poniedziałek, 29 września 2014

Onyks - Jennifer L. Armentrout

źródło
Onyks
Jennifer L. Atmentrout

Cykl: Lux, tom 2/5
Wydawnictwo: Filia
Data wydania: wrzesień 2014
Liczba stron: 448

Uwaga! Ci którzy nie czytali "Obsydianu", proszeni są o pominięcie pierwszego akapitu recenzji, w związku ze małymi spoilerami odnośnie pierwszego tomu serii.

Hey, Kitten

Po wydarzeniach z ostatnich kilku tygodni, Katy wie, że nic już nie będzie takie samo jak wcześniej. W końcu nie każdy ma przyjaciół kosmitów, w tym jednego, z którym łączy ją jakaś dziwna więź... Ale wkrótce może się okazać, że Arumianie to był dopiero początek niebezpiecznej drogi, na którą wkroczyło rodzeństwo Black z nową sąsiadką. Może się okazać, że DOD to nie ich jedyny problem, a istnieją o wiele gorsze rzeczy niż zostanie odkrytym. Zwłaszcza gdy sekrety ujrzą światło dzienne i ci, po których człowiek by się tego nie spodziewał, okażą się największą zmorą... A nadzieja stanie się drogą ku śmierci.

piątek, 26 września 2014

"Cud chłopak" - R.J. Palacio

źródło
Cud chłopak
Autorka: R.J. Palacio
Oryginał: Wonder
Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 21.05.2014
Liczba stron: 416

Nauczmy się, być dobrym dla innych.

August Pullman to dziesięciolatek, który właśnie po raz pierwszy pójdzie do szkoły. Do tej pory, w domu uczyła go matka, ale ta sama osóbka zdecydowała, że Auggie musi w końcu zmierzyć się ze światem. Jego życie nie było do tej pory usłane różami, ze względu na fakt, że twarz, w wyniku zmieszania się dwóch genów, jest zdeformowana, a chłopaczek ma na swoim koncie już dwadzieścia siedem operacji. Jak poradzi sobie w szkole, gdzie będzie wystawiony na widok publiczny? Czy będzie umiał zmierzyć się ze swoją innością?

źródło
Ludzie mają irytujący zwyczaj oceniania po wyglądzie, zauważyliście? Zwracanie uwagę na estetykę czy fakt, czy dany człowiek jest zadbany to jedno, ale wyrzekanie się kogoś wyglądającego nie jak inni to już czyste okrucieństwo. "Cud chłopak" - R.J. Palacio do doskonały przykład na poparcie tezy, jak w gruncie rzeczy, ludzie są nietolerancyjni i zmieszani, jeśli mają styczność z czymś co nie jest takie jakie powinno być. Jak często matki zabierają swoje dzieci od innego dzieciaczka, jeśli tylko zobaczą, że wygląda gorzej od ich własnych? Jak często same dzieci wyśmiewają swoich rówieśników, którzy mogą być bardziej pulchni, czy noszą okulary?

Nie oceniaj książki ludzi, po okładce wyglądzie

źródło
Auggie Pullman stanowił w książce przykład na to, jak cywilizowane społeczeństwo zmienia się pod wpływem kogoś wyróżniającego się z tłumu. Główny bohater powieści, rzucony na głęboką wodę, musi poradzić sobie z odrzuceniem ze strony rówieśników, z faktem, iż prawdopodobnie jego życie nigdy nie będzie "normalne", a także z tym, że jego najbliżsi także toczą swoje własne życie. Autorka podzieliła swoją książkę na parę części, które były prowadzone z różnych narracji, dzięki czemu oprócz poznania perspektywy samego pokrzywdzonego - czyli Augusta, mogliśmy poznać sposób myślenia także osób go otaczających. Każda nowa perspektywa dawała nam świeże światło na problematykę utworu, jaką jest oczywiście ocenianie innych po wyglądzie oraz nieakceptowanie "inności".

"Tak na marginesie, mam na imię August. Nie powiem wam, jak wyglądam. Cokolwiek sobie wyobrażacie, w rzeczywistości jest pewnie gorzej."

źródło
Mimo, że powieść skupia się na postaci dziesięciolatka, jest nad wyraz dojrzała, ponieważ to nie wiek bohatera miał najistotniejsze znaczenie w "Cud chłopaku". Dojrzałe podejście do tematu autorki sprawiło, że nie dość, iż przedstawiła naprawdę wspaniałą, nad wyraz przyjemną w odbiorze książeczkę, to jeszcze zawarła w niej pewne przesłanie, które uczy, wytyka prawdziwą naturę człowieka, a także w pewien sposób moralizuje, choć niczego nie narzuca. Piękno historii brzydkiego Augusta sprawia, że w gruncie rzeczy, przywołujemy sobie w myślach bajkę o "Brzydkim kaczątku". Tym razem nie ma pięknego happy endu, w którym August zmienia się w urodziwe dziecko - bo opowieść ma podłoże realne, ale pani Palacio uczy, że nie ważne jak bardzo bylibyśmy uprzedzeni do kogoś tylko ze względu na wygląd, powinniśmy poświęcić trochę czasu na jego poznanie, bo może się okazać, że pod niezbyt piękną powłoką, skrywa się piękne wnętrze.

"Jeśli możesz dać dowód albo swojej racji, 
albo dobroci, 
daj dowód swojej dobroci."

źródło
"Cud chłopak" jest po prostu piękną opowieścią. Przepiękną. Wyjątkową, unikalną i całkowicie urzekającą. Mimo, że nieprzyjemne czyny różnych postaci w książce, brutalnie sprowadzają umysł czytelnika do rzeczywistości dzisiejszego świata, to jednak nie zmienia faktu, że powieść jest... absolutnie cudowna! Nie miałam pojęcia czego się po niej spodziewać, kiedy przystępowałam do pierwszych rozdziałów, ale z czasem zorientowałam się, że kolejne strony po prostu przepływają przed moimi oczami, a "Cud chłopaka" się wręcz wchłania, a nie czyta.

