niedziela, 30 listopada 2014

Listopadowe nabytki Sherry


Cześć!

W tym miesiącu, postanowiłam zrobić na opak i tak oto notka nabytkowa jest szybciej niż podsumowująca miesiąc. Zapraszam zatem do oglądania moich najnowszych zdobyczy.


fot. Sherry
1. Siedem minut po północy - Patrick Ness
Na książkę polowałam odkąd przeczytałam wspaniałą opinię Bujaczka na jej temat i wyobraźcie sobie, że dopiero teraz udało mi się ją zdobyć! Ale już zdążyłam ją sobie przeglądnąć i jestem za-ko-cha-na. NA PEWNO pojawi się recenzja. :) 

2. Zaliczenie z tragedii - Elizabeth Laban
Tę powieść musiałam mieć, bo gdy po raz pierwszy dawno temu, przeczytałam opis - natychmiast fabuła skojarzyła się z genialnym "Baśniarzem". No i tak...

3. Białe jak śnieg - Salla Sumikka
Jeśli ktoś jest zdziwiony widząc tę pozycję w moich zbiorach, to prawdopodobnie jeszcze nie czytał moich zachwytów nad częścią pierwszą... 

4. Niezbędnik obserwatorów gwiazd - Matthew Quick
Strasznie się cieszę, że wydano tę książkę w nowej oprawie! <3 Poprzednia wydawała mi się zbyt ciemna, natomiast ta jest po prostu... wspaniała (Wiecie, ulubiony kolor Sherry i w ogóle)

5. Prawie jak gwiazda rocka - Matthew Quick
Generalnie rzecz biorąc, w ten sposób mam wszystkie książki Quicka w domu. :) Miałam zamiar je sobie kupić i zbierać, po kolorki są cudowne, ale do szybszego poszukiwania tej pozycji, również zachęciła mnie Bujaczek :D (Jak niedługo nie przestanę Cię odwiedzać, kochana - to prawdopodobnie zbankrutuję, wiesz?)

6. Papierowe miasta - John Green
Wiecie, tę książkę chciałam mieć od początku, najbardziej ze wszystkich książek Greena. Nawet gdy ludzie zaczęli się zachwycać "Gwiazd naszych wina", to mnie najbardziej ciągnęło do "Papierowych Miast". Nie wiem dlaczego. Mam nadzieję, że nie zawiodę się na swoim instynkcie. 

7. Blackout - Mira Grant
I w ten sposób, mam całą trylogię na półce! Więc prawdopodobnie będę ją sobie maratonować - albo w czasie przerwy świątecznej, albo już po nowym roku, we ferie. 

8. Na ostrzu noża - Patrick Ness
Patka wie jak bardzo marzyłam o tej książce. :D Czekałam na nią z utęsknieniem i... oczywiście nie mogłam się powstrzymać przed kupnem. Ale Amerykański BookTube się nią zachwyca, więc podejrzewam, że coś faktycznie musi być w tym autorze. 

9. Pułapka uczuć - Colleen Hoover
COLLEEN HOOVER <3 Jeśli - ponownie - ktoś jest zaskoczony widząc tę książkę w moich zbiorach, nie czytał mojej recenzji na temat "Hopeless". Reszcie nie trzeba wyjaśniać czemu ją kupiłam.

10. Baśnie braci Grimm, bez cenzury - Philip Pullman
Czekałam na tą pozycję od pary miesięcy i też wiadomym było, że koniec końców się nie powstrzymam i zamówię ją w sobie w dniu premiery :) Jak już obiecałam Patrycji - książkę zrecenzuję. :) 

11. Miniaturzystka - Jessie Burton
Książka, którą ostatnią żyje połowa blogsfery! Mnie, do jej kupienia, zachęciła Ami i już teraz jestem nastawiona do powieści bardzo pozytywnie, także raczej nie ma szans, żebym się zawiodła. :) 

12. Złodziejka książek - Markus Zusak
Niektórzy pewnie pamiętają moją recenzję tej książki i zdają sobie sprawę jak strasznie ją pokochałam. Gdy zatem znalazłam pakiet w cenie obniżonej o połowę, nie było szans, żebym w końcu jej sobie nie zakupiła, bo odkąd ją skończyłam, marzyłam o własnym egzemplarzu. :) 

13. Posłaniec - Markus Zusak
To dzięki recenzji Ami i poszukiwaniach tej powieści, znalazłam pakiecik. :) Generalnie rzecz biorąc, nawet nie nastawiam się na rozczarowanie, skoro autor jest Markusem Zusakiem. Ta książka MUSI być rewelacyjna. Nie ma innej opcji.

Także... to wszystko.

Notka z podsumowaniem listopada będzie opublikowana prawdopodobnie we wtorek (2.12) albo we środę (3.12). 

Także wyczekujcie na nią, bo to właśnie tam podzielę się z wami swoim pomysłem na Feniksowy grudzień. :) A na razie się z wami żegnam, zadając standardowe pytanie, które z powyższych pozycji polecacie, a także które chcielibyście zobaczyć zrecenzowane na Feniksie.

Pozdrawiam!
Sherry


A na zakończenie, takie cudo <3
Musicie to KONIECZNIE zobaczyć.
I nie, nie mówię tego tylko dlatego, że kocham Pentatonix.


piątek, 28 listopada 2014

Film: "Miasto 44"

źródło

Czas trwania: 2 godz. 10 min.

Generalnie rzecz biorąc, jestem wielką antyfanką wszystkiego co związane z wojną. Staram się nie czytać książek o podobnej tematyce, ograniczam filmy i seriale skupiające się właśnie na niej. Jednak wiadomo, że jeśli przyjdzie mi wybrać czy zostać w szkole na NIEMIECKIM i angielskim, z którego nie zrobiłam zadania domowego, a pójść do kina na "Miasto 44", wybiorę drugą opcję. Poza tym, starałam się nie być zbyt negatywnie nastawiona do tej produkcji, bo zwiastun był całkiem ciekawy, a jak usłyszałam piosenkę "Miasto" skomponowaną specjalnie do tego filmu, pomyślałam: "to może się naprawdę udać". W kinie byłam, produkcję przeżyłam, a poskładanie myśli jest dla mnie trudne nawet teraz, miesiąc - albo i więcej - po obejrzeniu. Bo tak naprawdę to ja nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Dlatego pozwólcie, że zacznę od początku.

