niedziela, 31 sierpnia 2014

Sierpień pod skrzydłami Feniksa


źródło
Cześć!

I znów, jak co miesiąc, spotykamy się w notce podsumowującej. I tym razem, coś tam mogę wspomnieć o swoich wrześniowych planach, ale naprawdę postaram się nie przedłużać. Za bardzo. Sierpień był w gruncie rzeczy, naprawdę w porządku miesiącem, także usiądźcie wygodnie przed ekranem i... zapraszam.

Liczba przeczytanych książek, w miesiącu sierpień: 20

Liczba filmów obejrzanych, w miesiącu: 7

"X-men"|"X-men 2"|"X-men. Ostatni Bastion"|"X-men. Pierwsza klasa"|"X-men. Przeszłość, która nadejdzie"|"The social network"|"Ostatni dom po lewej"

Jak wyżej mogliście zauważyć, postanowiłam sobie zrobić maratonik z X-menami, a wszystko za sprawą recenzji Patki - O TEJ! Nie mam pojęcia czy będę recenzować, któryś z tych filmów, ale najlepszą - moim zdaniem - była "Pierwsza klasa". Najnowsza część mnie trochę wkurzyła. Trochę bardzo. A może nawet bardziej niż bardzo.

Tak w ogóle... rany! Ile książkowych cudnych premier się szykuje na jesień! Dlatego (a także z paru innych powodów jak na przykład: nowe sezony seriali, nowe seriale ogólnie, LIGA MISTRZÓW!, nowy sezon piłkarski) uważam, że jesień jest naprawdę fajną porą roku! Wydawnictwa co prawda nie oszczędzają naszych portfelów, ale... taaakie tytuły, że aż oczy zaczynają błyszczeć! Listy wam nie wypiszę bo jest stanowczo za długa, ale szykują się większe książkowe zakupy we wrześniu bądź październiku. :) 

źródło
Co się działo na Feniksie?

Liczba opublikowanych notek: 16 (włącznie z notką, którą aktualnie czytacie)

W tym:

Recenzje książek: 7

Recenzje seriali/filmów: 3

Inne: 4

Cykl "ulubieni": 2

Żałuję, że nie zdążyłam opublikować żadnej recenzji serialu, zwłaszcza że tyle mam ich wam do przedstawienia! Niestety, okazuje się, że miesiąc czasu, to nie tak dużo jak się człowiekowi może wydawać. :) Ale przynajmniej nadrobiłam recenzje filmów, o które prosiliście. :)

Cieszę się, że dobrze przyjęliście notki o aktorach. I odpowiadając na pytanie, które się powtarzało w komentarzach: tak - będą także posty o aktorkach. Po prostu wolałabym najpierw skończyć cykl o panach, żeby później wszystko mi się nie pomieszało. :) Mam nadzieję, że poczekacie. 

I teraz jeśli o PLANY na wrzesień chodzi - pomyślałam... że będę publikować notki nie tak jak było do tej pory - co dwa dni, a co trzy dni, czyli... posty pojawiać się będą dwa razy w tygodniu, tak myślę. I głównie jest to spowodowane faktem, że... wakacje się skończyły. Co prawda, ja jeszcze wrzesień będę odpoczywać - no dobra, będę na praktykach, ale to jedno i to samo - niemniej jednak... Po prostu wydaje mi się, że tak będzie wygodniej. A jak przetestuję to co trzydniowe publikowanie, to w październiku podejmę decyzję co dalej. 

źródło
Wiecie, że w sierpniu przysięgłam sobie nie kupować książek - okazało się, że miałam wystarczająco dużo woli i voila! Nic nie kupiłam! :D Dlatego tym razem, stosik będzie skromny, ale mam nadzieję, że znajdziecie tu coś, co moglibyście mi polecić do przeczytania w pierwszej kolejności. :) 

By Sherry
1. Opowieść wigilijna o wampirach, Sarah Gray - prezent

Zobaczyłam tą książkę w sklepie, gdy byłyśmy z mamą na zakupach i mój jęk, na widok tej pozycji sprawił, że mama łaskawie - wiedząc o  moim postanowieniu "nie kupuję niczego w sierpniu", postanowiła tę książeczkę mi podarować. I oto jest! :D Ale z lekturą powstrzymam się do Wigilii 

2. Baśniobór, Brandon Mull - z biblioteki

Już od dawna nazwisko tego autora mnie kusi, a gdy zobaczyłam, że w bibliotece W KOŃCU jest pierwszy tom - postanowiłam się skusić. 

