wtorek, 6 stycznia 2015

Film: Zostań jeśli kochasz

źródło
Oryginał: If I stay
Ekranizacja powieści: "Jeśli zostanę"
Data premiery: 12 września 2014
Czas trwania: 1 godz. 46 min.

Wiecie, nie za bardzo lubię kiedy moje ukochane powieści, lub przynajmniej te, które darzę wielką sympatią są ekranizowane. Z jednej strony przepala mnie ciekawość jak całość wyjdzie, czy aktorzy się sprawdzą, a z drugiej wiem, że to nie będzie to samo. Jest raczej niewiele ekranizacji, które pobiły swoje pierwowzory, a masa tych, które wręcz zhańbiły piękne powieści. Przykładów nie ma sensu przytaczać, żyjecie na tym świecie, czytacie książki, oglądacie filmy - pewnie doskonale wiecie o czym mówię. A jednak, o dziwo, na ekranizację "Zostań jeśli kochasz" wyczekiwałam z wielkim zniecierpliwieniem. Książka mnie zauroczyła, polały się łzy, których nie wydobył na mnie nawet Green z "Gwiazd naszych wina" i już przy oglądaniu zwiastuna "If I stay", czułam ukłucie w sercu i po prostu się mazałam. Prawdopodobnie działał na to fakt, że czytałam powieść i wiedziałam czego się spodziewać. A jednak teraz, gdy już całość oglądnęłam... Nie posiadam się ze zdumienia, że twórcy mnie... zaskoczyli. 


źródło
źródło
Dla tych, którzy nie mieli przyjemności czytać książki pani Gayle Forman - do czego gorąco zachęcam! - przypomnę, że historia zarówno w powieści jak i w filmie, skupia się na siedemnastoletniej Mii Hall, której życie w jednej chwili obróciło się przeciw niej. Wcześniej szczęśliwie zakochana w Adamie, otoczona ciepłem rodziny i przyjaciół, utalentowana wiolonczelistka z aspiracjami na naprawdę wielkiego muzyka, teraz w katastroficznym wypadku samochodowym straciła część siebie. A gdy jedna nowina poprzedza drugą, Mii - odłączonej od swojego ciała, które zmaga się ze skutkami wypadku, przyjdzie podjąć decyzję, czy powinna walczyć o życia, o marzenia i o bliskich, czy odłączyć się od bólu świata i otoczenia i po prostu odejść. Jeśli myślicie, że to będzie łatwa decyzja, to znaczy, że nie czytaliście książki i nie macie bladego pojęcia czego się po filmie spodziewać.

źródło
W ekranizacji "Zostań jeśli kochasz" - doprawdy, nie mam pojęcia jakiemu geniuszowi przyszło wymyślić zmianę normalnego tytułu, ale okej - nie kłóćmy się - fabuła jest odbiciem lustrzanym tego co znaleźliśmy w książce. Nie mówię, że wszystkie myśli głównej bohaterki i dialogi pomiędzy poszczególnymi osobami są przepisane, ale naprawdę, ilość detali, która współgra z powieścią jest zdumiewająca! Jeśli myślicie, że to źle, że nic was nie zaskoczy... Zdecydowanie powinniście obejrzeć ekranizację i przekonać się w jak wielkim byliście dotąd błędzie. Bo film jest ABSOLUTNIE NIESAMOWITY! I choć ja - fanka książki wiedziałam jak to się wszystko potoczy, z czym przyjdzie się Mii zmagać... W pewnym momencie po prostu zamieniłam się w fontannę łez i wiecie co? Nawet nie chciałam - i nie byłam w stanie, to tak swoją drogą - powstrzymywać rzewnych łez i szlochania. Prawdopodobnie gdyby ktoś wszedł do pokoju, kiedy ja tak tonęłam w rozpaczy, pomyślałby, że stało się coś naprawdę złego. A co ja biedna mogłabym odpowiedzieć? Że film zrobił ze mnie mazankę wydmuchującą smutki w chusteczki?

źródło
źródło
źródło
W całej historii, bardzo ważną rzeczą była muzyka. I nie chodzi tylko o fakt, że wszyscy kochają dobrze wykonane, solidnie zrobione soundtracki, które dodadzą historii jeszcze większego dramatyzmu, ale przede wszystkim o to, że Mia była wiolonczelistką, jej ojciec niedoszłą gwiazdą rocka, a Adam - muzykiem. Sami więc widzicie, że gdyby twórcy zepsuli soundtrack, automatycznie zostaliby wpisani na moją czarną listę, z której kiedyś - obiecuję - zrobię użytek. Na szczęście nikogo dopisywać nie musiałam, bo piosenki, bo muzyka... bo to tło... było po prostu piękne. Nieodwołanie, niezaprzeczalnie wspaniałe! Nie mam pojęcia czy jest osoba na tym świecie, która by się uskarżała na soundtrack "Zostań jeśli kochasz", ale szczerze w to wątpię, bo do końca, każdy tytuł, każda piosenka była starannie dobrana i odzwierciedlała uczucia, które... no własnie. Emanowały z historii na kilometr. Dlaczego?