Wraz z treścią oraz kolejnymi przygodami i zmaganiami Augusta z rówieśnikami, docierały do mnie różne wskazówki moralne, przetkane przez autorkę z fabułą, niczym różnokolorowe nitki, tworzące jedną całość. Gdy w pełni poczułam, wraz z Auggie'm, okrutność innych, poczułam wstyd. Wstyd za siebie, wstyd za innych, bo uświadomiłam sobie, że nie mam pojęcia jak ja sama zareagowałabym widząc kogoś takiego jak August, na korytarzu szkolnym.

źródło
Pani Palacio wzbudziła wszystkie moje emocje, począwszy od radości, po smutek, melancholię, nostalgię czy złość. Kreacja bohaterów czy samego świata była tak realna, że zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem cała historia nie jest autentyczna. Bo mogłaby taka być.

Przy "Cud chłopaku" nie umiałam powstrzymać łez wzruszenia. Historia mną absolutnie zawładnęła, poruszyła każdą czułą strunę, a na koniec sprawiła, że na długo po odłożeniu książeczki na półkę, po głowie krążyły mi pozytywne, optymistyczne myśli, a ja poczułam szczerą chęć do życia i... czynienia dobra. Z całą pewnością mogę więc dziś stwierdzić, że lektura była tego warta. Była warta wszystkiego. Dlatego mam nadzieję, że choć kilkoro z was poczuło się zainteresowanych powieścią po przeczytaniu mojej opinii. Naprawdę przykro by było, pozostawić coś tak autentycznie pięknego, na łaskę ignorancji.

Ta przejmująca historia odmienia Augusta. Odmienia inne postaci. Ale czy tylko ich? Bo czuję, że i ja zostałam zmieniona. Przeprogramowana na stuprocentową tolerancję i akceptację innych.

Polecam oczywiście.
9/10

Pozdrawiam,
Sherry


"To, co piękne, jest dobre,
a co dobre, 
będzie z całą pewnością piękne."
- Safona


wtorek, 23 września 2014

Film: Więzień Labiryntu

źródło
Oryginał: The Maze Runner
Ekranizacja powieści James'a Dashnera
Data premiery: 19.09.2014
Czas trwania: 1 godz. 53 min.

Już na wstępie pragnę zaznaczyć, iż recenzja będzie całkowicie subiektywna i prawdopodobnie przeładowana zwykłym chrzanieniem Sherry, która jest PSYCHOFANKĄ trylogii "Więźnia Labiryntu" i psychofanką Dylana O'Briena. O czym mogliście przeczytać tu.

Chyba więc nie muszę już mówić jakiej oceny możecie się spodziewać, co? Szykujcie się psychicznie na natłok gifów, mnóstwo tyrady, zero stylistyki w tekście i chaosu. CHAOSU.

Zapraszam.

źródło
źródło
źródło
Na ekranizację jednej z moich najukochańszych trylogii czekałam ponad 14 miesięcy. Premiera filmu początkowo miała mieć miejsce w roku 2013, niestety - jak widać - plan nie doszedł do skutku i tysiące psychofanów podobnych do Sherry, musiało jęknąć z zawodem. A później były teasery, zwiastuny, fanarty. I z każdym z nim, niecierpliwość się zwiększała, a Sherry skakała i piszczała coraz bardziej. I nadszedł czas. 19 września. Premiera wielkiego projektu, jakim miała być właśnie ekranizacja serii James'a Dashnera. Sherry wybrała się do Krakowa do kina i... i jest. I pisze. I... nie może poskładać myśli.

Every morning, when those doors open, the runners look for a way out. No one has ever survived a night in the maze.

Historia skupia się na postaci Thomasa, który pewnego dnia, budzi się w Strefie - miejscu otoczonym ze wszystkich stron zabójczym labiryntem. Nie jest pierwszym chłopcem, który ląduje w pułapce. Żaden ze Streferów nie pamięta niczego z życia przed uwięzieniem w labiryncie i nie ma pojęcia czemu znalazł się w Strefie, gdzie toczy się całkiem normalne życie. Streferzy stworzyli nową społeczność, podzielili się obowiązkami i zorganizowali. Do czasu Thomasa. Thomas burzy spokój. Thomas zwiastuje coś większego. Coś, co może być ratunkiem, bądź ostateczną zagładą wszystkich, łącznie z nim samym...

źródło
źródło
źródło
źródło
źródło
źródło
źródło
Wiecie co Wes Ball powiedział o obsadzie, kiedy zadano mu o nich pytanie? Powiedział, że gdy pierwszy raz przeczytał książkę, po prostu pomyślał o Kai Scodelario i wiedział, że to będzie jego Teresa - czyli jedyna dziewczyna w Strefie. I jestem bardzo szczęśliwa, że taka była jego wizja, bo nie dość, że uwielbiam tą dziewczynę dzięki serialowi "Skins" (może kiedyś zrecenzuję) to była... idealna. IDEALNA. Nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek mógł ją zastąpić.

Następnie Wes Ball wypowiedział się o Willu Poulterze, który wcielił się w rolę Gally'ego - jednego z najbardziej irytujących bohaterów trylogii. Wes Ball stwierdził, że był to kolejny aktor, który po prostu przyszedł mu sam do głowy do tej roli. Odnośnie samego Gally'ego to Will nadał mu takiej głębi, że nawet... rozumiałam jego postępowanie w filmie, podczas gdy w książce go zwyczajnie nienawidziłam...