3. Itch, Simon Mayo - z biblioteki

Tę książkę, nie tak dawno temu widziałam w zapowiedziach wydawniczych i w sumie zainteresowała mnie ta cała sprawa pierwiastków - choć chemii nie lubię. Mam nadzieję, że lektura będzie przynajmniej znośna. :)

4. Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia, J.R.R Tolkien - z biblioteki

No tutaj komentarz jest chyba zbędny. 

A tutaj... mały bonus. :)

By Sherry
Jako, że mój mały stosik, jak mogliście przed chwilą zobaczyć, był naprawdę... mały, postanowiłam przeszukać biblioteczkę mamy i oto co sobie wybrałam...

5. Siedem lat później, Emily Griffin

Po niezwykle przyjemnym "Coś pożyczonego" autorstwa tej pani, zobaczywszy kolejną jej książeczkę, nawet się nie zawahałam. :)

6. Ta książka uratuje ci życie, A.M. Homes

No powiedzcie szczerze - czy zobaczywszy taki tytuł, bylibyście się w stanie oprzeć tej pozycji? Bo ja nie mogłam.

7. Prawdziwy cud, Nicholas Sparks

Sparksa jeszcze nie czytałam, więc... 

8. My, dzieci z dworca ZOO

Tutaj trochę poważniejsza lektura, niemniej jednak już nasłuchałam się o niej tyle, że naprawdę... trzeba w końcu ją przeczytać.

9. Szczęściarz, Nicholas Sparks - książka, którą mama wypożyczyła z biblioteki (cały czas w obiegu, och :D)

I to od tej powieści rozpocznę swoją przygodę z tym autorem. A później obejrzę film. W końcu. :)

To wszystko.

Jutro czas do szkoły (co dla niektórych, oczywiście), więc życzę powodzenia, a tymczasem wszystkim blogerom życzę jak najlepszego rozwoju blogów, bo dziś Światowy Dzień Blogera! :) Aż chciałoby się sprawić tort. Sobie. 

I niech wrzesień będzie pozytywny!

Pozdrawiam,
Sherry
źródło

piątek, 29 sierpnia 2014

Film: Ja, Frankeinstein

źródło
Oryginał: I, Frankenstein
Data premiery: 24.01.2014
Gatunek: Fantasy
Czas trwania: 1 godz. 32 min.

Pewnie wielu z was wie, że jestem wielką fanką wszystkiego co związane z fantastyką. I tu nie tylko mowa o książkach, ale również o filmach, serialach czy choćby grach komputerowych. Dziś, mam zamiar przedstawić mam film opowiadający o chyba najbardziej znanym potworze wszech czasów, stworzonym - jak powszechnie wiadomo, przez pisarkę Mary Shelley. Zresztą wersji z Frankensteinem w roli głównej jest co nie miara, a tą, którą zaraz opiszę, mogliście oglądać w kinach na początku tego roku. Ja na obejrzenie filmu zdecydowałam się nie tylko przez wzgląd na ciekawy zwiastun, ale przede wszystkim zachętą, była dla mnie recenzja Patki, do której serdecznie zapraszam. 

źródło
Głównym bohaterem filmu jest oczywiście tytułowy potwór Frankensteina- Adam - nieśmiertelny, który przed laty zabił swojego stwórcę i od tamtej pory walczy z potworami, zagrażającymi ludzkiej populacji. Nieoczekiwanie, Adam, bez swojej zgody, zostaje wplątany w wojnę dobrych gargulców - stylizowanych na anioły, z demonami. Obydwie rasy pragną poznać sekret nieśmiertelności monstrum, a ten, nie ma pojęcia czy w ogóle powinien którejś ze stron zaufać. Wkrótce może się jednak okazać, że nie będzie mieć innego wyjścia...

źródło
Praktycznie od pierwszych minut filmu coś się w nim dzieje. Aczkolwiek, tutaj muszę zaznaczyć, że mnie od początku coś nie pasowało w tej produkcji i przez czas jej trwania, czułam się strasznie nieswojo. Po pierwsze: nie byłam w stanie polubić głównego bohatera, a twórcy wręcz na siłę, próbowali zmusić mnie do litości nad nim, czy też podziwu do jego postaci - a przynajmniej takie miałam wrażenie. Niestety, mnie Adam był całkowicie obojętny i szczerze mówiąc - o wiele bardziej pasowałoby mi, gdyby głównym bohaterem był ktoś należący do demonów, czy gargulców. Rozumiem, jaki zabieg próbowali tutaj uzyskać twórcy, tzn. walki o własną tożsamość i poszukiwanie prawdy, a także nieodłączna bitwa dobra ze złem, ale ze wszystkich tych trzech elementów, jedynie ten ostatni wzbudził moje zainteresowanie. 