źródło
Fabuła skupia się na grupce młodych ludzi, przeżywających swoje namiętności, buntownicze popędy mające uwolnić Polskę spod niewoli i pierwsze dramaty. Główny bohater - powiedzmy, że główny - to Stefan, utrzymujący swoją owdowiałą matkę i młodszego brata. Gdy jednak nieoczekiwanie traci pracę, przyjaciółka - Kama, wprowadza do w świat spiskowców, którzy szykują zryw narodowo wyzwoleńczy. Wszyscy są nastawieni oczywiście optymistycznie, wręcz ekscytacja tryska od nich, rażąc naiwnością, ale cóż im się dziwić. Myślą: "Powstanie potrwa góra trzy dni, później wygrywamy, świętujemy i upajamy się blaskiem chwały". Żyją chwilą, nie spodziewając się natknąć poważniejszych przeszkód w drodze do celu. A jednak z czasem okazuje się, że ich przewidywania były błędne. Niewielki zryw przemienia się w Postanie, ciągnące ze sobą masę ofiar i destrukcji Warszawy. Jak się skończyło Powstanie wszyscy wiemy, ale... jak potoczą się losy Obrońców Ojczyzny?

Nie można powiedzieć, żeby ten film był zły, tak w 100%, ale też nie był dobry. A przynajmniej jak dla mnie. Dlatego, by nie poplątać się w swoich myślach, zacznę od plusów produkcji. Tak na dobry początek, żeby was całkiem do niego nie zniechęcić. 

Przede wszystkim, jestem pod olbrzymim wrażeniem klimatu wojennego, który udało się stworzyć twórcom. W pewnym momencie, ta gorycz porażki, otaczająca bohaterów ze wszystkich stron śmierć, nieuchronnie zbliżająca się przegrana, przygniata widza. Miażdży go. Szybko orientujemy się jak pragnienia młodych o wolności, obracają się przeciw nim i zbierają żniwa. To był naprawdę niepokojące. Cały obraz zagłady, zniszczenia, okrucieństwa... Byłam sparaliżowana poczuciem własnej klęski. Przerażona tym co widziałam na ekranie i świadomością, że to nie jest nawet połowa tego, co naprawdę się stało w 44 w Warszawie. 

źródło
Po wyjściu z kina miałam emocjonalnego kaca, nie mogłam nie rozpamiętywać przerażającego, brutalnego widowiska, którego właśnie byłam świadkiem. I mimo, że to mnie przygniotło i wzbudziło we mnie skrajną rozpacz, graniczącą z histerią, co by było, gdyby teraz wybuchła wojna, to jak najbardziej można ten element zaliczyć na plus. W końcu tego się po takich produkcjach trzeba spodziewać, nie? Uświadomienia.

Kolejnym plusem była gra aktorska, zwłaszcza młodziutkiej Zofii Wichłacz wcielającej się w rolę "Biedronki", niesamowicie odważnej, dzielnej, zdecydowanej dziewczyny, która zaryzykowała wszystko, nawet własną śmierć, by walczyć o tego, którego kocha. Inna sprawa, że to wydaje się strasznie naiwne, ale na ekranie ukazane było świetnie. I choć jest sporo niewiadomych związanych z Biedroneczką, to Zosia oddała jej zagubienie, a równocześnie determinację, strach i uczucie, w najlepszy możliwy sposób. (I ma dodatkowe plusy od Sherry - fanki "Gry o Tron", bo w pewnych momentach, bohaterka wyglądała jak serialowa Daenerys. NIE ŻARTUJĘ)

Jak tak już wspomniałam o wojennym tle, to zapomniałam dopisać ogólnie co sądzę o obrazie Warszawy, który mieliśmy przed oczami na sali kinowej. Całość była naprawdę druzgocąca, te wszystkie zniszczenia i rzezie dokonywane na ulicach miasta... Radykalne rządy, pod którymi trzeba było funkcjonować w świecie ówczesnej - nie tak w sumie dalekiej - zniewolonej Polski... Pan Jan Komasa miał wizję. Widać, że coś tam starał się przekazać przez swój film, że starał się dotrzeć przede wszystkim do młodego człowieka, pokazując jak odwaga może zmienić się w strach, jak marzenia, mogą runąć niczym domek z kart. 

źródło
Co zaś się tyczy części, która pewnie prawdopodobnie dłuższa niż wcześniejsza, dotyczącej minusów, które rzuciły mi się w oczy i sprawiły, że mimo wszystko z kina wyszłam rozczarowana i zdegustowana widowiskiem...

Rozumiem, że współczesny film, nawet opowiadający o przeszłym wydarzeniach, nie może istnieć bez efektów specjalnych, ale Jan Komasa... jak to ujął mój kolega: "pojechał po bandzie". Nie mówię, że wszystko co się tyczy obróbki graficzno-montażowej mi się tam nie podobało. Bo było kilka niezłych momentów, których teraz nie chcę przytaczać, ale niestety dominowały te absurdalne, wiejące kiczem i sztucznością, po których ja nie mogłam opanować pogardliwych prychnięć. Podałabym tu kilka... No dobra. DUŻO przykładów, ale nie chcę, by moja recenzja zmieniła się w ciąg spoilerów, dlatego napiszę tylko, że korzystać z talentu graficznego trzeba umieć i - co ważniejsze - trzeba wiedzieć KIEDY go używać. Bo slow-motion jest wspaniałe. Dodaje dramaturgii, ale slow-motion, z błyszczącymi kulami, jaśniejącą poświatą bijącą od postaci i... Okej, już przestaję. 

Soundtrack. Z jednej strony był dobry. Takie pomieszanie muzyki współczesnej ze starodawną, co dawało naprawdę niezwykły, wyjątkowy efekt. A z drugiej... Naprawdę Panie Komasa? NAPRAWDĘ? Dubstep tam gdzie absolutnie nie powinien być? Na litość Boską, rozumiem, że zamierzenie było takie, by dotrzeć do młodego odbiorcy, a łatwiej jest to zrobić przez muzykę, ale biorąc pod uwagę fakt, jakie efekty to przyniosły w rzeczywistości... Powiem tak: u mnie na sali, rozbrzmiał śmiech. Śmiech, który się nie kończył, a mnie dopadły wątpliwości czy lekcja niemieckiego i niewątpliwa jedynka z angielskiego za brak zadania, to rzeczywiście byłaby taka wielka tragedia. 

źródło
Nie sądziłam, że jako romantyczka kiedykolwiek będę narzekać na wątek miłosny, ale tak się teraz musi stać. Ja rozumiem, że miłość była mimo wszystko możliwa w czasach wojennych - w końcu to uczucie, a nie choroba, żeby można było ją zwalczać. Ale w filmie Komasy, miałam wrażenie, jakby cały ten dramatyzm trójkącika miłosnego - tak, dobrze przeczytaliście - w pewnych momentach przysłaniał rzeczywiste przesłanie filmu i fakt, że całość miała się skupiać nie na miłostkach bohaterów, a na Powstaniu Warszawskim! 

Bohaterowie mnie strasznie denerwowali. Oprócz Biedronki i Beksy, nikt nie sprawił bym zapałała do niego sympatią, bym chciała na dłużej zatrzymać się przy jego losach. A już zwłaszcza nie sztywny jak kij i chwilami nudny jak falki z olejem Stefan i jego przyjaciółeczka Kama, którą moja koleżanka obdarzyła trafnym epitetem. W tej chwili jednak powstrzymam się od przywołaniem go tutaj, bo wiadomo. Kultura przede wszystkim. 