Kolejnym w projekcie Wesa był Thomas Brodie-Sangster, który dołączył do obsady "wraz z procesem" jak to ujął Ball. Tego aktora kocham. Kochamkochamkocham. I pojawi się nawet w moim cyklu o "ulubionych aktorach"! Więc, oczywiście jestem zachwycona tym jak zagrał, kogo zagrał i... nie mogę się dopatrzeć w jego grze aktorskiej, żadnego negatywu! I teraz nie wiem czy to przez fakt, że tak bardzo go uwielbiam, czy po prostu był tak znakomity w swojej roli. W dodatku wcielił się w Newta! Bohatera, który w trylogii książkowej zyskał coś więcej niż moją sympatię. Zdecydowanie coś więcej...

Mój kochany Dylan O'Brien zyskał swoją rolę, bo ktoś podrzucił Wesowi Ballowi jego nazwisko, a gdy ten wpisał hasło w wyszukiwarce, spojrzał na jego zdjęcia, zobaczył fryzurę i powiedział: "TAK, TO BĘDZIE MÓJ THOMAS!", a więc teraz wszyscy chwalmy Zeusa za włosy Dylana, bo nikt inny do tej roli lepiej by się od niego nie nadawał. O ile Thomas w książce przez pewien czas był mi obojętny, to w filmie nie dano mi możliwości pozostawić go bez uczuć. Był taki... realny. Tak namacalny... Tak rzeczywisty... Dylan nadał swojej postaci coś takiego nieuchwytnego, że... to tylko świadczy o tym, jak wspaniałym jest aktorem! I dlaczego tak bardzo go KOCHAM.

źródło
źródło
źródło
"Out there’s the Maze. Everything we do—our whole life, Greenie—revolves around the Maze."

Film był genialny. GENIALNYGENIALNYGENIALNY. Przeładowany emocjami. Z napędzającą akcją. Z piękną grafiką. Z wizualnym mistrzostwem. Ze stylistyką godną Hollywoodu. Z aktorami z tak wielkimi umiejętnościami, że człowiek nie był w stanie tego wszystkiego pojąć.

Nie było szans, żeby fani książek się rozczarowali. NIE BYŁO. Bo nie dość, że naprawdę Wes Ball świetnie przeniósł "Więźnia Labiryntu" na ekran, to jeszcze zmieniając pewne wątki i elementy sprawił, że film był powiewem świeżości i pewnym dopełnieniem książki. Był tym, czym miał być. Cudownym widowiskiem. A moja reakcja po wyjściu z sali kinowej? "Nie zepsuli mi książki". Bo nie zepsuli. Wręcz przeciwnie. Dodali jej animuszu. Dodali jej... emocji. Akcji. Dramatyzmu.

Nie było mowy, żebym gdzieś tam, na sali kinowej przed ekranem - po prostu się w widowisku nie zakochała.

źródło
Od pierwszych minut zostajemy zaatakowani pustką, roztrzęsieniem i dezorientacją Thomasa - co niesamowicie oddziałuje na nasze emocje. Napięcie wzrasta z kolejnymi cennymi minutami, a my czujemy zachwyt i uznanie do Streferów, którzy potrafili zorganizować sobie życie, czujemy zmieszanie i zagubienie bo jesteśmy uwięzieni w Labiryncie, czujemy przerażenie i fascynację ciemnymi korytarzami, idealnym graficznie labiryntem i przerażającymi Buldożercami... A do naszych głów dobija się głos. Bo przecież D.R.E.S.Z. jest dobry...

Co mnie niesamowicie ujęło oprócz tego co już wypisałam? (Efekty specjalne, grafika, aktorzy, fabuła, świeżość, akcja?) To, że Wes Ball potrafił w dwie godziny przedstawić przywiązanie Streferów do siebie. Nie mam pojęcia jak mu się to udało. Sama czułam z nimi więź, czułam się z nimi pokrewieństwo godne rodzeństwa czy sojuszników. A przecież książka potrzebowała wielu, wielu stron...

Jednym minusem, który dostrzegłam był... Minho. O ile w trylogii ksiązkowej, jest to mój absolutny ulubieniec, którego nikt, nigdy nie zdetronizuje, to niestety w ekranizacji został pominięty, albo... inaczej przedstawiony i nie było jego... humoru. Ciętego języka. Ironii. JEGO.

źródło
źródło
źródło
Muzyka - bajeczna.
Aktorzy - wspaniali.
Dialogi - cudowne.
Postacie - wyraziste.
Grafika - nieziemska.
Efekty specjalne - mistrzostwo. 

To było tak niepokojące widowisko... Tak obłędne...

Ale pamiętajcie. Jestem tylko psychofanką. To opinia jedna z wielu...

I zakończenie. Bolesne. Wiedziałam, że to się stanie. Zginęli ci co mieli zginąć, przeżyli ci co mieli przeżyć. Ale i tak. Cios. Ból w sercu niepojęty. Obserwowanie tych dramatycznych scen było po prostu nie do zniesienia. Płakałam szczerymi łzami. A na koniec i tak wychodziłam z sali z uśmiechem na ustach. Bo to było piękne.

źródło
Koniec końców ocena to oczywiście celujący. Celujący z plusem. Dwoma. Trzema. Iloma chcecie. Ale nie oglądajcie filmu. Nie oglądajcie dopóki nie przeczytacie książki. Nie niszczcie mnie. Nie niszczcie siebie. Nie niszczcie Labiryntu. James'a Dashnera. Aktorów. Ekranizacji i tego wszystkiego co obłędne...

100000/10
Sięgnijcie po książki.

Pozdrawiam,
Sherry

Więzień Labiryntu | Próby Ognia | Lek na śmierć


PS! 21 WRZEŚNIA Wes Ball ogłosił, że premiera ekranizacji drugiej części, czyli "The Scorch Trials" - Polskie "Próby Ognia" będzie 18 WRZEŚNIA 2015!!!!!!!!!!!!

