Cześć!
Jak już wspominałam na facebooku, nie raz - ale dwa razy, ostatnio sporo myślałam. Ja w ogóle jestem osobą, która na rozmyślaniu spędza większą część swojego życia, ale dopiero jakiś czas temu pojawiła się myśl, by przelać choć ułamek tego co się dzieje w mojej głowie, na ekran monitora. Bądź co bądź, Feniks nie jest pamiętnikiem, ale też nie całkiem blogiem książkowym, więc mam nadzieję, że nie pogniewacie się, jeśli od czasu do czasu, zaleję was czymś innym niż zwykle.
Skrawkiem nieskończoności swojej głowy.
Czasami słuchając starszych ode mnie osób, dochodzę do wniosku, że dorośli uważają dzisiejszą młodzież za zepsutą. Tak do szpiku kości, jakby naprawdę nic już nie dało się uratować z młodego pokolenia.
Chcecie przykład? Były Andrzejki, które ja osobiście spędziłam w głównej mierze w pracy, gdzie - w którymś momencie - podszedł do mnie starszy pan. Musicie mi wierzyć na słowo, że mam małą cierpliwość, a jeszcze mniejsze poczucie własnej wartości, ale ogólnie przy ludziach staram się zachowywać, jakby nic mnie nie ruszało, bo z własnego doświadczenia wiem, że gdy pokaże się komuś swoją słabość, ten ktoś na pewno wykorzysta to przeciwko tobie.
W każdym razie, ów starszy pan, akurat dotarł do miejsca gdzie ja stałam i własnie odpisywałam na kontrolny sms mojej mamy i pierwsze co zrobił, to obrzucił mnie wzrokiem pełnym pogardy. Miałam nie raz styczność z takimi osobnikami, więc postarałam się, by na mojej twarzy pojawił się pracowniczy uśmiech, żeby znów ktoś się nie skarżył, że wyglądam na smutną (o tym w następnej notce z przemyśleniami, o ile mi na to pozwolicie :)).
Tak wyglądała sytuacja:
Pan: "Dzisiejsza młodzież! Same komórki, smsy, imprezy!"
Ja: "Wie pan, dla niektórych to wszystko co pan wymienił to nie styl życia, tylko jego elementy. Poza tym, ja jestem w pracy, nie na imprezie."
Pan: "W pracy! Gdy ja byłem w twoim wieku..." - tutaj przerwała nam jego żona, która grzecznie postanowiła dołączyć do męża.
Żona: "Daj spokój dziewczynie. Dobrze, że się czymś zajmuje"
Pan: "Młodzi powinni się uczyć, a nie marnować czas!"
Tu w ramach wyjaśnienia. Ostatnie miejsce, na którym można zobaczyć Sherry to impreza. Chwilami mam wrażenie, że urodziłam się w złej epoce, bo głośna muzyka, picie i taniec to kompletnie nie moja bajka. Ale na co chciałam zwrócić waszą uwagę w tej notce? (Zanim rozpiszę się o czymś innym, a pominę najważniejszy wątek?)
Dobroć będąca nadzieją.
W poniedziałek, tuż po Andrzejkach, w mojej szkole odbyła się akcja krwiodawstwa. Ja o oddaniu krwi marzyłam chyba od podstawówki, ale to też materiał na inny post. W każdym razie, w regulaminie przed zapisaniem się na oddawanie krwi, był punkt, że nie można pić napojów alkoholowych na 24 godziny przed całą akcją.
Już pomijając fakt, że organizatorzy powinni wybrać lepszą datę niż dzień po Andrzejkach jeśli chodzi o akcję, to ogólnie sporo osób z mojej klasy miało dylemat. W przeciwieństwie do mnie, oni już planowali wypady do znajomych na imprezy, co też w pewien sposób wiązało się z alkoholami (nawiasem mówiąc, żeby nie było: każdy w mojej klasie jest już pełnoletni, więc...)
![]() |
źródło |
I wiecie co? Pewnie sporo osób, faktycznie z oddawania krwi by zrezygnowało. W końcu perspektywa dobrej zabawy, upojenia alkoholowego i kaca na miarę: "nie chcę mi się żyć" - następnego dnia, to ich idealny scenariusz na udane Andrzejki. Zwłaszcza, że z oddania krwi nie płyną jakieś... nagrody. Nie dostajemy za to pieniędzy (tak jak w Niemczech, jak twierdzi mój kolega), nie dostajemy dodatkowych ocen z zachowania i w dodatku musimy spełnić szereg wymagań, by w czymś takim wziąć udział.
I mimo wszystko, moja klasa zapisała się do oddawania krwi cała. Jako jedyni w szkole, mieliśmy taką frekwencję. Nie zapisali się jedynie ci, którzy wcześniej mieli operacje (musi upłynąć pół roku) lub ostatnio robione tatuaże.
Ba! Nie dość, że się zapisali, to jeszcze byli pełni... radości i zapału na ten dzień. Możecie mi wierzyć, że ostatnie o czym myśleli to te feralne Andrzejki. W dniu oddawania krwi przyszli, a gdy ja widziałam na ich twarzach satysfakcję z siebie i te błyski w oczach, takiego... przejawu ludzkiej dobroci, która może komuś uratować życie... Po prostu... uśmiechnęłam się do siebie.
I w Andrzejki uśmiechnęłam się również do tamtego starszego pana, który ciągle patrzył na mnie ze złością. Bo cholera - nie będę się sprzeczać, że sporo się zmieniło, jeśli porównać dzisiejszą rzeczywistość, z tą, która była parę lat temu. Ale nie wmawiajcie mi, że całe młode pokolenie jest zepsute. Że nie da się nikogo uratować. Że nie ma nadziei na normalny świat w przyszłości - a to także słyszałam.
Nie wmawiajcie mi tego, bo ja w moich kolegach i koleżankach z klasy, widzę naprawdę przejaw czegoś wielkiego i pięknego. Pewnej solidarności. Zwłaszcza gdy jeden z moich znajomych, pełnym powagi i szczerości tonem, oświadcza mi:
"Mam nadzieję, że uratujemy komuś życie"
Ja natomiast, mam nadzieję, że uratujemy świadomość niektórych dorosłych.
To taki apel, od przedstawicielki "zepsutego" pokolenia.
Pozdrawiam,
Sherry
Tytuł inspirowany tym video <3