje poza ich domami, opierają na donosach ze świata blogsefry. Świata blogsfery, który jest zresztą podzielony. I taaak:
- Są Newsie. Ich rola jest prosta. Przekazywać informacje. Przekazywać prawdę. Niczego nie koloryzować, ograniczać obiektywne opinie. Liczy się tylko news.
- Są Irwiniści. Wydurniają się w video, ryzykują życie na zabawy z zombie, organizują teoretycznie samobójcze misje typu: "dźgnijmy zombie patykiem - będzie zabawnie", które normalnym ludziom nie mieszczą się w głowie. Urozmaicają blogsferę. Wyzwalają adrenalinę. Przestrzegają przed głupotą.
- Są i Fikcyjni. Piszą opowiadania, poezję. Relaksują. 
W końcu w świecie, gdzie dominuje strach i zombie, warto czasem przeczytać jakieś romansidło na blogu, nie? Jak... no nie wiem, dwójka zakochanych przemienia się w nieumarłych. Albo... jak dziewczyna zakochuje się w chodzącej padlinie? Wszystko  jest możliwe. 

źr.
Bardzo ciężko mi ocenić tą książkę. Ale w sumie, jeśli problematyczne już było czytanie jej, nie powinno mnie dziwić, że i pisanie opinii będzie trudne. Do dwusetnej strony naprawdę topornie mi szło wgłębianie się w lekturę. Autorka swoją książkę oparła na opisach. Ale nie byle jakich opisach. Mamy tu bowiem misz masz złożony z biologicznych nowinek. Technologicznych nowinek. Politycznych nowinek. Korupcyjno-informacyjnych nowinek. Medialnych nowinek. Dowiadujemy się jak działa wirus. Jak działa medycyna. Jak działa polityka. Jak działa broń. I to zlewa się w jedno, dając nam naprawdę szczegółowy opis... no... wszystkiego. Nie powiem, żeby to było złe w stu procentach. Fajnie od czasu do czasu trafić na dopracowaną książkę. Naprawdę, to wszystko dawało pełny obraz świata, w którym przyszło funkcjonować społeczeństwu. Ale sprawiało też, że akcja niknęła w tle. A czytelnik był zmęczony samym myśleniem o książce, a co dopiero czytaniem. 

Photo. Sherry
Nie wiem czy to dopracowanie w sumie jest minusem czy plusem książki. Bo serio, kurczę. Naprawdę autorka musiała się skupiać na wszystkich cholernych drobiazgach, zamiast na tym co istotne? Na pociągnięciu fabuły do przodu na przykład? Na jakiejś, no nie wiem - DYNAMICE? Albo przynajmniej na jakichś emocjonujących walkach z zombie? Nieeeee, ona musiała pisać o polityce, o urządzeniach, o jakiejś łączności czy innych badziewiach, które nikogo nie obchodzą. 

źr.
Okej, może spodziewałam się czegoś innego. Mimo że nie nastawiałam się na nie-wiadomo-co, to jednak liczyłam, że autorka rzuci nas w wir zdarzeń, że wątki będą pochłaniające i pomysłowe, że akcja nie pozwoli mi odejść od lektury. Zamiast tego, zamiast żywej, intrygującej dystopii, dostałam taki pseudo thriller, skupiający się na polityce. Głównie. 

Ale są i plusy. Chociażby przedstawienie blogsfery, jako centrum dowodzenia wszechświatem. To tu rodzą się Irwiniści, Newsie i Fikcyjni. To tu zdobywasz informacje potrzebne do przeżycia. To tu dowiadujesz się, że nie można dźgać zombie patykiem i oczekiwać, że to się skończy dobrze. 

To co mi się podobało to bohaterowie. Byli... w pewien sposób niemal namacalni. Choć trudno było się z kimkolwiek zżyć, bo Mira Grant raczej nie poświęcała im uwagi. Oprócz narratorki - Georgii czy jej bratu Shaunowi, dla którego ja straciłam głowę. Czemu? Jego filozofia życiowa była niesamowita, poza tym, uświadomił mi, że gdybym i ja żyła po Powstaniu, w świecie zombie, też byłabym Irwinistką. No bo serio - ludzie! Ryzykować życiem, żeby pobawić się z zombie? Brzmi jak początek niesamowitej przygody! 

Photo: Sherry
Przykry był fakt, że z "thrilleru politycznego z horrorem w tle" wyszła taka w sumie... dziwna książka. Jak dla mnie - przewidywalna. W pewnym stopniu. Nie rozumiałam na przykład, czemu domyślałam się co się stanie jakieś dwieście stron, zanim to się stało, a dla bohaterów stanowiło wielką, niebezpieczną intrygę. Jednakowoż, mimo że możecie myśleć, że skoro przedstawiłam książkę w taki trochę negatywny sposób, to w ten sposób ją też odebrałam - trochę tak było. Ale fakt, że od jednego z rozdziału, jakieś pięćdziesiąt stron przed końcem, moje oczy były ciągle załzawione, trochę zmienia postać rzeczy.

W pewnym momencie bowiem stało się coś... Wstrząsającego. Nie szokującego - bo w sumie, jakby się ktoś uparł to mógł wykminić, że to się tak skończy, ale wstrząsającego na pewno. I moje osłupienie to była reakcja, na którą czekałam całą cholerną książkę! Łzy spływały mi po policzkach przez dobre pięćdziesiąt stron - przysięgam na Boga - co znacznie utrudniało mi czytanie, wiecie. Raczej trudno się czyta przez łzy, których za nic nie można się pozbyć. 

Nie wolno niszczyć książek, ale uważam, że zniszczenie jakiejś przez łzy, jest najpiękniejszym aktem wandalizmu na powieści. Bo to znaczy, że rzeczywiście była coś warta. Ślady spadających łez na moim egzemplarzu "Feed" mówią same za siebie. Mogę narzekać, wyklinać i tak dalej, ale koniec końców nie żałuję, że miałam styczność z tą pozycją. Może nie jestem w pełni zadowolona, ale też nie umiem poskromić ciekawości i powstrzymać się przez natychmiastowym sięgnięciem po kontynuację. To czy wy zaryzykujecie spotkanie z tą pozycją, pozostawiam do rozstrzygnięcia wam.

Powstańcie póki możecie.

8/10

Pozdrawiam,
Sherry


 Feed | Deadline | Blackout