Nie chcę zabrzmieć jak hejterka, bo nią nie jestem, ale jestem zmuszona skrytykować jeszcze jeden... element filmu. Albo dwa. Albo... nie no dobra, obiecuję, że zatrzymam się na tych dwóch ostatnich. 

W filmie romantyzmem cuchnęło, aż niemiło, ale nie pasowały mi także scenki erotyczne. Jestem w stanie znieść nagość, w filmach wojennych musimy być na nią przygotowani, ale uważam, że scena seksu była zupełnie niepotrzebna. Jeszcze bardziej podkreśliła upór pana twórcy, by zamęczyć nas tym głupim trójkątem miłosnym i niepotrzebnie nadszarpnęła moje nerwy. 

I zakończenie. Nie wiem dlaczego - ale po prostu parsknęłam śmiechem jak dotarło do mnie, że to naprawdę się tak skończy. I nie chodzi mi o wynik Powstania, a o zakończenie przygód bohaterów. Totalny absurd, fantastyka - poziom hard. Jeśli tak było w rzeczywistości - cóż, będę musiała przełknąć dumę, ale jak na film, który był przygotowywany X lat, "Miasto 44" wypadło po prostu... słabo. 

źródło
Nie wiem jak ocenić ten film, dlatego tego nie zrobię. Bo on nie był zły. Nie był dobry. Był... taki sobie. Przeciętny. Niewyjątkowy. Powiedzmy, że chociaż cudów nie oczekiwałam, to i tak się rozczarowałam, co jakąś rekomendację daje, tak? Nie będę go też odradzać, bo opinii po sieci krąży na temat "Miasta 44" mnóstwo, jedne są bardziej, inne mniej, przychylne od mojej. Sami musicie podjąć decyzję i zaryzykować utratę tych dwóch godzin, bądź - dwie godziny spędzone na jednym z najlepszych seansów, jakich byliście świadkiem. Ja osobiście zdradzę wam, że gdyby nie ten szkolny wypad do kina, filmu Komasy nie oglądnęłabym za nic. Jakkolwiek opinie pozytywne by nie były. Bo jak już wspomniałam: nie lubię filmów wojennych. Ten jednak dał mi powody do myślenia.

Ale i tak najlepszy komentarz wygłosił mój pan od historii: "BIGOS Z NIEBA, TYLKO W POLSCE" - ci, którzy film obejrzeli, zrozumieją o co chodzi. :D

Pozdrawiam,
Sherry


wtorek, 25 listopada 2014

"Agnes Grey" - Anne Brontë

źródło
Agnes Grey
Anne Brontë
Wydawnictwo: MG
Data wydania: czerwiec 2012
Liczba stron: 232

Jak pewnie wielu z was zdążyło zauważyć - bardzo, ale to bardzo lubię klasykę. Nie mam pojęcia czemu, ale po prostu wchłaniam ją jak gąbka i doświadczam przemożnej chęci do poznawania kolejnych tytułów. Z siostrami Brontë miałam styczność przy okazji czytania "Wichrowych Wzgórz". Tym razem poznajemy kolejną, po Emily panienkę Brontë - Anne i historię Agnes Grey. Zapraszam. 

Agnes Grey ma dziewiętnaście lat, kiedy decyduje się zostać guwernantką. Jako córka skromnego pastora i wydziedziczonej nauczycielki, dorastała u boku siostry, w cieple rodzinnego uczucia, otoczona troską i miłością. Kiedy sytuacja materialna rodziny Grey osiąga poziom krytyczny, dziewczyna decyduje się wspomóc najbliższych i wyruszyć do bogatej rodziny Murray. Agnes spodziewa się, że wspomnienia z czasów nie tak dawnego dzieciństwa, sympatia do dzieci i upór, pomogą jej wytrwać na nowym stanowisku. Na miejscu może się jednak okazać, że marzenia to nie wszystko, a młodej, niedoświadczonej panience Grey, przyjdzie się mierzyć z przeciwnościami losu, o których wcześniej istnieniu, nie miała pojęcia.

źródło
Generalnie rzecz biorąc, główna bohaterka to gwiazda sama w sobie. Cała książka jest poprowadzona z jej punktu widzenia, Agnes zwraca się bezpośrednio do czytelnika, opowiadając swoje przygody, snując tajemniczą, magiczną, nie zawsze piękną i łatwą historię jej życia. Zapada w pamięć, a jej charakterystyczne podejście do świata zdumiewa trafnością, nie tylko w stosunku do czasów, w których faktycznie toczy się akcja utworu, ale także uniwersalnością, do czasów, w których żyjemy teraz. Wiele rozważań bohaterki wydawało mi się zdumiewająco podobnych do moich własnych, co oczywiście stworzyło więź pokrewieństwa, pomiędzy mną, a Agnes. Panienka Grey charakteryzowała się rozsądkiem, spokojem, spostrzegawczością i uporem maniaka, który jest godny podziwu. W ludziach starała się widzieć dobro, a ponadto miała wielkie serce. Jeśli jednak myślicie, że była postacią wyidealizowaną, to chciałabym was wyprowadzić z błędu. Autorka tchnęła życie w dziewiętnastoletnią Agnes, nadając jej także słabości, wady, jak łatwowierność, dziecięca naiwność, czy bierność w niektórych sytuacjach, co powodowało, że postać wydawała się jeszcze bardziej namacalna i nam bliska. 

źródło
Fakt, że Agnes została wychowana w cudownej, rodzinnej atmosferze i że była otoczona praktycznie tylko przez bliskich przez całe dzieciństwo i okres dojrzewania sprawiły, iż dziewczyna szuka kontaktu z innymi ludźmi. Szuka własnego sposobu na życie, popełnianie błędów, dorastanie. A jej ciekawość świata każe nam również, spojrzeć na niego inaczej, każe nam uświadomić sobie, jak wielkim szczęściem jest poznawanie. Eksploatowanie. Kiedy bohaterka trafia do Murray'ów i zaczyna być guwernantką trójki nieznośnych, rozpieszczonych dzieciaków, w czytelniku zaczyna gotować się krew, a kibicowanie Agnes w walczeniu z przerażająco okrutnymi dzieciakami osiąga apogeum. Z czasem będziemy mogli obserwować nie tylko życie panienki Grey, ale także rodziny, do której przybywa. A wszystkie wątki, osadzone na tle dziewiętnastowiecznej Anglii, nabierają kształtu, kolorytu i czarują nas bogactwem i kunsztownością stylu autorki. 

