piątek, 31 października 2014

"Rogi" - Joe Hill

źródło
Rogi
Joe Hill
Oryginał: Horns
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 14 października 2014
(wydanie drugie)
Liczba stron: 376

Poznać swoją mroczną stronę...

źródło
Na samym wstępie, wypadałoby napisać, że nie czytuję horrorów. Ogólnie rzecz biorąc, nie cierpię tego gatunku, zarówno w formie książkowej jak i filmowej, zatem do czynienia z nim mam naprawdę rzadko. Po książkę Joe Hilla chciałam jednak sięgnąć z paru powodów. Po pierwsze: autor jest synem Stephena Kinga i chociaż ja jeszcze styczności z Królem Horrorów nie miałam, to chciałam poznać najpierw książki jego syna, który wydaje się być trochę w cieniu ojca - a ja zawsze współczułam tym "drugim". Kolejny powód jest taki, że "Rogi" zostały zekranizowane, a film niesamowicie mnie do siebie kusi i przyciąga. Mimo tematyki. W końcu obecność Daniela Radcliffe'a do czegoś zobowiązuje prawda? No i ostatni powód jest taki, że sama tematyka niesamowicie mnie zaintrygowała. A historia zaczyna się od... poalkoholowej nocy.

źródło
Ignatius Perrish upadł na samo dno. Po śmierci ukochanej dziewczyny - Merrin Williams i oskarżeniach o jej zgwałcenie i zamordowanie skierowane właśnie w jego stronę, ten stał się wyrzutkiem społeczeństwa. Wydawać by się mogło zatem, że nic gorszego niż utrata ukochanej partnerki czy szacunku innych ludzi może mu nie grozić, ale pewien przypadkowy ranek, całkowicie niszczy tą tezę. Ig bowiem, widzi w lustrze, że wyrosły mu rogi. Wkrótce potem okazuje się, że nie są one wytworem wyobraźni, skacowania czy halucynacji. Rogi wyraźnie wyrastają z głowy Iga i wcale, a wcale nie wygląda na to, by miały stamtąd szybko zniknąć... Ale przecież to dopiero początek kłopotów. 

"Jeśli Bóg nienawidzi grzechu a szatan karze grzeszników, to czy nie są po tej samej stronie barykady? Czy sędzia i kat nie grają w tym samym zespole?"

źródło
Czym są rogi? Co zwiastują? Wkrótce okazuje się, że wraz z pojawieniem się rogów, ludzie w obecności Iga zaczynają się naprawdę dziwnie zachowywać... Wypowiadając myśli, które powinni zachowywać dla siebie, skazują się na ujawnienie. Ale nowo nabyła moc okazuje się również w pewien sposób pomocna dla naszego bohatera. W końcu bowiem, mając wgląd w grzeszki otaczających go osób, ma szansę dowiedzieć się, kto stał za zamordowaniem jego dziewczyny. Czy zemsta okaże się wyzwoleniem i upragnioną ucieczką dla Ignatiusa? Czy droga naszpikowana przykrymi myślami i zabójczą szczerością innych osób nie pozbawi głównego bohatera resztki honoru? Mogę wam obiecać, że będzie się działo.

Generalnie rzecz biorąc, podczas czytania tej powieści, nie odniosłam wrażenia, żeby był to horror. Raczej thriller stylizowany na dark, z wiadomymi elementami fantasy. To wszystko jednak, nie sprawiło, że poczułam się w jakiś sposób rozczarowana! Ba! Wręcz przeciwnie. Historia Joe Hilla okazała się jedną z najbardziej pochłaniających, z jakimi ostatnio miałam do czynienia. Sam pomysł i wyobraźnia autora dawały się we znaki już od pierwszych stron, bowiem Joe bez zbędnego przedłużania, serwuje nam już na początku, pełen akcji i przygniatającego mroku rozdział, by później nie zwalniać ani na chwilę.

"Człowiek i demon leżeli obok siebie - choć pytanie, który był którym, nadawało się na temat teologicznej debaty."

źródło
Motyw kryminalny, przewijający się na karkach książki, idealnie łączy się także z historią miłosną głównego bohatera, bo nie zapominajmy, że to właśnie od jego dziewczyny i jej śmierci, wszystko się zaczęło. Joe Hill oprócz zaserwowania nam "rogowej" części opowieści, odpowiada na wszystkie nasze pytania, nawet te, które nie odważyliśmy się sobie samym zadać. Wplątując przeszłość i początki znajomości Iga i Merrin, poprzez rozkwit ich znajomości, mamy możliwość towarzyszenia bohaterowi przez wszystkie najważniejsze wydarzenia z jego życia, co oczywiście sprawia, że niesamowicie się do niego przywiązujemy. 

Mimo że nie miałam dreszczy przerażenia podczas lektury i koszmarów po jej zakończeniu, to całość niesamowicie przyciągnęła moją uwagę. Ig, wystawiony na raniące niczym sztylet myśli innych osób, nawet tych, których by nie podejrzewał, że mogliby do niego odczuwać tak negatywne emocje, musi poradzić sobie z nową sytuacją, swoją rozpaczą po Merrin i żądzą zemsty. Emocje towarzyszą czytelnikowi od początku do końca i naprawdę w pewnym momencie, ze smutku i współczucia nad losami głównego bohatera, zaciskałam zęby. 

"Najlepszym sposobem na wyrównanie z kimś rachunków jest zobaczyć go w lusterku wstecznym, jadąc ku czemuś lepszemu."

źródło
Nie mam pojęcia czego się spodziewałam po "Rogach", ale wiem, że w żaden sposób się nie zawiodłam, czy poczułam rozczarowana. Joe Hill, ze swoją przemyślaną historią i niesamowicie pochłaniającym stylem, któremu nie brak humoru, intrygujących myśli czy mrocznych elementów thrillerowskich, całkowicie mnie do siebie przekonał. I jakkolwiek fanką tego typu literatury bym nie była, nie mam ochoty wzbraniać się przed jego piórem, więc możecie być pewni, że to nie moje ostatnie spotkanie z tym autorem. 

Powieść oczywiście polecam, bo nie dość, że naprawdę w pewnych momentach wyzwala diabła z człowieka, to jeszcze gwarantuje przyciągającą treść, która zniewoli was i przykuje do książki czy czytnika, aż nie przewrócicie ostatniej strony. 