Chyba nie muszę mówić, że już piszczę z radości? I całkowicie ufam Wesowi w doborze nowych aktorów? (Szczególnie Brendy <3), tym bardziej, że w "Więźniu" spisał się genialnie?

źródło

_________________

A na koniec, mała-długa-foto-relacja. Bo przecież notka jest taka krótka... :D

Fot. Sherry
PREMIERAPREMIERAPREMIERA!!!!!!!!!
Fot. Sherry
Reklama Cinema City, tak bardzo...
Fot. Sherry
Fot. Sherry
Fot. Sherry
Fot. Sherry

Fot. Sherry
A to tak odnośnie już samego Krakowa <3
Fot. Sherry
Zbierałam się w sobie, by zbierać to zdjęcie już parę miesięcy ^^
I w końcu mam! Na tapecie <3
Fot. Sherry
W drodze powrotnej do domu...
Fot. Sherry
W drodze powrotnej part.2
Prawa zastrzeżone, ręka brata Sherry pozdrawia ^^
Przyznawać się kto dotrwał do końca mojego biadolenia? :D

sobota, 20 września 2014

"Lewiatan" - Scott Westerfeld

źródło
Lewiatan
Scott Westerfeld

Cykl: Lewiatan, tom 1/3
Wydawnictwo: Rebis
Data wydania: maj 2011
Liczba stron: 424

Scott Westerfeld to autor znany większości zapewne dzięki dystopijnej serii: "Brzydcy". "Lewiatan", otwierający całkiem nowy cykl, to steampunk, w którym autor przedstawia alternatywną wersję I Wojny Światowej, gdzie nie brak potężnych, bojowych maszyn Niemieckich, a także niezwykłych, żywych organizmów - wynalazków darwinistów. Kiedy najpotężniejsze mocarstwa Europejskie szykują się do wojny, gdzie znajdą swoje miejsce, nastoletni bohaterowie powieści?

źródło
Alek, a właściwie Aleksander, to syn arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i Zofii Chotek - tragicznie zamordowanych w Sarajewie. Przez fakt, iż śmierć jego rodziców stała się motorem napędzającym nieuniknioną wojnę, Alek musi uciekać z Austro-Węgier, zanim dopadnie go polityczna intryga, której miał być ofiarą. Dobrą opcją zatem, wydaje się dla niego neutralna Szwajcaria, jednak towarzyszący mu krok w krok wrogowie, zrobią wszystko, by złapać go zanim przekroczy granicę. Tymczasem Deryn Sharp podstępem zaciąga się do brytyjskich Sił Powietrznych i z czasem, ląduje na pokładzie "Lewiatana" - gigantycznego, powietrznego okrętu-wieloryba - jednego z wielu wynalazków darwinistów, łączących w sobie mechanikę i żywe organizmy. Gdy wybucha I Wojna Światowa, losy bohaterów krzyżują się w niesamowitych okolicznościach i to właśnie wtedy, zaczyna się także ich niebezpieczna, wspólna przygoda.

źródło
Słowem wyjaśnienia, śmierć arcyksięcia Franciszka i Zofii nie jest fikcją literacką. Również w naszej rzeczywistości, ich zabójstwo stało się powodem wybuchu I Wojny Światowej. Scott Westerfeld biorąc sobie za cel, stworzenie steampunku, obsadzonego w Europie, sprawnie połączył alternatywną przeszłość z przyszłością, dodając dawnym czasom, mnóstwo mechaniki i nowych wynalazków, do których być może - dążą współcześnie naukowcy. Steampunkowy świat Westerfelda zadziwia barwami i szarościami. Wraz z bohaterami możemy obserwować szykujące się do wojny mocarstwa, a podszyte intrygami i niebezpieczeństwami przygody Alka i Deryn sprawiają, że czytelnik nie może oderwać się od lektury. Naszą wyobraźnię, wspomagają także niesamowite ilustracje Keitha Thompsona, bez którego chyba nie byłabym w stanie sobie wyobrazić tych wszystkich, opisywanych przez Westerfelda wynalazków.

źródło
Bohaterowie to kolejny plus w powieści. Zostali wykreowani bardzo pomysłowo i jak to się mówi - z głową. Zarówno Alek, jak i Denryn, czy ich towarzysze, posiadają cechy sprawiające, że mimo kolejnych, pojawiających się na kartach powieści imion czy nazwisk, nie zapominamy kto jest kim, a charakterystyczne poczynania i sposoby myślenia poszczególnych osobników, także i nam zapadają w pamięć. Mnie osobiście, bardzo do gustu przypadł książę Aleksander. Chłopiec w krótkim czasie musiał z beztroskiego książątka zmienić się w dziedzica korony nad Austro-Węgrami, uciekającego przez spiskowcami i muszącego pogodzić się ze śmiercią rodziców. Jego poczynania wydawały mi się bardzo naturalne i rzeczywiste, co sprawiało, że czułam wręcz duchową więź z Alkiem, któremu oczywiście kibicowałam, ilekroć przeżywał jakieś niebezpieczne przygody czy porachunki z wrogami.

źródło
Deryn z kolei, to temat dość drażliwy. Przez pewien czas, imponowała mi. Jej pomysł, by podstępem zaciągnąć się do Sił Powietrznych, bardzo przypadł mi do gustu, tym bardziej, że dziewczyna miała wszystko dokładnie przemyślane. Z pewnością, w tej postaci, mogą spodobać się wam takie cechy jak odwaga, czy lojalność wobec przysięgi złożonej podczas wstępowania do grona kadetów. Także jej fascynacja lataniem, wynalazkami darwinistów, czy choćby wytrwałość zapadają w pamięć. Czemu jednak ja, jakoś w połowie książki, zapałałam ogromną niechęcią do tej postaci? Bo wydawała mi się naprawdę okrutna i protekcjonalna. Jej cięty język działał mi na nerwy, a fakt, że uważała się za jakiegoś idealnego-kadeta, tylko jeszcze bardziej pogłębiał negatywne uczucia, które względem niej żywiłam. Mimo wszystko, kreację bohaterów uważam za naprawdę olbrzymi plus, bo jak wspominałam - są to bohaterowie uniwersalni i wręcz... namacalni.

