Zamknijcie oczy i pozwólcie umysłowi podążyć za moimi słowami. Wyobraźcie sobie futurystyczny świat, zautomatyzowany, zmechanizowany - sukces rozwoju technologii. Ludzie, którzy trafiają do szpitali, po spotkaniu z chirurgami, są w stanie kontynuować żywota, nawet jeśli sytuacja powypadkowa nie wyglądała zbyt dobrze. Wyobraźcie sobie, jak tkanki, żyły, krew i mięśnie, zastępują kable, oprogramowanie i metal. Widzicie to? Widzicie mieszanie się ludzi z cyborgami? A więc macie wizję świata, w jakim Marissa Meyer obsadziła akcję swojej powieści. Tyle że w przyszłościowym Nowym Pekinie nie wszystko jest idealnie, od zarazy, na którą nie ma lekarstwa i na którą umiera cała masa ludzi począwszy, na dyskryminacji cyborgów i spychania ich do drugiej kategorii skończywszy. Przecież blaszaki nie mają prawa mieć uczuć, prawda? To tylko kupa złomu? Nie, moi drodzy. Nie tylko. A Cinder jest tego najlepszym przykładem.
Podróże w czasie... Motyw, który coraz częściej autorzy stosują w swoich
powieściach. Zapewne większość czytelników, choćby słyszała o Trylogii Czasu -
Kerstin Gier, czy choćby Magicznej Gondoli, której ostatni tom, miał swoją
premierę stosunkowo niedawno. Możliwość podróżowania w czasie jest też
zastosowana w powieści Damiana Dibbena, którą dziś postanowiłam zrecenzować,
gdyż zauważyłam, że nie jest zbyt popularna i szczerze: nie mam pojęcia czemu
tak jest. Ja po raz pierwszy usłyszałam o niej, kiedy wyszła data premiery
drugiej części. Zafascynowana opisem postanowiłam sobie tę książkę zamówić. I
wiecie co? Wcale nie żałuję, a można powiedzieć, że wręcz przeciwnie.
Któż nie chciałby mieć kontroli nad czasem? Możliwość zapobiegania pewnym
wydarzeniom czy zmiany historii jest kusząca jak zakazany owoc. Wyobraźmy sobie
co moglibyśmy zrobić, na co moglibyśmy wpłynąć, do czego byśmy byli zdolni...
Pewien bohater książki pana Dibbena po rozważaniu tego tematu doszedł do
wniosku, że ma możliwość stania się władcą czasu. Chce zburzyć cywilizacje,
porządek epok i zmienić cały bieg historii. Służba Strażników Historii właśnie
do tego nie może dopuścić. Aby powstrzymać plany złowrogiego księcia Zeldta,
wysyłają na misje w przeszłość swoich agentów. Między innymi Alana i Miriam
Djons'ów. Ci jednak giną w mrokach renesansu...
„Historia zmienia się nieustannie. Nie jest jak prosta linia. To raczej skomplikowana, wciąż ewoluująca struktura.”
Akcja książki: "Strażnicy Historii:
Nadciąga burza" zaczyna się w współczesnym Londynie, gdzie mieszka
nieświadomy niczego Jake Djones, którego rodzice wyjechali na zjazd mający
związek z ich pracą. Czym się zajmują? Mają własny sklep z prysznicami, zlewami
i tak dalej. Nic niezwykłego. Jake także nie wyróżnia się jakoś z tłumu. Jest
zwykłym czternastolatkiem, którego pewnego deszczowego dnia porywa dwóch
nieznajomych. Jak możecie sobie wyobrazić, chłopiec jest zdenerwowany i
zastanawia się, czego mężczyźni od niego chcą. Po nieudanej próbie ucieczki,
jeden z porywaczy: Jupitus Cole, oznajmia czternastolatkowi, iż całe to zajście
jest związane z jego rodzicami, i jeśli chce ich jeszcze kiedykolwiek zobaczyć
to musi iść z nimi. Tym samym Jake ląduje na statku, którym agenci płyną do
Punktu Zero. Czym jest owe miejsce? Kwaterą główną Tajnych Służb Strażników
Historii. Na statku Jake'a wspiera ciotka Róża, która uświadamia chłopcu, iż
jego rodzice zaginęli podczas misji i tak naprawdę należą do Strażników.
Początkowo chłopiec nie może uwierzyć we wszystkie rewelacje, ale kiedy na
własnej skórze przekonuje się, że może podróżować w czasie jest już pewien tego
co musi zrobić - odnajdzie rodziców gdziekolwiek by oni nie byli. Razem z
prześliczną Topaz, jej przyrodnim, zarozumiałym bratem Nathanem i bystrym,
mądrym i spostrzegawczym Charliem oraz jego kolorową papugą, Jake wyrusza na
niebezpieczną misję do renesansowej Wenecji, gdzie ich celem jest powstrzymanie
Zeldta, który chce zawładnąć nad czasem, zmieniając pewne wydarzenia. Młodzi
agenci nie mogą do tego dopuścić. Jako Strażnicy Historii mają obowiązek
zapobiec nowym nieszczęściom i chronić to co tworzy kruchą przeszłość.