źródło
W książce występują długie opisy, ale przez wzgląd na narrację, gdzie bohaterka kieruje swe słowa i przemyślenia prosto do nas - czytelników, one wcale nie wydają się męczące. Ba! Powieść pożera się, nie mogąc oderwać od treści i jakkolwiek akcja nie przepełniona jest zwrotami i dynamiką, tak całość jest bardzo płynna i czytelnik wsiąka w nią bez żadnych sprzeciwów. Dlatego uważam, że "Agnes Grey" jest idealną pozycją dla tych, którzy obawiają się ciężkiej klasyki. Książka Anne Brontë jest lekka, przyjemna, utrzymana w humorystycznym, czasami dramatycznym, refleksyjnym, swobodnym stylu, który przemawia do czytelnika i sprawia, że bardzo przywiązuje się do treści.

Z powieści bije optymizm i przesłanie, które każe nam walczyć o swoje pragnienia, które zakazuje nam wątpić w swe czyny i marzenia. Pojawia się także wątek romantyczny, nie wysuwający się jednak na pierwszy plan, co w rezultacie z mistrzowskim piórem pani Brontë, daje nam lekturę, o której nie będziecie chcieli zapomnieć. Poza tym, "Agnes Grey" jest dziełem ponadczasowym, problematyką dotykającą również współczesne realia. Będziecie zdumieni, jak bardzo trafna jest to lektura, w stosunku do dzisiejszych czasów. 

Ja osobiście pozostaję urzeczona prozą kolejnej siostry Brontë, mając nadzieję, że w niedługim czasie, uda mi się zdobyć kolejne dzieło wielkiej trójcy. 

9/10

Pozdrawiam,
Sherry

"Łaknienie piękna jest niedorzecznością. Rozsądni ludzie nie pragną go dla siebie ani nie dbają o to, czy widzą je w innych."


niedziela, 23 listopada 2014

"Jej bohater" - Laura Kaye

źródło
Jej bohater
Laura Kaye
Oryginał: Her forbidden hero
Data wydania: 2.04.2013
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 240

Zanim zmyli was okładka, uprzedzę - "Jej bohater" nie jest powieścią erotyczną, a romansem. Zwykłym, na miarę tych, które nie nadają się do niczego innego jak pojedynczego przeczytania i zapomnienia, bo w sumie nic byście nie stracili, gdybyście nie zmarnowali czasu na historię Laury Kaye. W dzisiejszej recenzji, spróbuję przekonać was, że naprawdę jest wiele, bardziej interesujących pozycji godnych sięgnięcia, aniżeli ta. (Tak, recenzja będzie negatywna! Doszłam do wniosku, że stanowczo za dużo zachwytów u mnie ostatnio było i krytyka przyda się zarówno mnie, jak i wam)

źródło
Alyssa wraca do rodzinnego miasta po wielu latach nieobecności, choć wie, że z miejscem tym, wiąże się wiele nieprzyjemnych wspomnień. Czyż to nie świadczy o tym, że jest masochistką? Według mnie owszem, bo gdybym była na miejscu Alyssy, raczej starałabym się trzymać z daleka od miasta, z którego wspomnienia mam raczej nieprzyjemne. W każdym razie, nasza bohaterka ma jednak swój cel w powrocie. Mianowicie dowiedziała się, że najlepszy przyjaciel jej starszego brata - Marco, wrócił z wojska i zaczął pracować w tamtejszym barze. Pomyślicie - chce odświeżyć starą przyjaźń, przekazać pozdrowienia od braciszka... Nic z tych rzeczy. Kobieta bowiem od najmłodszych lat była w chłopaku zakochana, a teraz chce się katować dalej związkiem, który jak ona sama wie - nigdy nie zaistnieje, ponieważ superidealny Marco traktuje ją jak młodszą siostrę.

źródło
Marco natomiast przeżywa raz za razem katusze wspomnień, atakujących go niczym kule z pistoletów, z którymi tak wiele razy miał styczność na wojnie. Wyrzuty sumienia, wizje tragedii, której był w pewnym sensie powodem, skutecznie uniemożliwiają mu "powrót do żywych". Mężczyzna, dawniej otwarty i zabawny, staje się chłodny, zimny, szorstki i oczywiście w tych oto warunkach zastaje go Alyssa. A gdy już ją widzi i nagle zauważa, że - NIESPODZIANKA - mała Alyssa wyrosła na oczywiście piękną kobietę, zaczyna pałać do niej pożądaniem. Ale przecież to siostra jego najlepszego przyjaciela. Nie godzi się, żeby ją podrywać. A co dopiero myśleć o niej... w TEN sposób. Jako obiekt erotycznych fantazji!

Tak czy inaczej, fabuła jest tak łatwa do przewidzenia, że chyba tylko ci, którzy nie mieli styczności jak dotąd z romansami, nie potrafiliby się jej domyślić. Pseudozakazany romans, problemy, które bohaterowie sami sobie stwarzają i czułe wyznania w stylu: "jesteś lekiem na moje koszmary". Masa, masa dramatów w stylu iście harleqinowskim, to wszystko co ma do zaoferowania Laura Kaye. 

Większość czytelniczek uważa, że "Jej bohater" to uroczy romans, pochłaniający uwagę i absorbujący do tego stopnia, że człowiek zżywa się i z Alyssą i z Marco. Ja tak nie uważam. Wręcz przeciwnie. Będę upierać się, że to jedno z największych badziewi, z jakimi miałam do czynienia. Nie dość, że okładka wprowadza w błąd, bo naprawdę - przystępując do czytania, spodziewałam się erotyki, a tu otrzymałam romansik wiejący nudą i lukrem na kilometr, to jeszcze w powieści nie dzieje się praktycznie nic, plusem pozostanie jednak ekspresowe tempo, w jakim można przebrnąć przez lekturę. 

źródło
Kreacja bohaterów jest po prostu słaba. Marco był sztywny jak kij, nieciekawy jak instrukcja obsługi generatora jądrowego, a rozdziały z jego perspektywy niemiłosiernie mi się nudziły i oczywiście przepełnione były sztuczną tragedią w stylu: "jestem taaaaki cierpiący bo przecież tylko moja przeszłość jest nafaszerowana złem i cierpieniem, ale nie chcę współczucia, ponieważ jestem samcem alfa i nie mogę pokazać, że tak naprawdę nie mam jaj" (metaforycznie oczywiście). Z kolei punkt widzenia Alyssy różnił się o tyle, że jej narracja była... znośna. Wchłaniało się ją w zawrotnym tempie, ale i tak przygody bohaterów obserwowaliśmy z odległości, nie mogąc i nie chcąc, brać w nich udziału i przeżywać wraz z postaciami emocji. Gdyby mi nie powiedziano na wstępie, że Alyssa to "dojrzała" kobieta po studiach, pomyślałabym, że jest głupiutką, rozchichotaną nastolatką z problemami tak naiwnymi, że głowa mała. I ten infantylny punkt widzenia, a'la: "jestem jego jedyną ucieczką od wspomnień. Jesteśmy sobie przeznaczeni"

Mam wrażenie, że pani Laura Kaye chciała zbyt wiele wątków, umieścić w jednej książce. I to w dodatku jak krótkiej! Tragiczna przeszłość, bagaż doświadczeń, rozkwitające uczucia pomiędzy bohaterami, osobniki trzecie wtrącające się w "związek bez przyszłości", nowa praca Alyssy i związane z tym nieprzyjemności... Autorka wrzuciła to bez ładu i składu do korekty, nie potrafiąc wybrnąć z ani jednego punktu. I tak powstał "Jej bohater"

Uwierzcie mi - romansów DOBRYCH, czy przynajmniej NA POZIOMIE z podobnym schematem fabularnym jest od groma i zapewniam was, że ten to pomyłka, na którą nie chcecie tracić czasu. Godne pożałowania zakończenie sprawia, że po prostu nie jestem w stanie nie śmiać się kpiąco, patrząc na okładkę całości, więc powiem tylko, że to jedna z tych powieści, które zamiast zrelaksować czytelnika, ogłupiają go. Więc oczywiście NIE POLECAM. 