8/10

Pozdrawiam!
Sherry


źródło

Książka bierze udział w wyzwaniu "OKŁADKOWE LOVE"


czwartek, 30 października 2014

Mara Dyer. Tajemnica - Michelle Hodkin

źródło
The Unbecoming of Mara Dyer
Mara Dyer, tom 1/3
Wydawnictwo YA!, 2014
412 str.

Misja "wpaść w obłęd" - rozpoczęta

"- Na pewno jesteś na to gotowa?
- Jak cholera."

Szaleństwo to postępowanie wykraczające ponad normy, pewne zwyczaje. Szaleństwo to stan psychiczny osoby, która nie panuje nad sobą i swoimi czynami. Szaleństwo to choroba umysłowa. Szaleństwo to również zabawa. Mara Dyer jest szalona. A przynajmniej tak jej się zdaje. Bo w końcu jaka inna osoba ma halucynacje, zaniki pamięci czy wołające jej imię, głosy w głowie? Parę miesięcy temu przytrafiło jej się coś okropnego, katastrofalnego. Polała się krew, pojawiły się trupy. A ona przeżyła. A w głowie ma pustkę. Dlaczego, możecie zapytać? Przez większość część książki pani Michelle Hodkin, będziemy próbowali odpowiedzieć sobie na to pytanie, wraz z główną bohaterką trylogii.

"- O Boże, prześladujesz mnie jak zaraza! - warknęłam. 
- Kunsztownie wymyślona, koronkowo subtelna i totalnie epicka alegoria dysonansu poznawczego - orzekł. - Cóż, dzięki. To jeden z najbardziej wyszukanych komplementów, jakie usłyszałem. 
- Nie odróżniasz dżumy od cholery, Noah.
- Bo dla mnie to jedna cholera."

źródło
Trudno wspomnieć cokolwiek więcej o fabule powieści, żeby nie zdradzić pewnych istotnych kwestii, więc może pominę tę część recenzji. Zamiast tego skupię się na czymś istotniejszym, a mianowicie na moich odczuciach w związku z pierwszym tomem cyklu skupiającym się na prawie-siedemnastoletniej Marze Dyer. Kim jest Mara? Na pewno nie zwyczajną nastolatką. Chociaż nie wątpię, że na świecie istnieje mnóstwo ludzi cierpiących na zespół stresu pourazowego, a także nieświadomie wypierających swoje wspomnienia, to musicie uwierzyć na słowo. Mara nie jest normalna. Ani trochę. 

Po traumatycznych wydarzeniach, dziewczyna wraz z kochającą rodziną (nowość w młodzieżówkach - obydwoje rodzice bohaterki żyją, a nie umarli w jakichś tajemniczych wypadkach, tak jak to zwykle w tego typu lekturach bywa! Niesamowite, nie?) przeprowadza się do nowego miasta, by zaliczyć pewien "start". By zacząć torować sobie drogę do zwyczajności. Na jej nieszczęście, los ma dla niej inne plany. Ale przecież nie zapowiadało się, że cały misternie kreowany plan, wcielany przez matkę Mary do jej życia, polegający na przywróceniu córeczce zdrowego rozsądku, nagle zmieni się w katastrofę. Halucynacje, powolne popadanie w obłęd to dopiero początek. Bo przeznaczenie skrzyżowało Marę z kimś niebezpiecznym w swej "luzackości" i pozornej nieświadomości.

" - Gniewna, wycofana, introwertyczna emoindywidualistka, która przygląda się wszystkiemu z boku, rysując liście zwiewane z nagich gałęzi i... 
- Och, jakie to miłe. Mów dalej!"

Kreacji bohaterów naprawdę nie jestem zbyt wiele zarzucić. W gruncie rzeczy, postępowanie Mary oraz jej potyczka z nadciągającym obłędem, były przedstawione w bardzo realistyczny sposób, "obłąkańczo" wręcz ciekawy. Obrazowe i umiejętne opisy Michelle Hodkin sprawiały, że mroczny, tajemniczy, stylizowany na thriller klimat, wsiąkł w czytelnika od pierwszych zdań wstępu, wprowadzającego nas w uniwersum trylogii. Ta ciężka atmosfera grozy, nieszczęścia i ciągnącej się tragedii, utrzymywała się do ostatniego zdania lektury, ale chwilami została przerywana momentami, w których trudno było powstrzymać się od uśmiechu, czy nawet chichotu. I te sceny czy sytuacje, były jak promyczki słońca, w pochmurny dzień. Jak nadzieja kryjąca się na samym dnie Puszki Pandory. Jak światełko w tunelu.

źródło
Moje porównanie do Puszki Pandory nie jest przypadkowe. Gdy otworzyłam "Marę Dyer" po raz pierwszy, nie miałam pojęcia jakie emocje, jakie uczucia uwolniłam. Jaki ogrom przytłaczającej treści, mącącej w głowie czytelnika i bohaterki, na siebie sprowadziłam. Bo książka pani Hodkin jest niepokojąco rewelacyjna. Nie skłamałabym mówiąc, że to jedna z tych książek, dla których zajadły czytelnik poszukujący dobrej lektury, byłby w stanie bez wyrzutów sumienia, zarwać nockę. I chociaż całość, powiedzmy, nie była dla mnie żadnym objawieniem czy geniuszem, to jestem pod wielkim wrażeniem umiejętności pisarskich autorki, jej niesamowitego pomysłu na całość, a także wykonania, które niejednego zwali z nóg.

" - Mówiąc serio, masz chyba ciekawsze rzeczy do roboty w życiu niż tracenie czasu na beznadziejny przypadek?
- Nauczyłem się mowy węży. Czy może być większe wyzwanie?
- Owszem, język elfów."

W erze gdzie wszystkie młodzieżówki sprowadzają się do tanich trójkątów miłosnych, "Mara Dyer" mogłaby uchodzić za perełkę. Bo chociaż nie jest niczym ambitnym i nie ucieka od schematów to jednak przyciąga wzrok nie tylko przepiękną okładką i wydaniem, ale przede wszystkim wnętrzem. Jeśli zaś chodzi o wątek miłosny, to jako romantyczka do szpiku kości, byłam bardzo usatysfakcjonowana. Chwilami trochę drażniła mnie dominacja tej relacji pomiędzy Marą, a Noahem, nad ciekawszymi kwestiami, jak właśnie halucynacje, czy koszmary bohaterki, ale w gruncie rzeczy, całość naprawdę robiła dobre wrażenie, a przeplatanie się ze sobą tych dwóch płaszczyzn dało mieszankę idealną.