źródło
Pędząca akcja i kolejne przygody bohaterów, a także naprzemienna narracja Alka i Denryn sprawiają, że przez powieść mknie się niemal tak szybko, jak porusza się pożoga - maszyna bojowa, którą podróżuje młody książę. Styl pisania pana Westerfelda skupia całą uwagę czytelnika na wydarzeniach z książki, a piękne ilustracje dodają uroku całości. Co prawda opisy pewnych działań bohaterów i mechaniki były dla mnie średnio zrozumiałe, ale steampunkowy klimat wynagradzał wszystkie nieścisłości. Nie wiem czy książka spodobałaby mi się tak bardzo, jeśli wcześniej nie byłabym zakochana w gatunku, niemniej jednak mimo wszystko, "Lewiatana" serdecznie polecam, a ja z niecierpliwością wyczekuję spotkania z drugim tomem.



7/10

Pozdrawiam,
Sherry


środa, 17 września 2014

Primavera - Mary Jane Beaufrand

źródło
Primavera
Autorka: Mary Jane Beaufrand
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 2009
Liczba stron: 312

Ciekawe, co można ujrzeć, gdyby rozciąć mnie aż do serca?

Piętnastowieczne Włochy. Jeden z najbardziej zamożnych  rodów patrycjuszowski - Pazzi, knuje spisek przeciwko potężnej rodzinie Medyceuszy. W palazzo Pazzich, piękna Domenika - jedna z cór głowy rodziny, szykuje się do ślubu z Giulianem Medyceuszem. A najmłodsza przedstawicielka rodu Pazzi - Flora, przez rodziców i większą część starszego rodzeństwa traktowana jak służąca, według polecenia matki, która uważa ją za brzydką, głupią i niepotrzebną, ma udać się do klasztoru. Tymczasem niekochana, niedoceniona, wygadana, lekkomyślna dziewczynka, przypadkiem wpada na trop intrygi, która pogrążyć może cały jej ród. A ze wszystkich osób w palazzo, może zaufać jedynie swojej nonnie - babci, starszemu bratu, a także nowemu, młodemu gwardziście, przynoszącemu tajemniczy list od znamienitego osobnika...

"Primavera", dzięki pięknemu tytułowi i równie intrygującej okładce, przyciągnęła mój wzrok już jakiś czas temu. Uwielbiam książki młodzieżowe, a te osadzone w jakiś interesujących czasach - tym bardziej. Pani Beufrand, na miejsce akcji wybrała sobie renesansową Florencję, a w roli głównej bohaterki obsadziła najmłodszą przedstawicielkę, jednego z dwóch, najpotężniejszych rodów, ówczesnych Włoszech. Historia życia, snuta przez Florę, jest przeraźliwie smutna i melancholijna, a przy tym naprawdę pouczająca i piękna. Poprzez ukazanie kolejnych etapów sporu pomiędzy Pazzi a Medyceuszami, mamy możliwość bycia świadkami wielu tragedii, intryg, przemocy, ale i porywów serc. 

Całość oprawiona w cudownie bogatą, kolorową i piękną ramę czasową i zniewalające opisy Florecencji, robi naprawdę wielkie wrażenie, a z pozoru łatwa, naiwna i dość przewidywalna historia - w końcu to młodzieżówka - wcale nie jest tak głupia, jak mogłoby się to wydawać. Przede wszystkim, plusem w "Primaverze" będą bohaterowie, a jeśli nie "oni" w liczbie mnogiej, to na pewno narratorka powieści czyli młodziutka Flora. Spodziewałam się, że z jej dość młodym wiekiem i niechlubną reputacją w palazzo Pazzich, dziewczyna będzie działać mi na nerwy i... po części się nie myliłam, choć nic nie jest tak jednoznaczne jak mogłoby się wydawać.

źródło
Flora, a właściwie Lorenza, to urocza, odważna, choć także lekkomyślna, głupiutka i nawina dziewczyna, która ewoluować zaczyna wraz z czasem. Przyzwyczajona do surowego traktowania przez rodziców, przez całe dzieciństwo i etap wkraczania w dorosłość, stara się zdobyć ich uznanie. Nigdy niekochana, szuka ciepła i miłości, a walka o najbliższych w straszliwych wydarzeniach, które nadciągają, tylko powiększają jej więź z rodziną. Jej opowieść była tragiczna i naprawdę smutna. Nie zliczę sytuacji, kiedy współczułam, biednej, niedocenianej Florze, która dopiero odkrywała sekrety najbliższych, w tych także tych, którym ufała jak dotąd bezgranicznie. Bohaterka, ze swoimi słabościami i wadami, wydawała się tak realna, a jej życie tak namacalne, że wcale bym się nie zdziwiła, gdyby w "Primaverze" część zdarzeń pokrywała się z rzeczywistymi.

Trzeba oddać pani Beaufrand to, że naprawdę miała pomysł i świetnie poradziła sobie z piórem. Klimat renesansowej Florencji nie był przytłaczający, nie raził, a jedynie ubarwiał lekturę. Skrojone opisy wystarczały, by czytelnik mógł przenieść się wyobraźnią do piętnastowiecznych Włoszech, a tam przeżywać przygody wraz z młodziutką Florą. Oprócz tego, autorka operowała bardzo lekkim, przyswajalnym językiem, dzięki czemu lekturę pochłania się w zastraszającym tempie. Dodatkowe, wyjaśnione w przypisach słówka włoskie, tylko dodają uroku powieści, która jak na młodzieżówkę - wypadła w moich oczach naprawdę szalenie dobrze.