3/10
Pozdrawiam,
Sherry


piątek, 21 listopada 2014

Ulubieni aktorzy - część 5

źródło
Cześć!

W tym, jakże cudownym dniu, przybywam z kolejną dawką swoich ulubionych aktorów! Zapraszam!

źródło
18. Logan Lerman

Ma 22 lata. I raczej go znacie. A jeśli nie, to przynajmniej kojarzycie z widzenia. Jakoś tak się dziwnie złożyło, że po prostu oczarował mnie w ogóle fakt, że grał Percy'ego Jacksona w ekranizacji książek Riordana i od tamtej pory, staram się oglądać wszystkie filmy, w jakich on występuje. Z jakim skutkiem?

Był "Efekt Motyla" z Ashtonem Kutcherem, gdzie Logan zagrał powiedzmy postać, która pojawiła się przez chwilkę, więc nie mogliśmy poznać jego gry aktorskiej. Nie tak jak byśmy chcieli. Ale sam film mnie strasznie męczył i chyba wyłączyłam go w połowie. 

Był film "Zawsze tylko ty", który podobał mi się, bo wykonano go z pomysłem, miał ciekawą, pokręconą, nieco zwariowaną fabułę, a Renee Zelweger (czyli Bridget Jones, jakby ktoś nie kojarzył nazwiska) zagrała matkę postaci Logana. Urocza produkcja, także polecam. Coś o poszukiwaniu siebie, o wartości rodziny i pieniądza. :)

Były oczywiście dwa filmy z cyklu "Percy Jackson", które jako ekranizacje wypadły słabo, ale... jeśli traktować je z przymrużeniem oka, to... widz przynajmniej mógł się dobrze bawić przed ekranem, tym bardziej, że nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam efekty specjalne. Dlatego ubolewam, że nie powstanie kolejna część. :( "Złodziej Pioruna" | "Morze potworów"

Były dwa cudowne filmy, które sprawiły, że po prostu zakochałam się w grze aktorskiej tego młodego człowieka, a mianowicie: "Charlie" - czyli ekranizacja powieści, przy której - w przeciwieństwie do książki, na której się zawiodłam - po prostu się popłakałam, a także "Stuck In Love" czyli piękny dramat komediowo-romantyczny, który postaram się kiedyś-tam zrecenzować. 

Był także "Noe. Wybrany przez Boga", którego recenzję możecie przeczytać O TUTAJ, a także "Trzej Muszkieterowie" z Orlando Bloomem, których niedługo obejrzę. 

Generalnie rzecz biorąc, mam słabość do Logana. Do filmów, w których gra i zamierzam oglądać je wszystkie <3 Bo ma chłopak talent. I jeszcze dużo w życiu może osiągnąć. 



źródło
19. Kit Harington

W którymś z poprzednich postów na temat ulubionych aktorów, zdążyłam wspomnieć, że uwielbiam Brytyjczyków. A Kit Harrington, o oczach tak pięknych, że mogłabym w nich utonąć, pochodzi właśnie z Wysp. Jest dwudziestosiedmioletnim aktorem, który zaczął swoją karierę aktorską od najwspanialszej na świecie: "Gry o Tron", gdzie gra jednego z moich najukochańszych ulubieńców - Jona Snowa. Nie dało rady się w nim nie zakochać! W tym momencie, nie wyobrażam sobie nikogo innego, bardziej idealnego do tej roli, niż właśnie Kit. 

W każdym razie, po fali uznania i popularności, która zalała "Grę o Tron", kariera Kita zaczęła kwitnąć, a moje serce po prostu szybciej zabiło ze szczęścia. I tak, na przykład mój ulubieniec zagrał w "Silent Hill. Apokalipsa", który jest tam już którymś z kolei filmem z tej serii, a całość jest horrorem paranormalnym, więc oczywiście nie miałam z nim styczności. 

Odnośnie premier tegorocznych to mieliście, albo będziecie mieć okazję zobaczyć go w "Pompejach", jako rzymskiego niewolnika, co samo w sobie jest intrygujące, prawda? Nie tak dawno temu pojawił się także film "Testament of Youth", który jednak w Polsce się nie ukazał, ale ja osobiście, mam zamiar go zobaczyć tak czy inaczej, ponieważ jest to film biograficzny i (podobno) bardzo ciekawie nakręcony. Nie można zapomnieć o nadchodzącej premierze ekranizacji książki, gdzie Kit pojawi się u boku na przykład Bena Barnesa w produkcji: "Siódmy syn"! Szykuje się masa efektów specjalnych!

Tak czy inaczej, Kita warto oglądać na ekranie, a ja z całą pewnością polecam wam włączenie sobie absolutnie epickiej "Gry o Tron". Bo tej produkcji nie da się nie ulec. :D




źródło
20. Richard Madden I

Jeśli już jesteśmy przy aktorach, których poznałam dzięki kultowej "Grze o Tron"... To jest również dwudziestoośmioletni Richard, który w serialu, miał okazję się wcielić w rolę Robba Starka, który był - przyrodnim bratem Jona Snowa, granego przez wyżej wspomnianego Kita. Czyż to nie urocze? Obserwowanie tych dwóch przystojniaków na ekranie, było jednym z najfajniejszych przeżyć!

źródło
W każdym razie, jeśli o seriale chodzi, to Richard miał także okazję grać w serialu "Wojna i miłość" u boku innego mojego ulubieńca, a mianowicie Eddiego Redmayne, o którym pisałam O TUTAJ

Jeśli jednak zamiast seriali, wolicie oglądać filmy, to z pewnością powinniście zobaczyć "Na zawsze twoja", gdzie oprócz wspaniałego Richarda, pojawił się także Alan Rickman, którego MUSICIE kojarzyć, chociażby z filmów o Harry'm Potterze, w których grał Snape'a. 