Psychologiczne podłoże istoty postępowania Mary, cudownie sarkastyczny i zabawny Noah, macki mroku oplatające duszę czytelnika. To wszystko, a nawet jeszcze więcej, będziecie mogli znaleźć w "Marze Dyer". Jeśli tylko odważycie się po nią sięgnąć. Zatem pytam was, moi drodzy, czy jesteście gotowi na obłęd?

8/10
Pozdrawiam,
Sherry


Tajemnica | Przemiana | Zemsta


"- Tak między wami iskrzy, że stwarzanie zagrożenie pożarowe.
- Mylisz ostrą animozję z ostrym afektem."




Książka przeczytana w ramach wyzwania: "Okładkowe Love"

niedziela, 26 października 2014

XVIII Targi w Krakowie, oczami Sherry

źródło
Hej!
Pewnie macie już dość tego całego spamu z relacji z Targów, więc strasznie przepraszam, że dołączę do grona tych "robotów" dodających notki. Ale odczuwam potrzebę opowiedzenia o swoich uczuciach i tego co czuję, wróciwszy dosłownie przed godziną, do domu z Krakowa.

Zacznijmy od tego, że początkowo na Targi miałam jechać w piątek, a gdy okazało się, że wystąpiły pewne komplikacje, byłam strasznie wzburzona i nie nastawiałam się, że w ogóle pojadę do Krakowa. Sobota odpadała dzięki szkole, pracy i meczowi (WYGRALIŚMY <3) i tym sposobem do EXPO dotarłam dopiero dziś, w niedzielę - 26 października. 

Hala Targów była inna niż w zeszłym roku, zresztą tutaj możecie przeczytać moją relację z ubiegłorocznych Targów i naprawdę liczyłam, że organizacja tym razem nie zawiedzie i nie będzie takiego skwaru w środku. I wiecie co? Nie było. I jestem bardzo usatysfakcjonowana tymże faktem, bo pamiętam, że rok temu dosłownie się oddychać nie dało.

fot. Sherry
Nie wiem czy to kwestia tego, że byłam na Targach w niedzielę, a nie w sobotę, ale kolejnym plusem był fakt, że naprawdę przyjemnie się w EXPO przemieszczało. Tłumy nie napierały (no może później, koło 13, 14 owszem) i po prostu dało się dotrzeć tam gdzie człowiek tego chciał. Słyszałam, że w sobotę bym z tym kłopot, widziałam zresztą też zdjęcia i cieszę się, że przynajmniej pod tym względem, niedziela okazała się lepsza.

Czego mi brakowało? Z pewnością autorów. Niemal wszyscy, których chciałam mieć autografy, rozdawali je w sobotę, kiedy nie mogłam być na Targach, a jeśli dziś kogoś znajomego zauważyłam, na przykład panią Ninę Reichter, czy pana Stuhra, to kolejki były tak... duże, że nie chciało mi się nawet przystawać. 

Mimo wszystko... udało mi się zdobyć autograf jednej autorki! I to jakiej! Gdy przybyłam wraz z mamą (po której odziedziczyłam zresztą książkocholizm) do stanowiska wydawnictwa Filia, akurat swoją książkę "Ty jesteś moje imię", którą wszyscy wychwalacie, podpisywała pani Katarzyna Zyskowska-Ignaciak. Mama zatem kupiła książkę i teraz mamy w środku dedykację! :) Poza tym, pani Kasia okazała się naprawdę ciepłą, przyjazną osobą, także strasznie się cieszę, że udało mi się z nią zobaczyć na żywo. :)

fot. Sherry
Odnośnie ogólnie stanowisk i podejścia wydawnictw do Targów... Skoro wspomniałam o Filii... Ach, ich oferta dla blogerów typu: "kup dwie książki, jedną dostaniesz gratis" była absolutnie cudownym pomysłem! Widać, że wydawnictwo ceni sobie blogerów, recenzentów i naprawdę doceniam - i podejrzewam, że nie tylko ja, takie podejście do tematu. :)

Najbardziej podobało mi się stanowisko wydawnictwa Otwartego/Moondrive. Naprawdę, atmosferę było po prostu czuć. Piękny, biały wystrój w sekcji dla dorosłych i czarna fototapeta z cudownym księżycem w sekcji dla młodzieży, powaliły mnie z nóg. Mogłabym tam stać i stać i stać... Poza tym, przy zakupie wszystkich trzech najnowszych książek Quicka, dostawało się kubek w prezencie. :) Ja niestety na ofertę się nie skusiłam (wiecie, miałam listę zakupów), natomiast podejrzewam, że wielu książkocholików mogło poczuć się zadowolonym. I cudowne dodatki! Jabłko i gruszka przy zakupach <3 Kocham owoce. I kocham wydawnictwo za takie traktowanie gości! 

Oczywiście wydawnictwo Dreams nie zawiodło, soczystą zielenią przyzywając do swojego stanowiska. :) Akurat jak tamtędy przechodziłam, to swoją książkę podpisywała pani Lidia Miś, niestety byłam strasznie zajęta, więc nie miałam okazji się zatrzymać i poprosić o autograf. 

fot. Sherry

Stanowisko wydawnictwa Dreams

Należy też tu wspomnieć o niezwykłej organizacji miejsca przez empik i Grupę Wydawniczą Foksal. Rozmowy z autorami były przeprowadzane w miejscu, gdzie można było usiąść, odpocząć, posłuchać o danej pozycji i być może - skusić się na zniżkę, bodajże 25%. 

I stanowisko merlina gdzie można było sobie zrobić "słit focie" w różnych nakryciach głowy! Jakże mogłabym nie skorzystać? :D

Dla organizatorów plus należy się również za organizację zabaw i ogólnie czasu dla najmłodszych. Uwierzcie mi, dzieciaki były zachwycone. No i ja także bo okazało się, że dla mnie, jako blogerki jest zupełnie inne wejście do EXPO niż dla innych, w związku z czym uniknęłam kolejki i spokojnie weszłam sobie do środka. 

fot. Sherry

Leżaczki u merlina, a tuż za nimi, wspomniana wcześniej budka do "słit foci".

Ale dość już o dobrym, bo będziecie skłonni pomyśleć, że nie było wad... A niestety były. Przede wszystkim, mała przestrzeń pomiędzy powiedzmy... "najważniejszymi" wydawnictwami. Bo o ile na początku naprawdę nie było problemów, to w godzinach szczytu, przepychanie się pomiędzy poszczególnymi grupami, można było zaliczyć do normy. 