„- To nasza bibliotekarka, Lydia Wunderbar - wyjaśnił Nathan najciszej jak potrafił. - Bywa zasadnicza i na pierwszy rzut oka wygląda na sztywniaczkę, ale zabierz ją na parkiet, a wstąpi w nią szatan. Szatan, powiadam!”
Damian Dibben napisał magiczną książkę i zawarł w niej wszystko to co najlepsze
i najważniejsze. Za wykreowanie tak odmiennych charakterów należą mu się
wielkie brawa. Autor potrafił stworzyć intrygującą zgraję nastolatków, którzy
mimo odmiennych charakterów, świetnie do siebie pasują i umieją człowieka
rozbawić i to w niejednym momencie. Ale nie tylko młodzież została dopieszczona
pod tym względem. Także dorośli mogą przyprawić czytelnika o zawroty głowy i
omdlenia zachwytu. Szczerze powiedziawszy nie jestem wskazać ulubieńca
książkowego, gdyż wszyscy mają w sobiec
o ś.Myślę, że najmilej
wspominam czytanie o beztroskim i próżnym Nathanie, który poczucia humoru nie
tracił nawet w ekstremalnych sytuacjach. Jego postać wniosła do książki mnóstwo
życia.
Kolejnym plusem powieści są niesamowicie wyczerpujące opisy, dzięki którym
wszystko możemy sobie świetnie wyobrazić. Nie ma się wrażenia, że jest ich za
dużo czy są zbyt rozległe. Pisarz spisał się na medal, opisując epoki i
przeplatając motyw współczesności z przeszłością. Narracja trzecioosobowa
pozwala nam spojrzeć na wszystkie wydarzenia z perspektywy nie tylko głównego
bohatera, ale też tych drugoplanowych. Fabuła wciąga od pierwszego rozdziału i
rozwija się wraz z kolejnymi stronami. Akcja mknie jak szalona, tak że nie ma
możliwości oderwania się od książki. Przygody młodych agentów są realistycznie
przedstawione, w taki sposób, że czytelnik ma wrażenie, że naprawdę grozi im
wielkie niebezpieczeństwo. W niektórych momentach musiałam powstrzymywać się
przed zerknięciem na następną stronę, by zobaczyć czy wszystko dobrze się
skończyło. A jakie było zakończenie powieści? Jak dla mnie nastąpiło stanowczo
zbyt szybko. I w zasadzie to chyba jedyny minus, jaki ja dostrzegłam.
Nie ma mowy, żebym się wspomniała o okładce. Jest tak magicznie i bajecznie
przedstawiona, że po prostu muszę wyrazić swój zachwyt nad nią. Przyznaję to z
wielką radością: szata graficznie idealnie oddaje piękno wnętrza książki.
Powala swoim urokiem zarówno z przodu, który możecie zobaczyć na początku
notki, jak i z tyłu, którego niestety wam nie zaprezentuję.
„-Jake, czy masz jeszcze tę zapalniczkę, którą ci dałem? - spytał Nathan. [...] Nathan zbliżył się do Paola i jednym silnym szarpnięciem oderwał mu rękaw kaftana.
- Hej, co robisz?! Mama zrobiła to specjalnie dla mnie!
- Przepraszam, ale tani materiał lepiej się pali.”
Myślę, że to co przeżyłam czytając książkę jest nie do opisania. Magia zawarta
na kartkach powieści rzuciła na mnie swego rodzaju urok, a styl pisania pana
Dibbena każe mi z niecierpliwością wyczekiwać na część drugą, która zapowiada
równie wspaniale. Powieść polecam przede wszystkim młodzieży i młodszej młodzieży. Przyjemny styl i niesamowite przygody głównego bohatera nie pozwolą wam odejść od lektury!
Nad
Królestwem Carthyi zawisła groźba wojny domowej. Wśród mieszczan i dworzan
krąży plotka, że król, królowa i ich pierworodny nie żyją. W kolejce do objęcia
tronu nie brakuje oszustów i ludzi niegodnych. Nie ma nikogo, kto mógłby
uratować państwo i przywrócić pokój. Czy istnieje wyjście z tej trudnej
sytuacji? Okazuje się, że owszem, a pomysł rodzi się w głowie arystokraty - Connora.
Postanawia on oszustwem zaradzić wojnie. Wybrawszy czterech chłopców, którzy
życie spędzili w sierocińcach, zabiera ich do swego domu, gdzie rozpoczyna
istną grę o tron. W szranki stają nastoletni chłopcy, których rola jest prosta.
Mają ze sobą rywalizować, by Connor mógł z jednego z nich, uczynić fałszywego
księcia. Ponieważ dawno temu, młodszy syn królewski zaginął na morzu, oszustwo
całego dworu wydaje się jedynie kwestią doboru odpowiednich dowodów, które
niewątpliwie Connor posiada... Jaki jednak on ma w tym wszystkim cel? Czy na
kłamstwach można odbudować zagubione królestwo? Tajemnice prowadzą do
kolejnych, a rywalizacji i walki nie brakuje. Czy w szale bólu, nowych wyznań i
sojuszy znajdzie się miejsce na ostateczny wybór? Ostateczną walkę? Ostateczne
starcie? Odkrycie sekretów?
