środa, 10 lutego 2016

Dziecięce marzenia


Cześć,

Dziś porozmawiamy sobie (internetowo w sensie, nie bądźcie drobiazgowi) o marzeniach z dzieciństwa. Znacie to pytanie: "Kim chciałeś być, kiedy byłeś dzieckiem?". Ostatnio ktoś zadał mi takie pytanie. I jak to ja mam w zwyczaju, zaczęłam rozkładać swoją ewentualną odpowiedź, na czynniki pierwsze. I pomyślałam "hej, fajnie będzie podzielić się tym z czytelnikami Feniksa i przy okazji zobaczyć, jak ewoluowała mała... ja". Zapraszam.


W Ameryce, dzieci marzą o byciu prezydentem. W Wielkiej Brytanii, o zostaniu księżniczką/królową. Kiedy ja chodziłam do podstawówki, wszystkie moje koleżanki chciały być weterynarkami - bo zwierzątka, bo leczenie, blablabla. Ja natomiast, pamiętam, że w swoim życiu miałam kilka etapów i kilka pomysłów na rozwój kariery.

Pierwszym było pragnienie bycia elfem, jako pomocnikiem Świętego Mikołaja. Wiem co myślicie - urocze, prawda? Urocze, ale naiwne? Jako że to pragnienie towarzyszyło mi jeszcze przed przedszkolem, nie mam zamiaru się tłumaczyć. Lubiłam chodzić przebrana za elfa, lubiłam urocze, zabawne buciki, dużą, zieloną czapkę z wielkim dzwonkiem na końcu. Więc wymyśliłam sobie, że elf będzie idealny. 

Po jakimś czasie oczywiście wydało się, że elfem nie zostanę, więc zamiast tego - to już było w przedszkolu, zapragnęłam rozpocząć karierę sklepikarza. Sklepikarza w sklepie z zabawkami, jeśli już mam być precyzyjna. Pewnie nie ja pierwsza, nie ostatnia, z admiracją i podziwem wpatrywałam się w kasjerów, kiedy razem z mamą chodziłyśmy po sklepach, w których pełno było... wszystkiego! Kolorów, lalek, zwierzątek, gier, autek - bo uwielbiałam się bawić autkami - plus dorastania u boku starszego brata i kuzyna jak mniemam - i pozostałych świecących, miękkich, albo po prostu ślicznych rzeczy. 

Równie silne było pragnienie sprzedawania słodyczy, ale wtedy myślałam, że kiedy pracujesz w sklepie, możesz sobie wszystko brać za darmo i nikt cię za to nie będzie sądził ani oceniał, także...



Gdy zaczęłam chodzić do podstawówki i okazało się, że całkiem nieźle mi wychodzi rysowanie, a tata pokazał jakie piękne, niesamowite obrazy, które namalował farbami, w młodzieńczych latach, wiedziałam już, że to jest to! Chcę malować jak tata! Nawet miałam wizję w głowie - chyba dzięki jakiemuś filmowi: małe mieszkanko na poddaszu, mnóstwo okien, mnóstwo światła. Wszędzie jasno. W centralnym punkcie pomieszczenia sztaluga i paleta i beżowa kanapa. Tata popierał moje pragnienie podążania za karierą artysty, więc cieszyłam się i zadowolona oznajmiałam światu, że kiedyś będę malarką. Pozostawał problem tego, że zamiast farb, wolałam zwykły ołówek i szkicowanie, ale wtedy myślałam, że z wiekiem, jakimś magicznym sposobem, nabędę umiejętności posługiwania się pędzlem.

W klasie piątej czy szóstej szkoły podstawowej, coś mi się odmieniło. Jeździłam busem do szkoły i niemal na każdym zakręcie widziałam bezdomne zwierzęta. Niektóre były kulejące, niektóre trzęsły się z zimna, inne wpadały na jezdnię, a moje serce zamierało ze strachu. Pomyślałam, że musi być ktoś, kto zaopiekowałby się nimi wszystkimi. 

Wówczas, pamiętam, zmarła moja babcia. A moja babcia była najwspanialszą osobą na świecie. Kochała każde zwierzę i wszystkich ludzi, była po prostu promyczkiem słońca. Jeśli na ziemię schodzą anioły, to wierzę, że jeden z nich, ukrył się w ciele babci, kiedy jeszcze żyła. W każdym razie, myślę, że to też przez jej wpływ i wrażliwość, jaką posiadała, a ja później zaczęłam się odznaczać, pomyślałam, że założę schronisko dla bezdomnych zwierząt. Nie tylko psów i kotów, ale wszystkich. 


Wyobrażałam sobie, że w jednym pomieszczeniu będę mogła opiekować się lisami, a w drugim kotami. To nie byłoby zoo, czy zwykłe schronisko. W głowie miałam wizję wielkiego kompleksu, w którym zatrudnionych byłoby wiele wolontariuszy, których obowiązkiem byłoby po prostu okazywać miłość i uwagę tym wszystkim zwierzakom. Zawsze byłam dość skrupulatna w swoich marzeniach, więc zaplanowałam niemal wszystko z wieloma detalami. Później się okazało, że na to wszystko trzeba  by mi było też mnóstwo pieniędzy. Pieniędzy, których nie miałam. 

W gimnazjum za wiele nie rozmyślałam o ewentualnych ścieżkach kariery. Wtedy miałam większe problemy na głowie. Dopiero w trzeciej klasie, kiedy wiedziałam, że będę musiała wybrać szkołę średnią, coś zaczęło kołatać w mojej głowie. A najbardziej, ze wszystkich myśli, wybijał się pomysł zostania grafikiem komputerowym. Uwielbiałam komputery - uwielbiałam grafikę - uwielbiałam projektowanie - to miało być spełnienie moich marzeń. Gdzieś tam kołaczyła się myśl, by iść jednak na dziennikarstwo, zwłaszcza kiedy dostałam się do liceum, które ofiarowywałoby znakomite zajęcia z tej profesji, ale postawiłam na grafikę.

Nie wszystko poszło tak jak chciałam. Nie powiem, żebym w technikum się nie nauczyła WIELU rzeczy, ale też uświadomiłam sobie, że to nie jest to. Że chcę czegoś zupełnie innego. Że moje serce szybciej bije dla innych profesji. I choć przez ostatnich kilka miesięcy znów nie wiem czego chcę, głównie przez słaby stan psychiczny i kłopoty emocjonalne i prywatne, to chcę wierzyć, że jeśli jest gdzieś tam - w wielkim świecie - idealne zajęcie dla mnie, prędzej czy później je znajdę.


Miałam się skupić na dzieciństwie - oczywiście przy temacie nie pozostałam. Oprócz wyżej wymienionych, miałam w życiu kilka epizodów, w których chciałam czegoś innego, ale powiedzmy - niektóre były tak ulotne, głupie, naiwne, albo teraz wydające mi się absurdalne, że nie ma co o nich wspominać.

Odnośnie pozostałych... Na razie pozostawiam je dla siebie, wraz ze wszystkimi marzeniami, planami, pragnieniami. W życiu kieruję się zasadą, żeby nie rozmawiać o marzeniach, ale pokazywać je. Zatem kiedy któryś z moich celów się ziści, na pewno was poinformuję. :)


A jak było z malutkimi/młodszymi wami?
Czego chcieliście? Czy coś się spełniło? Coś zmieniło?

Pozdrawiam!
Sherry