Jeśli macie ochotę na dramat/thriller o młodych ludziach, których fantazje spotykają rzeczywistość, a całość jest utrzymana w mrocznej, obłąkańczo chorej atmosferze, gdzie dominują narkotyki, samo destrukcja i walka o przyjaciela, to zobaczcie "Pokój na czacie"

A w przyszłym roku Richarda zobaczymy u boku Heleny Bonham Carter w filmie "Kopciuszek", gdzie mój ulubieniec wcieli się w idealną dla siebie rolę - księcia. :) Nie mogę się doczekać! Zwłaszcza, że Helena Bonham Carter, jak dotąd mogąca kojarzyć się z wredną Bellatrix Lestrange, zagra Wróżkę Chrzestną Kopciuszka! 



źródło
21. Justin Bartha

Uważam, że ten trzydziestosześcioletni aktor, którego zaraz przedstawię, jest stanowczo za mało doceniany w świecie kina. A ja go po prostu uwielbiam, nie tylko dzięki jego świetnym rolom w dwóch ważnych dla mnie seriach filmowych, ale przede wszystkim za fakt, jak dobrym człowiekiem jest w rzeczywistości. 

Jak się rozpoczęła kariera aktorska Justina? Zajął się nią, ponieważ w ukochanym sporcie - tenisie, złamał sobie rękę i postanowił całkowicie zrezygnować ze świata sportu, na rzecz aktorstwa. Ogólnie rzecz biorąc, pan Bartha mówi o sobie, że "jest samotny, a jego ukochaną jest Nowy Jork", a w filmach gra nie dla pieniędzy, a po prostu z pasji. W świecie Hollywoodu zupełnie się nie orientuje i nie ma zamiaru tego zmieniać. Czyż to nie piękne, że istnieją jeszcze aktorzy, którzy grają bo... lubią to robić?

W każdym razie, ja go poznałam i zauroczyłam się nim, dzięki "Skarbom Narodów", zarówno dzięki części pierwszej, jak i drugiej, gdzie gra przyjaciela głównego bohatera serii - czyli Riley'a Poole'a, który chyba jako jedyny potrafi rozładować napięcie, w ciężkich dla bohaterów momentach. A na dodatek, Riley jest geniuszem technologicznym, co już totalnie mnie przeciąga na jego stronę. Dlatego z tak wielką niecierpliwością oczekuję trzeciego filmu z cyklu! Miejmy tylko nadzieję, że Justin znów dołączy do projektu, bo nie wyobrażam sobie uniwersum "Skarbów Narodów" bez mojego ulubieńca. 

Druga seria filmowa, pewnie jest jeszcze bardziej znana niż wyżej wspomniana, bo jest to cykl... "Kac Vegas" oczywiście. Justin pojawia się i w pierwszej części, i w drugiej, i w trzeciej, i mimo, że jest najlepszym przyjacielem trójcy bohaterów, jego rólka jest mocno ograniczona. Zawsze gdy oglądałam którykolwiek film z cyklu, strasznie żałowałam, że Doug - czyli postać Justina, nie może być ważniejsza dla fabuły. :( 



źródło
22. Brenton Thwaites

Dwudziestopięciolatek, który miał szansę zagrać Cztery w "Niezgodnej" i nie macie pojęcia jak żałuję, że go nie zagrał, bo mógł - w przeciwieństwie do sztywnego jak kij Theo Jamesa - oddać duszę tej postaci. W każdym razie, zamiast ekranizacji książki Veroniki Roth, Brenton zagrał w innej ekranizacji książki, a mianowicie w "Dawcy Pamięci", który wciąż przede mną, ponieważ jeszcze nie zdążyłam wchłonąć powieści. :) 

Może ktoś kojarzy taki film jak "Błękitna Laguna" z 2012 roku. No w każdym razie, w tamtej produkcji, Brenton wcielił się w rolę Deana, czyli w jedną z dwóch najważniejszych postaci produkcji, który razem z Emmą - dziewczyną, o ile dobrze pamiętam - zostali uwięzieni na wyspie. Całość oglądałam... dawno temu więc niewiele pamiętam, ale coś co doskonale jawi mi się przed oczami to fakt, że Brenton, a raczej Dean, miał fryzurę w stylu Zaka Efrona ^^

Razem, z uroczą Karen Gillian, Brenton zagrał w filmie "Oculus", który jest horrorem o dość... kiczowatym wydźwięku, z tego co słyszałam. Niemniej jednak, akurat ten film mam w planach, mimo gatunku, bo zobaczyć Karen Gillian i Brentona grających rodzeństwo, to może być całkiem ciekawe przeżycie. :)

Ja, prawdziwą grą aktorską Brentona mogłam poznać dzięki serialowi "SLiDE", który niestety nie jest zbyt popularny, może dlatego, że to produkcja o australijskich nastolatkach. A wiadomo, że częściej jednak ogląda się teraz seriale amerykańskie bądź brytyjskie. W każdym razie "SLiDE" nie jest górnolotną produkcją, ale bywało śmiesznie, bywało romantycznie i choć nie jest to serial, który zapamiętam na dłużej, to strasznie się cieszę, że go oglądnęłam bo poznałam pana Thwaitesa właśnie!

A tak poza tym, to niedawno miał okazję zagrać z Angeliną Jolie w filmie "Czarownica", także tym bardziej czuję się w obowiązku obejrzeć to widowisko, o którym swego czasu, było głośno na blogsferze. ;)




To tyle na dziś. Oczywiście przygody z moimi ulubieńcami jeszcze nie kończymy. :)
Sherry ma jeszcze dużo nazwisk w zanadrzu. ;)

Pozdrawiam!
Sherry

część 1
część 2
część 3
część 4


wtorek, 18 listopada 2014

"Czerwone jak krew" - Salla Simukka

źródło
Czerwone jak krew
Salla Simukka
Cykl: Lumikki Andersson, tom #1
Wydawnictwo: YA!
Data wydania: 2 kwietnia 2014
Liczba stron: 253

Słowa czyli kłamstwa.

źródło
29 luty. Dzień dodany. Niepotrzebny. A przynajmniej tak uważa Lumikki Andersson - siedemnastoletnia, główna bohaterka trylogii fińskiej pisarki - Salli Simukki. Zresztą, trudno z tym rozumowaniem dziewczyny się nie zgodzić. Co gdyby, wedle jej życzenia, ktoś uznał ten dzień za wolny? Bezproduktywny? Na pewno Lumikki nie poszłaby do szkoły. Na pewno, by dopełnić codziennego rytuału, nie zajrzałaby do ciemni. Na pewno nie zobaczyłaby wiszących banknotów i śladów krwi na pieniądzach. Na pewno nie odkryłaby intrygi. Na pewno nie wplątałaby się w aferę, która z wyścigu o majątek, niczym mżawka zmieniająca się w ulewę, powoli staje się manipulacą, pociągającą za sobą także trupy. I pomyśleć, że nic z tego by się nie wydarzyło, gdyby nie niepotrzebny, zbędny 29 luty...

"Słowa zamieniające się w kłamstwa, zanim jeszcze wybrzmiały do końca. A przecież powinna już dawno to wiedzieć. Nie ufaj nikomu, licz tylko na siebie. Sama podejmuj decyzje i ponoś konsekwencje."