„Nie tak łatwo się określić jako konkretnego człowieka, kiedy pracowało się bardzo ciężko, żeby zostać kimś zupełnie innym.”
Czternastoletni złodziejaszek i sierota - Sage wie, że wygranie pojedynku z
pozostałymi chłopcami i udawanie księcia, jest jego jedynym ratunkiem od
niechybnej śmierci. Już od pierwszym rozdziałów książki Jennifer A. Nielsen, chłopak daje się czytelnikowi i Connorowi we znaki. Jest uparty, arogancki,
bezczelny, ironiczny, złośliwy, nad wyraz cwany, sprytny i przebiegły. Nie
żałuje sarkazmu i głosi swoje zdanie i własne tezy na każdym kroku, co skutkuje
wieloma nieprzyjemnymi sytuacjami. Oprócz tego, należy też do bystrzejszej
części społeczności więc w mig pojmuje, że w planie arystokraty coś jest nie
tak. Nie ma jednak za wiele czasu na podejmowanie jakiejkolwiek decyzji. Wie,
że musi stoczyć bój z kolegami, własną naturą i nowym panem, by przeżyć. Czasem
jednak bywają chwile, gdy lojalność wobec tego co podpowiada rozum i serce,
może przeważyć nad chęć ratowania swej egzystencji. Czy na ponurym dworze Sage
może znaleźć sprzymierzeńców? Czy wśród kłamstwa i niedomówień, będzie w stanie
stawić czoła prawdzie? Czy zostanie fałszywym księciem i uratuje swoje życie
oraz całe królestwo?
„- Czasy zawsze są trudne - odparłem - Zmieniają się tylko przyczyny problemów.”
Powieść pani Nielsen, mimo iż być może trudno będzie wam w to uwierzyć, zyskała
moją sympatię od pierwszych zdań. Kiedy zrozumiałam jakimi cechami obdarzony
został Sage, wiedziałam, że książka ta zostanie w moim sercu na dłużej. I nie
myliłam się. Kreacja bohaterów jest zaskakująca i naprawdę niezwykła. Każda z
postaci została obdarowana indywidualnymi cechami, które niejako ją określają.
Charaktery są naprawdę zróżnicowane, więc przy obecnej narracji, można wybrać
faworyta do tronu i tylko mieć nadzieję, że to on zwycięży. Sam pomysł na
fabułę również jest intrygujący. Myślę, że jeszcze nie spotkałam się z tak
przyjemną lekturą, która nie zirytowałaby mnie swoją przewidywalnością.
Przebiegu mnóstwa zdarzeń można było się domyślić, jednak mimo wszystko
odkrycie sekretów pod koniec książki i przedstawienie ich w sposób, w jaki
zrobiła to autorka wywarł na mnie niezwykle dobre wrażenie. Akcja zaczyna toczyć
się już od pierwszego rozdziału i nie ustępuje, by zaskakiwać i wciągać
czytelnika do świata Sage'a wraz z kolejnymi zwrotami. Charakter Sage'a jest
genialny i powiem szczerze, że się w nim zakochałam podczas czytania
"Fałszywego księcia". Mogę mieć tylko nadzieję, że kolejne części tej
trylogii przyniosą same szczęśliwe zakończenia i jeszcze więcej dynamiki oraz
ciętego języka mojego ulubieńca.
„Uciekamy się do kłamstw tylko wtedy, gdy służą prawdzie, Sage.”
Podsumowując: "Fałszywy Książę" to niesamowicie lekka, przyjemna,
miła w odbiorze powieść, która zadowoli fanów fantastyki. Myślę, że można z nią
spędzić kilka niezwykłych godzin, które w żaden sposób nie okażą się później
zmarnowane. Pani Nielsen posługuje się sympatycznym językiem, oraz ma swój
własny styl, dzięki któremu zdążyłam zacząć uwielbiać początek tejże trylogii.
Autorka zwraca uwagę na kilka istotnych kwestii i podążania w życiu według
pewnych zasad moralnych. Udowadnia, że przed przeznaczeniem oraz konsekwencjami
złych wyborów nie jest się w stanie uciec. Przedstawia świat, w którym bez
sprzymierzeńców i przyjaciół nie da się normalnie funkcjonować. Osobiście mogę
bez żadnych wyrzutów sumienia, polecić wam tę pozycję. Świetnie się z nią
bawiłam i mam nadzieję, że kolejne części Trylogii Władzy, okażą się tylko
lepsze.
Polecam
9/10
Pozdrawiam
Sherry
„Wymamrotał coś niewyraźnie, zapewne jakieś paskudne przekleństwo pod moim adresem. Nie przejąłem się tym. Diabli przywykli już do przekleństw zawierających moje imię.”