Przebaczenie sobie, przebaczenie innym, podążanie za marzeniami i nauka wzajemnej miłości, zaufania i nadziei - to wszystko, a także jeszcze więcej, czeka na tego, kto zdecyduje się wybrać w przygodę do Florencji, wraz z Florą, mityczną Chloris i pozostałymi bohaterami tajemniczej wiosny*...

7/10

Pozdrawiam,
Sherry



_______________________
* Primavera - z włoskiego: wiosna

sobota, 13 września 2014

Ratujmy nasze portfele!

źródło
Cześć!

Dziś w planach była recenzja, ale jako że ten weekend robi się naprawdę szalony, pozwoliłam sobie napisać notkę o temacie, który chciałam poruszyć już jakiś czas temu. Nie od dziś wiadomo, że zarówno amerykański BookTube, czy choćby goodreads ma swoje własne tagi, zabawy, wyzwania, które promują czytelnictwo i zachęcają do sięgania po literaturę. Polscy blogerzy i booktuberzy przenoszą część takich różnych idei także na naszą, rodzimą blogsferę, dzięki czemu mamy okazję poznawać coraz więcej wyzwań.

Niedawno natknęłam się na naprawdę świetną akcję, z którą chciałabym was zaznajomić. I od razu tutaj nadmienię, że nie chcę wam niczego narzucać, a tylko poddać pomysł, abyście mogli go przemyśleć. Nie będę wznawiać amerykańskiej akcji u nas - nie taki był mój zamiar, ale po prostu jestem ciekawa, co wy będziecie myśleć o tym, o czym dziś napiszę.

Zacznijmy zatem.


źródło
Większa część moich blogowych znajomych recenzentów ma problem książkocholika pod tytułem: "masa książek w kolejce - kolejne przybywają - kompletny brak czasu na czytanie". Sama mierzę się z tym od dawna i jakkolwiek chciałabym szybciej i częściej spędzać wolne chwile przy lekturze, to niestety nie mam na to zupełnie czasu. A dodając do tego jeszcze mój nałóg to wydawania wszystkich swoich oszczędności na nowe powieści, mamy katastrofę typu: "O RANY, JAK JA SIĘ WYGRZEBIĘ Z TYCH TYTUŁÓW?!" gwarantowaną.

Nie tak dawno temu, oglądając filmiki na YT, natknęłam się na znajomą, amerykańską booktuberkę, która wspomniała o pewnej, szalenie ciekawej akcji, o której nie mogę przestać myśleć. Stała się ona dla mnie pewnym drogowskazem do działania i muszę przyznać, że jestem strasznie zadowolona, że w końcu mogę jakoś kontrolować swoje zapędy nałogowozakuksiążkocholiczki (tak - wymyśliłam to słowo. Prawa autorskie przypisane. :))

A o czym mowa?

Nie wiem czy ta idea (bo wyzwaniem, ani tagiem, ani zabawą tego nazwać nie można) ma jakąś nazwę - prawdopodobnie tak, ale szczerze mówiąc za bardzo się w to nie wgłębiałam, bo wystarczyło jedynie jedno zdanie, a wszystko nabrało dla moich uszu sensu. 

Cały pomysł polega na tym, by stopniowo likwidować swoje czytelnicze zaległości i kontrolować kupowanie kolejnych tytułów, jakkolwiek trudne by się to nie wydawało. 

Jak to zrobić?

Pomysł jest prosty, łatwy i klarowny, a brzmi: "15 książek - jedna książka". Rozwijając myśl: w Ameryce, nie wiem czy wiecie - są bardzo tanie powieści. Naprawdę, tam można dostać nowe, świeżo wydane pozycje, w dużo niższych cenach od tych, które osiągają nowości w Polsce. Książkocholicy mieszkający w Stanach, mają więc mnóstwo okazji do robienia kolejnych zakupów. Tam, miesięcznie, ich liczba nowych przybytków opiera się głównie na końcówce: naście lub dzieścia. Czasami również dziesiąt. Więc kolejki, jak możecie się domyślić - rosną w zastraszającym tempie.

Ktoś więc wpadł na pomysł, by na piętnaście przeczytanych książek, przypadała jedna nowa, kupiona bez wyrzutów sumienia. Idea jest cudowna! Nie dość, że ma się motywację do czytania, to jeszcze jest się w stanie kontrolować swoje odruchy nałogowego książkozakupocholika!

źródło
Rozmyślając o tej idei, wpadłam na pomysł, by na nasze polskie standardy, portfele, ceny książkowe i liczbę pozycji w kolejkach czytelników, zamienić trochę reguły i u mnie, na pięć przeczytanych książek, przypada jedna, nowa, kupiona. 

Chodzi więc o to, że czytam pięć książek ze swojej kolejki i dopiero po ich przeczytaniu, mam prawo kupić sobie JEDNĄ, nową, kolejną. :) Muszę przyznać, że jestem zachwycona całym pomysłem i mam zamiar wprowadzić go do życia jak najszybciej. 

Tymczasem jestem ciekawa co wy myślicie o podobnej idei. Od razu mówię, że nie organizuję akcji, ani nic takiego. Po prostu jestem ciekawa co macie do powiedzenia o samym pomyśle i... kto wie? Może komuś nawet pomogę tym swoim wpisem? Może ktoś również spróbuje spróbować tego typu zasadę do swojego czytelniczego życia? 