Poza tym, niestety niedziela... pomimo pewnych plusów nad sobotą... okazała się też w pewien sposób rozczarowująca. Dlaczego? Nie było blogerów, a przynajmniej nie tak dużo jak w sobotę. Nie było autorów, o czym już wspominałam. I - nie było książek! Nie mówię, że wszystkich, ale nakłady zostały ostro nadszarpnięte i na przykład nie udało mi się nabyć "Testów" od wydawnictwa YA!, a "Czerwone jak krew" wzięłam ostatni egzemplarz! I strasznie mi z tego powodu przykro, bo powieść pani Joelle Charbonneau była moim priorytetem.

fot. Sherry

Na koniec wspomnę jeszcze o wymianie książkowej, organizowanej przez lubimyczytac. Miałam to szczęście, że trafiłam do pierwszej tury, która weszła na salę, natomiast wiem, że później, ludzie musieli już czekać w naprawdę OLBRZYMIEJ kolejce. Tak swoją drogą, ten kto powiedział, że Polacy nie czytają, powinien trochę zaktualizować swoją tezę... 

Ogólnie z wymianą i organizacją wymiany, wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że niektórzy ludzie, byli tak okrutnie chciwi, że brali więcej niż pięć książek, odkładali je sobie i szukali kolejnych. Nie mam pojęcia jak to się wszystko kończyło później, bo ja gdy tylko wypatrzyłam cztery książki, które mnie zainteresowały (mama wybrała piątą) to postanowiłam nie wstrzymać kolejki i po prostu wyjść, bo czemu mam odbierać innym szansę na wymianę? Ale to chyba kwestia już charakteru i osobowości...

Natomiast wiem, że wydawnictwo SQN zaangażowało się w tą akcję, bo gdy weszłam do sali, na stoisku zobaczyłam... "Blackout" (szybko ktoś mi je zwinął z przed nosa), a później "Deadline" (wówczas miałam już swoje, także...). Było też kilka książek sportowych, niestety o Barcelonie, a nie o moim kochanym Realu, ale... mimo wszystko ten wkład wydawnictwa zasługuje na brawa. Naprawdę. :)

fot. Sherry
Targi bardzo mi się podobały. Może liczyłam na coś więcej i byłam zawiedziona faktem, że nie pojawiłam się w sobotę i z nikim się nie spotkałam, ale... jednak takie spotkania integrują ludzi i pozwalają zobaczyć, że naprawdę czytelnictwo w dobrej formie. Szczególnie w Polsce. I ta atmosfera... CUDOWNA! Tyle czytelników i fanów książek w jednym miejscu! I więcej miejsca niż w poprzedniej hali! I... dużo przefajnych promocji! 

Także koniec końców jestem strasznie zadowolona, że w Krakowie się pojawiłam. Jestem zadowolona, że pojechałam z mamą, która jest równie zapaloną czytelniczką jak ja, a także zadowolona, że na miejscu spotkałyśmy pewną znajomą, która jak możecie się domyślać - też choruje na przypadłość "książki-moim-życiem". 

Naprawdę fajnie jest przebywać w towarzystwie osób, które dzielą z nami swoje zainteresowania. :)

Mam nadzieję, że za rok z kimś w końcu się spotkam.
A tymczasem pozdrawiam,
Sherry

fot. Sherry

Na górze, jedno z wieeelu miejsc dla dzieci. :) Urocze.
fot. Sherry

Stoisko Filii i autorka: Agnieszka Walczak-Chojecka - "Gdy zakwitną poziomki"

fot. Sherry

empik & Foksal

fot. Sherry

Prawdziwa "moondrive" :)

fot. Sherry

A tu, przypadkiem trafiłam na wywiad z panią Grażyną Plebanek, która
opowiadała o swojej książce: "Bokserka".
I o ile zazwyczaj sceptyczna jestem wobec prozy naszych rodaków,
tak po tej rozmowie czuję ciekawość książką pani Grażyny. :) Bardzo interesująca osoba.

Zdobycze Targowe:
Marna jakość, przepraszam.

fot. Sherry

Arkusiki od Moondrive'a z Sylvainem... Mmmm!
A te zakładki po prawej są pachnące, tak btw. :)

fot. Sherry

Nie będę się rozpisywać. Zrobię to w notce z październikowymi łupami.
Ale... "Krew Olimpu" <3
A "Ty jesteś moje imię" i "Zdrada" - Coelho, są mamy. A raczej wspólne. Mamo-Sherry'owe. :D

fot. Sherry

Raz jeszcze przepraszam za jakość.


piątek, 24 października 2014

Ulubieni aktorzy - część 4

źródło
Cześć!

Witam w już czwartej odsłonie Feniksowego cyklu, z kolejną dawką ulubionych aktorów Sherry. I tym razem, przedstawię wam pięć nazwisk. Zapraszam.

źródło

Ci, którzy już jakiś czas odwiedzają mojego bloga, nie powinny być zdziwieni obecnością tego pana w liście moich ulubieńców. Dlaczego? Dlatego, że głównie jest on znany z roli słynnego konsultanta FBI - Willa Grahama w genialnym, acz masakrycznym serialu, pt. "Hannibal"... Którego zresztą recenzowałam - o tutaj.

Ogólnie rzecz biorąc, Hugh ma trzydzieści dziewięć lat, na co oczywiście nie wygląda (ale ja myślę - to tak odnośnie naszych teorii spiskowych, Patko - że ci wszyscy aktorzy to się kąpią w jakiejś fontannie młodości, czy czymś takim...) i jest Brytyjczykiem! A Sherry bardzo, ale to bardzo lubi Brytyjczyków! Czym ujął mnie w swojej grze aktorskiej? Przede wszystkim, w każdym filmie w jakim go widziałam, grał swe postaci tak genialnie, że nie mogło  być inaczej, niż abym się w nich nie zakochała. :) Zauważyłam, że ilekroć widzę Hugh na ekranie, to po prostu wiem - że produkcja, w której on jest, jakkolwiek by słaba nie była, mi się spodoba, właśnie przez wzgląd na niego.

A gdzie go widziałam i co polecam obejrzeć? Oczywiście "Hannibala" - to tak na dobry początek. Jeśli nie chcecie zaczynać aż tak brutalnie i gwałtownie, to polecam "Wyznania zakupocholiczki" - komedię, którą ja osobiście - darzę jakąś dziwną sympatią ^^ 



14. Eddie Redmayne

Kolejny Brytyjczyk! Ten, z kolei ma lat trzydzieści dwa i urodę tak specyficzną, że po prostu głowę dla niego straciłam. Bo o ile wiem, że nie powinno się oceniać aktorów po ich wyglądzie, a jedynie po tym jak grają i jak się w filmach prezentują, to akurat w tym wypadku, atrakcyjność idzie w parze z talentem.