źródło
Jeśli myślicie, że to jedna z tych łzawych historii, cuchnących lukrem, z beznadziejnie naiwnymi gołąbkami, o której będziecie chcieli szybko zapomnieć - mylicie się! Bo "Zostań jeśli kochasz" to coś więcej. W fabule, najważniejszą rolę grała nie miłość - choć oczywiście była istotna, ale przede wszystkim: przeszłość. Przeszłość, bez której całość nie miała by sensu. Musicie się zatem przygotować nie na wyścigi, wybuchy, pościgi i inne takie, a na dramatyczną, rozczulającą, refleksyjną, ciepłą, ale też poruszającą historię o tym, jak ważna jest rodzina, jak ważne są wspomnienia i jak bardzo człowiek może być rozdarty pomiędzy tym na czym mu najbardziej zależy. Retrospekcje występują od pierwszej minuty, więc szybko trzeba będzie sobie wszystko poukładać w głowie - no chyba, że przeczytacie książkę - DO CZEGO ZACHĘCAM - wtedy nic nie będzie skomplikowane, uwierzcie. :) Bo w filmie, przeszłość, napędzana dobrymi, a także złymi wspomnieniami Mii, przeplata się z teraźniejszością, w której bohaterka staje przed wyborem, który jak się okazuje się z czasem - naprawdę jest trudny. A kolejne retrospekcje tylko jeszcze bardziej uświadamiają nam dramatyczne położenie Mii i okrutną szansę na życie lub odejście w spokoju. Myślę, że tak jak i mnie - to wszystko, ten ciężar decyzji - skłoni was do refleksji nad własną egzystencją, oraz zastanowieniu się jakiego wy, dokonalibyście wyboru, będąc na miejscu Mii. 

źródło
Żaden przepiękny film, nie byłby tak przepiękny i nie robiłby tak ogromnego wrażenia na widzu, gdyby nie aktorzy! Odnośnie Chloe Grace Mortez, którą oczywiście znam, podziwiam i uwielbiam, naprawdę nie muszę dużo mówić. Dziewczyna nie grała Mii. Ona nią BYŁA. A emocje i dramaty, z którymi się musiała mierzyć, rozdzierały mnie na pół. Czułam jakby moje biedne serce, wraz z kolejnymi minutami filmu, było atakowane sztyletami, z których każdy z nich, stanowił osobny problem bohaterki. Młodej Chloe muszę zatem podziękować za tak PIĘKNE widowisko i życzyć powodzenia z kolejnymi rolami, choć w sumie... Nie wiem, czy to będzie jej potrzebne, bo już bez moich słów, jest wspaniałą gwiazdą, którą aż chce się oglądać i nie sądzę, by w najbliższym czasie miało się to zmienić. Jako wiolonczelistka była po prostu... urzekająca! Skoro jednak nie o Chloe się rozpiszę to o... Jamie'm Blackley'u, wcielającym się w rolę Adama. Z tym aktorem miałam już styczność w serialach, także jego twarzyczka nie była mi obca, ale to co zaprezentował w "Zostań jeśli kochasz" przekracza ludzkie pojęcie. 

źródło
Jeśli czytaliście moją recenzję książki, wiecie że uskarżałam się, iż tam nie był dostatecznie dobrze przedstawiony wątek miłosny. Po prostu paru rzeczy mi zabrakło, mimo że i tak pałam wielką sympatią do pierwowzoru. A jednak Jamie zrobił z Adamem tak niesamowitą rzecz, że ja musiałam otworzyć buzię ze zdziwienia. Jeśli ktoś po oglądnięciu "Zostań jeśli kochasz" powie, że z Adamem było coś nie tak, chyba dostanie ode mnie poduszką w oko. Bo filmowy ukochany Mii był PERFEKCYJNY. Ja wprost czułam, jak zakochuję się w nim wraz z bohaterką. Czułam jak związek kwitnie, jak przygniata, jak boli... A cudowne oczy Jamiego i ta niesamowita fryzura a'la rockman śledziły mnie z ekranu wciąż i wciąż i wciąż, a do mnie dotarło, że MUSZĘ zdobyć ten film na DVD, żeby bez ograniczeń w ciszy własnego pokoju, zachwycać się głosem, postawą i wszystkim co sobą reprezentuje Adam. I Jamie. Jak to ktoś napisał na zagranicznej stronie internetowej: "Chciałoby się kochać kogoś tak doskonałą miłością jak Adam Mię". Trudno się z tym nie zgodzić. 

źródło
Nie zliczę momentów, w których płakałam przy filmie jak dziecko. Naprawdę. A ostatnie dwadzieścia minut to już w ogóle apogeum emocji, Sherry ryczy jakby jej się coś stało. Niekończący się strumień łez, nad którymi nie jestem w stanie zapanować i to kłucie w sercu, że szczerze i nieodwołalnie się w filmie zakochałam. Bo on był przejmujący. Żywy. Intensywny. Raniący do żywego. Dotykający mojej duszy i nakazujący zatrzymać się, zastanowić, poczuć życie. Bo mimo, że niektórzy mówią, że "Zostań jeśli kochasz" to produkcja produkowana pod młodszą młodzież, to muszę się nie zgodzić. To film dla romantyków, dla zbłąkanych dusz, które pragną zaznać prawdziwych emocji i uczuć płynących z każdej ze scen tego niesamowitego widowiska. To prawie dwie godziny rozrywki, z której płynie przesłanie i głęboka refleksja. I to co najważniejsze: to jedno z najwspanialszych i najbardziej udanych przeniesień powieści na ekran, jakie w życiu widziałam. Nie ma opcji, żebym nie powtórzyła seansu jeszcze jakieś... tysiąc razy?

Polecam!
10/10

Pozdrawiam,
Sherry


źródło