Piszcie koniecznie.
Pozdrawiam,
Sherry

(Tamtararam! A jutro jadę do stolicy naszego zachwycającego kraju! Aż musiałam się pochwalić ^^)

źródło

środa, 10 września 2014

Ulubieni aktorzy - część 3

źródło
Cześć!

Tytuł posta widzieliście, więc wiecie co was dziś czeka. Kolejna dawka nazwisk aktorów, za którymi Sherry szaleje. Tym razem panów będzie pięciu, także zapraszam.

źródło

David Belle jest francuzem, który w dodatku parę miesięcy temu, skończył czterdzieści jeden lat. Jak to możliwe - możecie zapytać? Nie mam bladego pojęcia, bo mnie osobiście, ten facet w ogóle nie pasuje do wieku czterdzieści +. W każdym razie, pan Belle to nie tylko utalentowany (i przystojny - nie próbujcie zaprzeczać) aktor, ale także uważa się go za twórcę takiej dyscypliny jak parkour, o którym pewnie już słyszeliście. Jakby ktoś nie jednak nie wiedział cóż to takiego, to - opierając się na cioci Wiki, pragnę przypomnieć iż jest to pewna aktywność fizyczna, w której należy w jak najszybszym czasie pokonać przeszkody na drodze/trasie. Najczęściej z parkourem wiąże się skakanie/salta i inne akrobatyczne cuda. 

Davida poznałam dzięki takiemu filmowi jak "13 dzielnica", która dzięki niemu, świetnej akcji i przemyślanej fabule, stała się jednym z moich ulubionych filmów. Zresztą kontynuacja, czyli "13 dzielnica. Ultimatum" wcale nie była gorsza! Postać Leito, którego grał właśnie David, to po prostu ucieleśnienie moich snów. Belle'a widziałam także w amerykańskim remake'u "13 dzielnicy" czyli "Brick Mansions. Najlepszy z najlepszych", gdzie David grał u boku Paula Walkera. To właśnie ten film, był jego ostatnim. Ale muszę przyznać, że zawiodłam się na nim, bo niestety do pięt nie dorasta francuskiemu pierwowzorowi. Niemniej, Davidowi nie można odmówić talentu, a mnie on zdecydowanie przypadł do gustu i do dziś śledzę jego karierę aktorską, wyczekując kolejnych projektów.


Wyżej trailer "13 dzielnicy", którą serdecznie polecam.


A tu mamy zwiastun amerykańskiego remake'u.

źródło
9. Evan Peters I

Evan Thomas Peters ma dwadzieścia siedem lat (choć w ogóle na tyle nie wygląda) i jest jednym z najbardziej uroczych aktorów, choć niestety nie jest zbyt sławny. Postanowiłam więc troszkę dziś o nim napisać, a nuż zainteresuję was produkcjami, w których można zobaczyć tego chłoptasia?

Przede wszystkim Evana zna każdy fan seriali z serii American Horror Story czyli: podstawowej i pierwszej "AHS", gdzie grał przerażającego, ale niesamowicie pociągającego i tajemniczego Tate'a, dla którego straciłam głowę, "AHS. Asylum", gdzie z kolei wcielił się w rolę Kita Walkera, a cała akcja działa się w szpitalu psychiatrycznym, więc Asylum było przerażające i wręcz obłąkańczo dobre. Dalej mamy "AHS. Sabat", gdzie Evan grał Kyle'a który był... uch! Nie zdradzę! Ale fani serii AHS nie mogli czuć się zawiedzeni, zwłaszcza, że znów pojawił się u boku Taissy - tak jak w pierwszym AHS. A nie wiem jak inni, ale ja uwielbiam ich razem... W każdym razie, Evana mogli także ostatnio podziwiać fani X-Menów, bowiem wystąpił w najnowszej produkcji z serii, czyli "X-Men. Przeszłość, która nadejdzie". Muszę przyznać, że dla jego postaci po prostu straciłam głowę... No, ale można było to przewidzieć, czyż nie? Ja osobiście, widziałam go także w dość kiczowatym filmie: "Piżama party", ale szczerze powiedziawszy, mam ochotę zapomnieć, że coś takiego oglądałam...

A gdzie Evan pojawi się już wkrótce? Fani American Horror Story! Z całą pewnością ucieszy was fakt, że Peters znów pojawi się w najnowszym wydaniu serii, czyli "AHS. The Freak Show"! A cała akcja będzie się toczyć w cyrku, więc będzie supermrocznie i super... fajnie! Jak zwykle przy AHS. :) Poza tym, Peters znów pojawi się jako jeden z X-Menów, w "X-Men. Apocalypse"! Tych, którzy jeszcze z Evanem i serią AHS do czynienia nie mieli, pragnę serdecznie zachęcić do oglądania! Być może kiedyś skuszę się nawet na recenzję poszczególnych AHS. A co mi tam. :) Dla Evana wszystko.




źródło
10. Jonathan Rhys Meyers

Nie no, tego pana MUSICIE przynajmniej kojarzyć. Błagam, nie mówcie, że pierwszy raz słyszycie to nazwisko, bo chyba stracę wiarę w ludzkość. W każdym razie, Jonathana uwielbiam bo niemal wszystkie filmy/seriale, w których on występuje, od pierwszych minut pochłaniają moją uwagę, a koniec końców lądują na liście ulubionych. Poza tym, facet jest czarujący i naprawdę... interesujący w swojej grze aktorskiej.