Eddie przede wszystkim, pozostanie dla mnie na zawsze Jackiem Jacksonem z jednego z moich najukochańszych seriali - "Filarów Ziemi" (których recenzję możecie przeczytać o TU). Redmayne zagrał mojego ulubieńca z taką gracją i naturalnością, że miałam wrażenie, jakby po prostu urodził się dla tej roli. Tak się też zresztą sprawa miała z jego rolą Angela Clare'a w serialowej ekranizacji jednego z największych klasyków światowych - "Tess D'Urbervilles", po którą zresztą mam zamiar sięgnąć również w formie papierowej. 

Gdzie jeszcze widziałam Eddiego, oprócz wspomnianych wyżej seriali? W filmach takich jak: "Hick" gdzie pojawił się u boku Chloe Mortez i Blake Lively, znanej z "Plotkary" na przykład, dalej Eddie pojawił się w "Czarnej śmierci", gdzie grał też Sean Bean, a całość skupiała się na tytułowej dżumie i... zmaganiu się z własnymi demonami.

Poza tym, byli jeszcze cudowni "Nędznicy" gdzie Eddie wcielił się w rolę Mariusa i nie zawiódł, bo to oczywiście mój cudowny ulubieniec. No i warto tu jeszcze wspomnieć "Kochanice króla" - film pewnie dobrze znany, większej części z was. ;) Ja jednak zawsze, będę polecać "Filary Ziemi" jeśli o tego aktora chodzi. Bo nie dość, że serial jest absolutnie rewelacyjny, to jeszcze rola Eddiego... Zastanówcie się nad tą produkcją, okej? 



źródło

Do Thomasa to mam autentyczną słabość. Naprawdę. A głównie jest to spowodowane jego pięknymi, brązowymi oczami, w które mogłabym się wpatrywać godzinami, gdyby dano mi taką możliwość. Nieeee, absolutnie nie sugeruję, żebyście pomogli mi w planie "przymusowy ślub Sherry z Thomasem". Gdzieżbym śmiała?

W każdym razie, Tommie ma lat dwadzieścia cztery (co - nie uważacie: jest dobrym wiekiem dla partnera Sherry?) i talent godny pozazdroszczenia. Pierwszy raz widziałam go w filmie "Ostatni legion", gdzie zagrał u boku innego mojego ulubieńca, a mianowicie Colina Firtha, o którym wspominałam, o tutaj. W każdym razie, film jest świetny, a Thomas wcielił się w rolę Romulusa Augustusa, czyli ostatniego cesarza Rzymu. Produkcja naprawdę jest godna zobaczenia, także serdecznie zachęcam do obejrzenia.

Poza tym, młodszego Thomasa widziałam w komedii romantycznej: "To własnie miłość", gdzie pojawił się u boku naprawdę wielu sław. Fani tego typu produkcji, powinni również na ten tytuł zwrócić uwagę. Nie można tutaj też nie wspomnieć o superprodukcji "Gra o Tron". Fani z pewnością to właśnie z tego serialu kojarzą młodego Brodie-Sangastera. 

A i tak najlepsze zostawia się na koniec :) Thomasa pokochałam ostatnimi czasy jeszcze bardziej bo zagrał w ekranizacji jednej z moich ukochanych książek, czyli oczywiście w "Więźniu Labiryntu"! Poza tym, wcielił się w rolę Newta, który jest jednym z moich czterech ulubionych bohaterów z całej trylogii! I zagrał oczywiście wspaniale. W końcu to Thomas, nie? 



źródło
16. Nathan Fillion

W tym przypadku akurat, nie będę się może za bardzo rozpisywać, bo tego czterdziestotrzyletniego pana uwielbiam głównie przez wzgląd na jedną jedyną rolę, więc... Możecie odetchnąć z ulgą - postaram się zapanować nad bezsensowną tyradą :D

Zastanawiacie się pewnie, czy fakt, że widziałam jedną sensowną produkcję z Nathanem, aktor ten na pewno zasługuje na umieszczenie go na liście "ulubieńców". Śmiem gorąco zapewnić, że owszem. Bo mimo, że to jeden serial to... JAKI! "Castle" ostatnimi czasy ponownie zawdładnął serialomaniakami (w tym oczywiście Sherry), ponieważ doczekał się startu siódmego sezonu! A oczywiście fani (patrz Sherry) są zachwyceni powrotem swoich ulubieńców! Ogólnie rzecz biorąc, podejrzewam, że kiedyś napiszę całą recenzję odnośnie tej produkcji, a na razie po prostu wspomnę, dlaczego pokochałam Nathana za rolę tytułowego bohatera, wspomnianego wyżej, kryminalnego serialu.

Castle jest... sarkastyczny. Inteligentny. Dowcipny. Czarujący. Zabawny. Sprytny. Bystry. Atrakcyjny. Ma równie świetną jak on sam córkę. I zabawną matkę. I słabość do pięknych kobiet oraz spraw kryminalnych. A wspomniałam już, że jest pisarzem? Nathan oddał wszystkie cechy swojej postaci i sprawił, że naprawdę nie da się dla niego głowy nie stracić. :)

Poza tym, Fillion wystąpił też nie tak dawno temu, w kontynuacji "Percy'ego Jacksona" czyli w "Morzu potworów", gdzie zagrał Hermesa.



źródło
17. Matt Bomer

Ma trzydzieści siedem lat. Stanowi ideał dla wielu kobiet. I niestety jest gejem. Przykro mi, moje panie (tak naprawdę sama siebie pocieszam, także wybaczcie :(), ale Matt, który był nawet brany przez fandom "Pięćdziesięciu twarzy Greya" do ekranizacji do roli samego Greya, mimo że jest tak niesamowicie atrakcyjny, nigdy nie będzie należał do żadnej z nas. Ale w końcu można marzyć, tak?

W każdym razie, ja zakochałam się w panu Bomerze przez jeden z moich najukochańszych seriali (tak swoją drogą, kiedyś zrobię wam całą listę ów produkcji. Możecie mi wierzyć, że będzie... długa ^^), a mianowicie "White Collar" - polskie "Białe kołnierzyki". Kto lepiej od Matta wypadłby bowiem w roli czarującego, seksownego fałszerza, który zaczyna współpracować z FBI? Sama postać Matta - Neal to ucieleśnienie snów i gwarantuję wam, że jeśli włączycie sobie "White Collar" to co chwilę będziecie wybuchać śmiechem, chichotać, lub - (jak Sherry) niemal ślinić się do ekranu bo... No. Neal właśnie. To znaczy Matt. Matt Bomer.