źródło
Salla Simukka od pierwszej strony, rzuca nas w wir wydarzeń następujących po sobie z zawrotną prędkością. Tworzy unikalny świat, jeśli nie fińskiej panoramy i chłodu zimy, który wprost wyziera z kartek powieści, to myśli bohaterki. Lumikka jest bowiem personą bardzo intrygująco wykreowaną i pewnie stanowi jeden z największych plusów "Czerwone jak krew". Siedemnastolatka, ucząca się samodzielności z dala od rodziców, uczęszczająca do elitarnej szkoły artystycznej, w której większe znaczenie ma popularność, niż rzeczywisty talent. Lumikki jednak jest postacią bardzo inteligentną, a to cecha, którą wręcz pożądam od autorów. Trudno byłoby bowiem napisać dobry thriller - nawet w odsłonie młodzieżowej - bez "detektywa" z odpowiednim ułamkiem spostrzegawczości. Ile razy, w tego typu książkach irytowała mnie sytuacja, gdy poszlaki były przed nosem bohatera, a ten nie mógł ich zebrać w jedną całość! Na szczęście, Salla Sumikka oszczędziła niepotrzebnych nerwów i zabrała w podróż, która utkwiła mi w głowie i długo pewnie jeszcze w niej pozostanie. 

"Jest w tobie część, której nikt nie zdoła dotknąć. To jesteś ty. Należysz do siebie i nosisz w sobie cały wszechświat. Możesz być, kim tylko zapragniesz. 
Nie bój się. Nie musisz się już bać."

źródło
Czytelnik miał okazję uczestniczyć w aferze na miarę filmów kryminalno-sensacyjnych, ze wszystkimi plusami i minusami tejże sytuacji. Były poszlaki, pościgi, kłótnie, zaskakujące znajomości i śledztwo przeprowadzone w tak świetny sposób, że wszystkie poszlaki odkrywaliśmy na równi z Lumikki, która wiedzę zdobytą, potrafiła świetnie wykorzystać. Zresztą, nasza bohaterka stanowiła jedną z zagadek i tak naprawdę nadal ją stanowi, bo o ile powiedzmy pewne wątki zewnętrzne zostały pozamykane, to Lumikki nadal jest dla nas nieodkrytym lądem. I stawiam, że autorka jeszcze trochę potrzyma nas w niepewności, zanim zdradzi jej sekrety. Jak na razie, możemy zatem upajać się świetnie poprowadzonymi wątkami, wartką akcją, która nie zwalnia nawet na moment, a także unikalnymi charakterami, zapadającymi w pamięć, mimo imion, których nie byłam w stanie odczytać - fiński język, to piękny język. Ale trudny.

"Nie uciekniesz. Znajdziemy cię wszędzie. A kiedy cię znajdziemy, to koniec z tobą.
Koniec.
Z tobą."

źródło
Oprócz podekscytowania i niepewności, a nawet niepokoju odnośnie dalszego przebiegu śledztwa Lumikki i poczucia zimna, dotykającego skrawku naszych dusz, autorka zalewa nas także falą uczuć bohaterki. Przerażenie na myśl o przeszłości. Lęk o przyszłość. Strach o teraźniejszość, która niczym lód na lodowisku, może złamać się pod ciężarem win, tajemnic i intryg. Retrospekcje w wcześniejszych lat życia bohaterki zalewają nas wraz z rozwojem fabuły, a obserwowanie przeplatających się ze sobą nitek przeszłości i teraźniejszości, było czymś niezwykle frapującym. I mimo, że "Czerwone jak krew" jest thrillerem młodzieżowym, utrzymanym w klimacie sensacji i kryminału, który przykuje młodego człowieka do książki, aż nie przewróci on ostatniej kartki, jestem przekonana, że przypadnie do gustu również starszym, spragnionym śledztwa i wartkiej akcji czytelnikom. Jest coś niesłuchanie pięknego i nieuchwytnego w tej pozycji. I nie mam tu na myśli tylko prześlicznej, klimatycznej okładki i niesamowitego wydania.

"Czasami człowiek musi po prostu biec."

źródło
Salla Simukka zapewniła mi rozrywkę, której nie chciałam zakończyć. Całą uwagę poświęciłam siedemnastoletniej bohaterce i wchłaniałam jej przygody z prawdziwą przyjemnością. Adrenalina i emocje kotłowały w mojej głowie aż do ostatniego słowa, a po skończeniu powieści, długo jeszcze tłukły mi się w myślach pytania: "Co dalej?!", "Kiedy zdążyły przeminąć te 253 strony?!". Upływu czasu nie czuć, a czytelnik w trakcie lektury nie skupia się na niczym innym, aniżeli na śledztwie, rosyjskich mafiozach i paczce dzieciaków, która przypadkiem wpakowała się w WIELKIE tarapaty. Nie ma nawet mowy o tym, bym nie sięgnęła po kolejny tom trylogii, a z czasem również finał, który wierzę, że zakończy tę kolorową serię w fenomenalny i spektakularny sposób. A jak na razie, powieść polecam. Bardzo, bardzo gorąco. Bo jakkolwiek zimno nie byłoby w Tampere - fińskim mieście gdzie toczy się akcja powieści, a także gdzie mieszka autorka trylogii, zapewniam, że przygody i specyficzne spojrzenie na świat Lumikki, rozgrzeją was do czerwoności, a wy będziecie błagać o więcej!

8/10
Pozdrawiam,
Sherry


"Była sobie raz dziewczynka, która nauczyła się bać."


Czerwone jak krew | Białe jak śnieg | Czarne jak heban


 Książka bierze udział w akcji: "Okładkowe Love"



niedziela, 16 listopada 2014

"Coś do ukrycia" - Cora Carmack

źródło
Coś do ukrycia
Cora Carmack
Oryginał: Faking It
Seria: Losing It, tom #2
Wydawnictwo: Jaguar
Data premiery: wrzesień 2014
Ilość stron: 368

RECENZJA NIE ZAWIERA SPOILERÓW Z TOMU I

Niech ból uczyni cię silniejszym.

Na pewno znacie to uczucie, gdy wszystko wali się w waszym życiu, gdy nic nie idzie po waszej myśli, a w głowie pojawiają się pytania: "dlaczego tak jest?", "co takiego zrobiłam, że to się stało?!". Nagle, plany biorą w łeb, a na krętej drodze egzystencji, nie widać światełka nadziei. Ale nie ma innego wyjścia, jak poskładać się do kupy, wziąć problemy na barki i ponownie odbić się od dna, wiedząc, że porażka jest częścią ludzkiego życia. Tyle że kolejne upadki mogą nas uczynić albo silniejszymi na ból i nieprawidłowości, albo słabszymi i podatniejszymi na zło. Bohaterowie książki, którą wam dziś zaprezentuję, mają swoje własne sposoby na radzenie sobie z tragediami, jakimi są lub byli świadkami. Zechcecie poznać ich historię?