Gdzie go widziałam i co polecam? Przede wszystkim - jego główny projekt, czyli OBŁĘDNY serial "Dynastia Tudorów", którego kocham miłością najczystszą i polecam z całego serca, nawet jeśli historia was nie obchodzi. Te intrygi, bohaterowie, miłości, zdrady, śmierć, namiętność! A w tle niesamowicie niebezpieczne czasy wojen, walki z kościołem i tym podobne. Serial jest GENIALNY. A Jonathan gra samego króla Henryka! Dalej mamy nowy serial, czyli "Draculę", gdzie aktor gra tytułowego wampira. Niestety produkcja została skasowana po pierwszym sezonie, niemniej ja osobiście byłam bardzo zadowolona z tych paru odcinków. I jest mi bardzo przykro, że projekt nie doczeka się kontynuacji. :( Pewnie fani Cassie Clare, kojarzą Jonathana z roli Valentine'a z ekranizacji "Miasta kości". Mnie osobiście film się nie podobał (tutaj możecie przeczytać recenzję) i mam mnóstwo do zarzucenia produkcji, no ale. Jak kto woli. Za to mogę polecić inny film z Jonathanem, tym razem niesamowity, magiczny i poruszający, czyli - "Cudowne dziecko". KOCHAM ten film i jestem prawie pewna, że go kiedyś zrecenzuję. :) Nie dość, że sprawił, że płakałam przy nim jak rozhisteryzowana nastolatka, to jeszcze ta muzyka... CUDOWNE. Oglądałam też "Pozdrowienia z Paryża" z Travoltą i Meyersem, ale jakoś film niekoniecznie zapadł mi w pamięci.

A co postaram się oglądnąć w najbliższym czasie z panem Jonathanem? Na pewno pod lupę wezmę "Inkarnację", nie tylko ze względu na fakt, że fabuła wydaje mi się interesująca, ale znów - poddałam się cudownej recenzji Patki... Dalej, mam w planach "Another Me", mimo że jest to thriller, to przyciągająco działają na mnie nazwiska w obsadzie aktorskiej... 



źródło
11. Andrew Garfield

Andrew Garfielda po raz pierwszy widziałam w filmie "Niesamowity Spider-Man", który obłędnie mi się podobał, choć z natury jestem raczej sceptyczna i krytyczna jeśli o produkcje Marvela chodzi. Super bohaterowie nie są moją obsesją, nigdy też jakoś specjalnie nie kolekcjonowałam komiksów. Niemniej, w "Niesamowitym Spider-Manie" było coś takiego... A może po prostu pokochałam tą produkcję dzięki Emmie Stone - jednej z moich ulubionych aktorek i właśnie - Andrew Garfieldowi? 

Musicie wiedzieć, że Sherry czuje niezwykły pociąg do ciemnookich, ciemnowłosych przedstawicieli płci przeciwnej. A gdy tylko zobaczyła Andrew na ekranie... po prostu zatonęła w jego niesamowitych oczach... I wiecie co? Nie przeszkadzał jej nawet fakt, że obecnie panicz Garfield ma trzydzieści jeden lat...

Andrew widziałam także w filmie "The social network", gdzie wystąpił u boku cudownego Jesse Eisenberga, o którym wspominałam poprzednio. Cudowną produkcją okazał się także baśniowy film fantasy, którego miałam okazję oglądać parę dni temu. Magia "Parnassusa", mnie uwiodła... Więc oczywiście go serdecznie polecam i zachęcam do oglądania. Generalnie, na grę aktorską Andrew aż miło się patrzy (i w ogóle, na niego aż się miło patrzy ^^).

Najbliższe produkcje, z Andrew, z którymi będę chciała się zapoznać to oczywiście "Niesamowity Spider-Man 2", "Ukryta strategia", czy choćby "Nie opuszczaj mnie". Szczególnie ten ostatni tytuł, niezmiernie mnie ciekawi, tym bardziej, że tam pan Garfield-Jestem-Taki-Cudny, wystąpi u boku Keiry Knightley!



źródło
12. Matthew Gray Gubler

I ostatni dziś aktor, z którym was zapoznam, to ten uroczy, trzydziestoczteroletni aktor, z pochodzenia - Amerykanin.  Pierwszy raz, widziałam go w genialnym serialu kryminalnym - "Zabójcze umysły". W czasie gdy poznałam ten tytuł, nie przepadałam za takimi produkcjami, bo jednak śmierć/zabijanie/mnóstwo ketchupu na ekranie, niekoniecznie jest czymś co kocham, ale właśnie po zapoznaniu się z "Zabójczymi Umysłami", zakochałam się nie tylko w serialu, ale i samym gatunku, który ostatnio oglądam coraz częściej.

Matthew w "Zabójczych Umysłach", gra genialnego, najmłodszego członka Jednostki Analiz Behawioralnych. Mówiąc "genialnego" mam na myśli... naprawdę genialnego młodzika. Czasami ma się wrażenie, że jego mózg jest o wiele większy od przeciętnego. Ale fakt, że Specter Reid - czyli właśnie postać Matthew, jest taka młoda przy reszcie kompanii sprawia, że nieliczni traktują go z szacunkiem. W czasie kolejnych sezonów coraz bardziej poznajemy sylwetkę tegoż człowieka i muszę przyznać, że zakochujemy się w nim na nowo! Nie macie pojęcia jak wiele bezużytecznych ciekawych rzeczy się dowiedziałam, słuchając gadaniny Reida! Serial z całego serduszka oczywiście polecam.

Poza tym, pana Gublera widziałam także w filmie "500 dni miłości", aczkolwiek nie grał tam jakiejś supergłównej roli. :) W każdym razie, uwielbiam go! Jest przeuroczy, a jego filmiki na YT, wywiady z nim i inne materiały sprawiają, że mój humor drastycznie wzrasta!


A niżej coś superzabawnego i niespodziankowego!
No spójrzcie tylko na niego, czyż nie jest uroczy?


To tyle.

Naprawdę, musicie mi wierzyć, że starałam się ograniczyć tekst. :(

Do zobaczenia wkrótce!
Pozdrawiam,
Sherry


część 1
część 2