Może ktoś kojarzy też Matta z filmu "Wyścig z czasem"? W sumie to mógłby być teraz na topie, bo w końcu akcja toczy się w przyszłości. :) Albo inny tytuł? "Magic Mike"? Zobaczenie Matta bez koszulki naprawdę jest niezapomnianym przeżyciem ^^ Poza tym, w tym filmie pojawił się obok uwielbianego przez (niemal) wszystkich (bez Sherry) Channinga Tatuma, czy też Alexa Pettyfera. Zacne grono czyż nie?




Także to wszystko.
Życzę wam miłego weekendu.
Pozdrawiam,
Sherry


część 1
część 2
część 3


____________________
A odnośnie Targów w Krakowie. Sherry koniec końców jedzie na Targi w niedzielę, szczegóły od której godziny się tam pojawię i mniej więcej przy jakich stanowiskach będę się kręcić, pojawią się jutro na facebooku, zarówno na fanpejdżu Feniksa, jak i na moim profilu. Także ten.


środa, 22 października 2014

Dziesięć płytkich oddechów - K.A. Tucker

źródło
Ten Tiny Breaths
Dziesięć płytkich oddechów, tom 1
Wydawnictwo Filia, 18 czerwca 2014
Liczba stron: 421

Czasem to co wygląda na skomplikowane,
jest czymś najprostszym...


źr.
Podobno fizycznie niemożliwe jest, by ktoś kto cierpi na Zespół Stresu Pourazowego mógł przetrwać bez rozmowy, pomocy lub ucieczki w jakieś dodatkowe hobby, które mogłoby zapełnić jego czas i myśli. Postępowanie głównej bohaterki kolejnej New Adult, z jakim miałam do czynienia, udowadnia, że ta teza jest prawdziwa. Bo Kacey jakkolwiek nie zaprzeczałaby, ma naprawdę wielki problem. Z przeszłością. Z teraźniejszością. Z ponuro zapowiadającą się przyszłością.

"- Oddychaj - mawiała mama. - Dziesięć płytkich oddechów... Przyjmij je. Poczuj je. Pokochaj je."

sobota, 18 października 2014

"Boski kompas" - SQuire Rushnell

źródło
Boski kompas
Jak chwile, gdy Bóg mruga,
wyznaczają kierunek życia

Autor. SQuire Rushnell
Wydawnictwo: Illuminatio
Liczba stron: 280

Publikacja SQuire'a Rushnella, mimo takiego a nie innego tytułu - nie jest książką religijną. Jak sam autor podkreślił, jest to książka duchowa, mająca na celu zbliżenie nas zarówno do Boga, jak i do celów, które sami sobie wyznaczyliśmy. Rushnell bez zbędnego moralizowania, porównuje Boga do Nawigatora, do którego zawsze możemy zwrócić się z prośbą o wskazanie odpowiedniej drogi i pisze o tym, że każdy z nas, powinien w sobie odnaleźć, swój własny GPS.

źródło
Muszę przyznać, że raczej rzadko sięgam po tego typu publikacje, ale ta do mnie od początku przemawiała. Po skończeniu jej, nasunęło mi na myśl, że to książka idealna dla fanów Reginy Brett, ponieważ również sprowadza nas na lepszą, duchową ścieżkę. Cała publikacja podzielona jest na kilka części. SQuire wytycza nam siedem kroków, które przybliżą nas do upragnionego celu, oraz Stwórcy. Rozdziały są przejrzyste, a całość czyta się niezwykle lekko, ponieważ zamiast filozoficznej, męczącej tyrady, autor przygotował dla nas kilkanaście opowieści z życia różnych osób, w ten sposób, udowadniając, że tak zwane "Boskie mrugnięcia" przydarzają się każdemu z nas. Nienachalny, lekko uczący styl autora sprawia, że po każdej, kolejnej historii i poznaniu losów kolejnych ludzi, czytelnik ma ochotę zatrzymać czas i porozważać o tym, o czym właśnie przeczytał. Poza tym, żeby łatwiej było nam uwierzyć w autentyczność wszystkich przedstawionych opowieści i osób, autor przytacza dowody i argumenty, z którymi nawet ja, nie śmiałam się kłócić.

Myślę, że każdy z nas, kojarzy nazwisko Steve'a Jobsa - wizjonera, który był współzałożycielem firmy Apple. SQuire Rushnell choćby na jego przykładzie, a także wielu innych ludzi, udowadnia, że każdy z nas - choćby nie był tego świadom, doświadcza Boskiej obecności, Boskiej ingerencji w nasze życie. Zaprzecza tezie, że światem rządzi przypadek i pozwala nam zbliżyć - naprawdę się zbliżyć do Boga.

Ja osobiście, poczułam niesamowitą satysfakcję i motywację do działania, po przeczytaniu tej publikacji. Od razu zapragnęłam wcielić w życie siedem kroków, mających poprawić mój kontakt ze Stwórcą, a tym samym ułatwić mi życie.

Nie twierdzę, że wy wszyscy, doznacie jakiejś duchowej przemiany po zaznajomieniu się z tym tytułem, jednakże, myślę że warto się z nim zaznajomić i przekonać się na własne oczy, że codziennie doświadczamy kolejnych cudów, choć nie jesteśmy ich w pełni świadomi. Każde spotkanie, każda nowo poznana osoba, nie pojawia się bowiem w naszym życiu przypadkowo. A modlitwa ZAWSZE jest wysłuchiwana. I Bóg zawsze na nią odpowiada. Tyle, że nieraz nie od razu. A dlaczego tak jest? Odpowiedź na to pytanie, znajdziecie właśnie w "Boskim kompasie".

Nie wierzycie? W takim razie, zachęcam do poznania publikacji SQuire'a Rushnella. Nie bójcie się nastawić swoich własnych GPS'ów, na drogę szczęścia i spełnienia.

8/10
Pozdrawiam,
Sherry

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego,
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Illuminatio.


środa, 15 października 2014

Urodziny. Feliz cumpleaños, Sherry!

źródło
Cześć!