źródło
Pierwszy tom serii, czyli "Coś do stracenia" pokochałam za cudownie poplątaną, zwariowaną akcję, za komedię zaserwowaną przez Bliss i Garricka, za słodką, uroczą, zakręconą i baśniowo romantyczną historię miłosną pary. Wiedziałam, że kontynuacja - "Coś do ukrycia" mnie nie zawiedzie, bo Cora Carmack udowodniła, że ma charakter, ma styl i własny pomysł na New Adult. Szczerze mówiąc, podchodząc do recenzowanej pozycji, byłam nastawiona na kolejną komedię, na kolejne wybuchy śmiechu i lukrowaną opowiastkę o dwojgu zakochanych ludziach. A co otrzymałam? Powieść tak poruszającą i emocjonującą, że przez parę godzin po skończeniu, po prostu nie mogłam się pozbierać. 

"Byliśmy jak dwa magnesy o różnych biegunach - mogliśmy próbować trzymać się z dala od siebie, ale koniec końców, musieliśmy się poddać."

źródło
Cade'a, czyli jednego z głównych bohaterów książki, mieliśmy okazję poznać już w poprzednim tomie serii Cory Carmack. Mieliśmy okazję zobaczyć jakim przyjacielem jest i poznać jeden z jego wielu dramatów. W "Coś do ukrycia" autorka oddała mu główną rolę, a on - jako idealny aktor, wcielił się w nią, bez wahania. Gdybyście wszyscy byli facetami - singlami, tak nawiasem mówiąc, a do waszego pustego stolika w zatłoczonej kawiarence podeszła jedna z najpiękniejszych, najbardziej egzotycznie wyglądających dziewczyn, jaką widzieliście i zaproponowała wam... pewną umowę, dzięki której wcielilibyście się w rolę jej idealnego chłopaka, zgodzilibyście się? Stawiam, że większość tak. Cade również. Ale nie mógł przypuszczać, że ze zwykłego oszustwa, wyniknie poplątana, zawiła, piękna historia, którą przedstawia nam autorka w swojej książce.

źródło
Max, to typowa buntowniczka z ciętym językiem, silną osobowością i parą w gębie, która żyje muzyką, pragnieniem osiągnięcia sukcesu w branży, której nie popierają jej rodzice i z przeszłością, czyniącą z nią swą niewolnicę. Po ciężkich przeżyciach, których była świadkiem, Max buduje wokół siebie mur, zaporę, która trzyma na wodzy miłych ludzi i niechciane uczucia, mogące uczynić z niej słabą, podatną na krzywdy i łzy osobę. Nieoczekiwana wizyta jej konserwatywnych, wymagających, religijnych rodziców, którzy wierzą, że ich córeczka musi być idealna, dla ich własnego szczęścia, zmusza dziewczynę do zawarcia układu z Cade'm. Gdy nieoczekiwanie, zwykłe oszustwo zmienia się w szalone, pełne chemii przyciąganie, Max ma dwa wyjścia: poddać się iskrzeniu i na nowo musieć zmierzyć się z emocjami, które ją przerastają, bądź uciec od jednego z najmilszych ludzi jakich napotkała i na nowo zabunkrować się w otchłani własnego "ja". Jaka będzie jej decyzja?

"- Max Miller- przedstawiła się. - Muzyk i agresywna sucz, do usług."

źródło
Cora Carmack mnie... zaskoczyła. Bardzo pozytywnie. Bo drugi tom serii jest o wiele bardziej... dopracowany i dojrzalszy niż pierwszy. O ile "Coś do stracenia" było fajną przygodą, miłą opowiastką, do której chętnie powrócę gdy będę mieć dołujący dzień, bo jest świetną komedią, przy której człowiek śmieje się i śmieje, o tyle "Coś do ukrycia" jest bardziej poruszające. Dramatyczne. Chwilami dołujące i cudownie makabryczne, gdy poznajemy przeżycia bohaterów i dociera do nich z jakimi lękami walczą, z jakimi bagażami emocjonalnymi z przeszłości, muszą sobie radzić. Muszę przyznać, że pokochałam Cade'a i Max. Jeśli nie, jako osobne byty, to na pewno jako dwójkę ludzi, którzy niespodziewanie spotkali się w zabawnych okolicznościach. Oni tak cudownie do siebie od początku pasowali, że strony gdy się spotykali, kłócili, bądź po prostu rozmawiali ze sobą, po prostu wchłaniałam z radością!

Wizja tego jak dwa zbieżne charaktery spotykają się i nagle ich życie zmienia się nie do poznania, pewnie nie jest niczym nowym, ale musicie mi uwierzyć, że nawet z tego - teoretycznie schematycznego wątku - Cora Carmack potrafiła stworzyć coś niesamowicie wzruszającego, pochłaniającego i intensywnego. Uwielbiam książki, które sprawiają, że powoli zakochuję się w bohaterach, a później wszelkie ich niepowodzenia, przyjmuję na własną skórę i gdy rozpada się ich świat - czuję, jakby rozpadał się i mój. Bo to sprawia, że w pełni można docenić kunszt pisarski danego autora. W tym przypadku, Cora Carmack po prostu zdobyła moje serce.

"Byłam jak potłuczona i sklejona na nowo lalka, w której zabrakło kilku elementów."

Z mojej recenzji mogliście wysnuć wniosek, że skoro książka jest bardziej emocjonalna niż poprzedniczka i po prostu smutniejsza, to nie było scen typowych dla poprzedniej części, gdzie czytelnik dławił się ze śmiechu. Dlatego muszę napisać sprostowania, że były! Początek, gdy bohaterowie po raz pierwszy mają ze sobą styczność i powoli oswajają się ze swoją odmiennością, był po prostu epicki! Nie brakowało uśmiechów, nie brakowało... łez. Także moich. A może przede wszystkich moich. W pewnym momencie po prostu musiałam przerwać lekturę i się porządnie wypłakać, bo ciężar przeżyć Cade'a i Max mnie pogrążył.

Kocham "Coś do ukrycia", to jedna z najpiękniejszych, najbardziej romantycznych i cudownych książek, z jakimi ostatnio miałam do czynienia, więc życzę powodzenia pani Cormack z kolejnymi jej książkami, gdyż w tym momencie dość wysoko postawiłam poprzeczkę następnym jej pozycjom i nie jestem pewna, czy którakolwiek będzie w stanie pobić "Coś do ukrycia" i wszystkie doznania, które miałam okazję z nią doświadczyć. Coś absolutnie niesamowitego. Oczywiście polecam. Takie książki jak ta, powinno się czytać. Takim bohaterom jak Cade i Max, powinno się kibicować. I powinno się w nich zakochiwać. 

9/10
Pozdrawiam,
Sherry



Książka bierze udział w akcji: "Okładkowe Love"