Wiecie kto ma urodziny 15 października? Mesut Özil! A wiecie czemu ten niemiecki piłkarz tureckiego pochodzenia jest jednym z moich ulubionych piłkarzy? (Nie licząc jego talentu, faktu, że poznałam go w drużynie, którą kocham i... paru innych rzeczy?) Bo ma urodziny w ten sam dzień co Sherry!

W każdym razie, Özil dziś świętuje swoje dwudzieste szóste urodziny, natomiast ja - osiemnaste. Tak czy inaczej, jestem przekonana, że byłaby z nas cudowna para, dlatego naprawdę nie potrafię zrozumieć moich znajomych, którzy mówią, że chrzanię bez sensu i moje marzenia nigdy nie dojdą do skutku. Pf!

A niby po co są marzenia?

Tak czy inaczej. Nie mam zamiaru pisać jakiegoś sprawozdania swojego życia, czy też wewnętrznej spowiedzi, bo nie czuję się jakoś inaczej, jakkolwiek magiczna liczba osiemnastu nie wydawała się niezwykła.


Ale obiecałam wam niespodziankę. I wiecie co? Możecie ją zawdzięczać mojemu bratu, także teraz w komentarzach wszyscy piszą: "DZIĘKUJEMY BRACIE SHERRY!" :D

A tak serio. Mam dla was konkurs (którego pomysłodawcą jest brat). Bo dobre jest otrzymywanie prezentów, ale jeszcze lepsze dawanie ich. I w to moje święto pragnę podzielić się z wami swoją radością. :) Już teraz powiem wam co jest do wygrania, a mianowicie książka: "Przebudzenie Arkadii", którą recenzowałam dawno temu, o tutaj

Egzemplarz konkursowy będzie nowy, nieużywany, kupiony specjalnie w ramach nagrody. I wiecie co? Dołączę do paczki jakiś miły list z podpisem (autografem) Sherry. Bo wiadomo, że po książkach się NIE PISZE. 

A co trzeba zrobić, żeby wygrać "Przebudzenie Arkadii"?

Zasady:
1) Musicie być obserwatorami Feniksa (w końcu Sherry da niespodziankę tylko swoim ludziom :))
2) Musicie mieszkać na terenie Polski
3) W razie wygranej, musicie odpowiedzieć na mejl ode mnie, w ciągu pięciu dni od ogłoszenia wyników
4) Miło by było, gdybyście dali znać na swoich blogach innym, o moim konkursie (tu banerek sugeruję), ale nie jest to obowiązkowe
5) W komentarzu KONIECZNIE musicie podać adres e-mail
6) Musicie odpowiedzieć na pytanie konkursowe (w końcu nic nie przychodzi łatwo)

Pytanie:
Napisz wyjątkowe słowo, lub słowa (zdanie), które kojarzą ci się z Sherry. Po prostu. Zaskoczcie mnie czymś (i mojego brata).

7) Konkurs trwa od 15 października (urodziny!) do 31 października
8) W ciągu siedmiu dni po zakończeniu konkursu (być może w notce podsumowującej październik) pojawią się wyniki konkursu
9) Zwycięzce wybierze specjalna komisja w postaci Sherry i pomysłodawcy idei konkursu urodzinowego - brata Sherry



To chyba wszystko, co chciałam napisać. Idę świętować cudowne urodziny z podręcznikiem od matematyki, bo jutro mam kolejną randkę ze szkołą (szalona osiemnastka). Niemniej, życzę wam miłego dnia.

Pozdrawiam!
Sherry

I Dylan z prezentem dla Sherry! <3

źródło
źródło

niedziela, 12 października 2014

Dar Julii - Tahereh Mafi

źródło
Dar Julii
Tahereh Mafi

Oryginał: Ignite Me
Trylogia: Dotyk Julii, tom 3 (finał)
Wydawnictwo: Moondrive
Data wydania: 21 maja 2014
Ilość stron: 384

Uwaga! Ci którzy nie czytali poprzednich tomów trylogii, proszeni są o pominięcie pierwszego akapitu recenzji, w związku ze małymi spoilerami odnośnie "Dotyku Julii" i "Sekretu Julii".

Znaleźć ukojenie...
Ignite, my love. Ignite.

źródło
Ostatnie wydarzenia sprawiają, że Julia - uznawana przez wszystkich za martwą, przebywa w kwaterach z Warnerem, który uratował jej życie, po tym jak została postrzelona. I mimo, że najbezpieczniejszą opcją byłoby ukrywanie się przez resztę życia, dziewczyna decyduje się zabić Andersona, obalić Komitet Odnowy i tym samym, umożliwić społeczeństwu lepsze funkcjonowanie. Plan jednak nie jest idealny, ani dopracowany, a do rozpętania wojny, potrzeba jej sprzymierzeńców. A Punkt Omega został zniszczony. I jedyną osobą, na którą Julia może liczyć okazuje się... Warner, którego większość uważa za apodyktycznego drania. Ostatni tom trylogii może przynieść ukojenie lub śmierć. Może dać pannie Ferrars wszystko, albo odebrać najważniejsze. Przed Julią wiele wyborów, w tym ta, dotyczącasnych uczuć. Czy w obliczu nieuchronnej wojny, główna bohaterka będzie w stanie podjąć odpowiednie decyzje?

Słowa, myślę sobie są takie nieprzewidywalne. Żaden pistolet, miecz, armia ani król nie mogą się mierzyć z potęgą jednego zdania. Miecze mogą ranić i zabijać. Słowa zagnieżdżają się w naszych ciałach i pasożytują w nich jak robactwo. Niesiemy je ze sobą w przyszłość, nie mogąc się od nich uwolnić.

źródło
Ci, którzy mieli styczność z moimi recenzjami poprzednich tomów trylogii, z pewnością już zorientowali się, że darzę tę serię, a także autorkę, wielkim przywiązaniem i swego rodzaju uwielbieniem, bo w końcu każdy cykl, posiadający bohatera, w którym się zakochuję, jest coś wart. Ale proza Tahereh Mafi sama w swojej prostocie jest piękna i niesamowita. Mimo, że autorka lokuje akcję swoich powieści w dystopijnym świecie, gdzie książki zostają niszczone, aby tylko ludzie nie byli zbyt mądrzy, by się przekonać, że mają szansę na uwolnienie spod dyktatorskiej władzy, dodaje ponurej rzeczywistości tyle cudownych uczuć i emocji, że nie sposób nie zatracić się w treści. Cała trylogia nie jest idealna, w końcu zaliczana jest do literatury młodzieżowej, ale z całą pewnością mogę powiedzieć, iż pomimo pewnej schematyczności, jest wyjątkowa. Trudno do zdefiniować, a także dobrze uargumentować, bo jednak antyfani młodzieżówek, takowymi pozostaną, ale ci, którzy nadal uwielbiają zaczytywać się w dystopiach i w cyklu o Julii, dostrzegą coś unikalnego i niesłychanie intrygującego. 

To pocałunek, który każe gwiazdom wspinać się na niebo i rozświetlać świat. Taki, który trwa wiecznie, a jednocześnie nie trwa ani chwili.

źródło
Przede wszystkim, to co odróżnia styl Tahereh Mafi od pozostałych autorek dystopii, to cudowny, chwilami poetycki język, dzięki któremu po kończeniu kolejnych tomów, kartki z ulubionymi cytatami, zapełniają się nowymi słowami. Proza pani Mafi, przez tą barwność i odmienność, sprawia wrażenie dojrzalszej i bardziej oryginalnej od reszty. Ale to co jest najważniejsze, to fakt, że dzięki niesamowitemu stylowi, książkę się wchłania, kolejne zdania migają nam w oczach, a aspekt psychologiczny wciąż przewija się ze zwrotami akcji, utkaną - niczym delikatna pajęczyna - fabułą, czy dynamizmem i płynnością łączącym to wszystko w jedno. Poza tym, kreacja bohaterów zachwyca. Dla mnie, jako osoby, która nader wszystko ceni sobie dobrze wymyślone postacie, niepozbawione życia i specyficznych zachowań, to prawdziwy dar od losu, znaleźć kolejną książkę, gdzie pisarz przyłożył się do swojej pracy. Kolejnym plusem, a także ulgą na moje zbolałe serce romantyczki, jest wątek miłosny, tak pięknie wykrojony, tak pięknie zlewający się z tłem, tak pięknie... wpleciony w fabułę, tak niebanalny, że naprawdę. Trylogia o Julii na stałe wpisała się w moją pamięć. 

Wolę zginąć, domagając się sprawiedliwości, niż umrzeć samotnie w więzieniu, które sama sobie stworzyłam.

źródło
W tej chwili muszę też wspomnieć właśnie o głównej bohaterce. W pierwszym tomie, Julia była zagubioną, grzeczną dziewczynką, pozbawioną nadziei, która w drugiej części trochę ewoluowała i mimo naiwnych decyzji, czytelnik mógł obserwować pewien rozwój tej postaci. "Dar Julii" przyniósł ze sobą bohaterkę tak inną, od tej, z którą mieliśmy jak dotąd do czynienia, że prawie skakałam ze szczęścia przy czytaniu. Bo mimo, że cudownie czytało się rozmyślania ponurej Julii, z dwóch pierwszych tomów, to jednak fakt, że na koniec stała się tak silna i tak bardzo dojrzała sprawia, że Tahereh Mafi jeszcze bardziej zyskuje w moich oczach. Nie tylko Julka jednak, przechodzi zmianę. Finałowy tom przynosi odpowiedzi, odkrywa tajemnice i pozwala dostrzec głębię Warnera, co oczywiście wpływa na to, że moja miłość do niego nie może być bardziej pełna i niepokojąca. Inaczej się ma sprawa z Adamem. O ile w drugiej części naprawdę mdliło mnie od jego obecności i dziwnych, zaborczych, infantylnych zachować, o tyle w trzeciej miałam autentyczną ochotę go zabić. Jedyne słowa, które mi przychodzą na myśl, gdy jego imię pojawia się w mojej głowie to: drań, fałszywy dupek i arogant, żeby nie przytoczyć mniej niecenzuralnych słów. Oficjalnie zatem oświadczam, że o ile moja miłość do Warnera osiągnęła apogeum, o tyle do Kenta straciłam ostatnie resztki szacunku. Bo dwulicowości to ja nigdy nie byłam w stanie znieść.

Wszystkie chwile świata padają trupem, bo właśnie się ocknęły i zrozumiały, że nigdy nie będą takie ważne jak ta.

źródło
"Dar Julii" w swojej nie perfekcyjności był perfekcyjny! Mimo, że wielu czytelników narzeka na finał, z powodu otwartego zakończenia, ja nie potrafię sobie wyobrazić lepszego końca. Od pewnego czasu zaobserwowałam, że lubię nie wiedzieć nawet po przeczytaniu ostatniego zdania, co się stało dalej z bohaterami, bo to wszystko sprawia, że mnóstwo możliwych wizji pojawia się w mojej głowie. Ogólnie rzecz biorąc, "Dar Julii" podobał mi się, ponieważ było więcej Warnera, więcej pewnej siebie Julii, więcej Kenji'ego, którego uwielbiam oraz... mniej wiadomo-kogo. I choć jakaś część mnie czuje niedosyt, to wiem, że ten tom został moim ulubionym. A trylogia i sama Tahereh Mafi wpisuje się na listę moich ulubionych. I gwarantuję wam, że nigdy z niej nie zniknie. Bo tak cudownych trylogii tylko ze świecą szukać. Dlatego czytelnicy, apeluję. Czytajcie książki Tahereh Mafi. Zakochujcie się w Warnerze i Julii. I zapłońcie razem z nami.

8/10
Pozdrawiam,

Jesteśmy jak otwarcie i zamknięcie cudzysłowu, jak cudze słowa dożywotnio na siebie skazane. Więźniowie życia, którego żadne z nas nie wybrało.

źródło
______________________
Tak swoją drogą, dostałam parę wiadomości z pytaniami, czy nie wiem, czy aby ta część wcale nie była ostatnią w związku z otwartym zakończeniem. Po pierwsze: kurczę, nie wiecie jak strasznie mi miło, że tak bardzo polegacie na mojej wiedzy. Po drugie: znam odpowiedź na wasze pytanie! Otóż, oficjalnie mogę potwierdzić, że "Dar Julii", mimo takiego a nie innego finału, jest ostatnim. Autorka na swoim blogu napisała, że pożegnała się z uniwersum Julki, a teraz pracuje nad powieścią sensacyjną dla dorosłych, także... :) Nie załamujcie się jednak. Zamiast tego sięgnijcie po "Więźnia Labiryntu". Bo wiadomo. Minho zawsze spoko. :)
Poza tym, jeśli autorka zostawiła otwarty koniec, to zawsze jest nadzieja, że jednak kiedyś, kiedy zatęskni za Warnerem, powróci i może... może? Ale wiadomo. To tylko szalone domysły Sherry. :)



Książka przeczytana w ramach wyzwania "Okładkowe Love"