źródło
Według mnie, słabo wypadły też graficznie stworzone demony i gargulce, choć te pierwsze szczególnie. Jak na amerykańskie kino naprawdę byłam zaskoczona - w negatywnym znaczeniu tego słowa - że graficy się niezbyt postarali. Co innego sceny walki. Tych, było tu naprawdę od groma, ale zamiast lejącego się keczupu i latających wnętrzności, mieliśmy fajerwerki ognia, które mi się tak spodobały, że chyba do tej pory uznaję je za najmocniejszy element produkcji. Zresztą, byłabym wielką zwolenniczką, nakręcenia filmu opowiadającego tylko i wyłącznie o gargulcach i demonach i tej ich wojenki. Obydwie rasy były ciekawie przedstawione, ale powierzchownie, więc myślę, że potencjał tych istot nie został do końca wykorzystany.

źródło
Film niestety nie był w stanie mnie... wciągnąć. Zaciekawić, zaciekawił, ale podczas oglądania, nie przykuwał mojej pełnej uwagi, wobec czego wciąż mnie coś rozpraszało. W trakcie seansu, doszłam też do wniosku, że oglądanie tego filmu jest dla mnie... męczące. Z niecierpliwością wyczekiwałam końca i niestety to wszystko sprawia oczywiście, że koniec końców produkcja mnie niestety rozczarowała, nie spełniając moich oczekiwań. Poza tym, ciosem były dla mnie dość mierne dialogi i nie do końca zachwycająca gra aktorska. Ale najgorszym, co tylko mogłam zobaczyć na ekranie to udział w tym wszystkim... Mirandy Otto. Aktorki, na której nieszczęście, jestem antyfanką. Dlaczego? Otóż dlatego, że we "Władcy Pierścieni" grała postać tak przeze mnie znienawidzoną, że do tej pory mam ochotę sobie wydłubać oczy, gdy tylko widzę tą jej buźkę. Imię, które powinno być przekleństwem. Eowina. 

źródło
Czy film polecam? Tak. Chyba tak. Bo przecież to, że mnie osobiście nie spodobał się do tego stopnia, na jaki liczyłam, nie znaczy, że z wami będzie podobnie, prawda? Decyzję do podjęcia pozostawiam wam, ale mimo wszystko muszę teraz przyznać, że nie żałuję, że spędziłam te niecałe dwie godziny na oglądaniu tej produkcji. Może była męcząca i irytowali mnie bohaterowie, ale mimo wszystko, historia została przedstawiona w sposób innowacyjny i ciekawy. 

Pozdrawiam!
Sherry


środa, 27 sierpnia 2014

"Wołanie kukułki" - Robert Galbraith

źródło
Wołanie kukułki
Autor: Robert Galbraith
(Pseudonim J.K. Rowling)
Oryginał: The Cuckoo's Calling
Seria: Cormoran Strike #1
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Data wydania: 4.12.2013
Liczba stron: 452

Jak pewnie większość z was już zdążyła się zorientować, nie gustuję w kryminałach. "Wołanie kukułki" przeczytałam chyba głównie przez wzgląd na autorkę - bądź co bądź pozostaje ona tą samą osobą, która napisała "Harry'ego Pottera", a także - przez okładkę, która jest absolutnie śliczna i czaruje tak doskonałymi, żywymi barwami, że oka nie mogłam oderwać. Po miesiącach zwlekania, w końcu dałam szansę powieści i... jak to się skończyło?

źródło
Cormoran Strike to prywatny detektyw, któremu wszystko nagle zaczęło się w życiu walić. Zalega z płaceniem rachunku, do agencji nikt nie zgłasza nowych spraw, a w dodatku - rozstał się z narzeczoną! Przypomina wrak siebie, ale jak to mówią - dno jest po to, żeby się od niego odbić. Kierowany tą myślą, postanawia wziąć udział w śledztwie, którego zleceniodawca to człowiek, którego większość - policja, rodzina, a nawet dziewczyna, traktują jak czubka, co jest spowodowane teoriami, które głosi. Uważa bowiem, że jego siostra - supermodelka Lula Landry, która zginęła przed trzema miesiącami, nie popełniła samobójstwa tak jak wszyscy mówią, a została z premedytacją wypchnięta przez balkon. Dla niego nie liczy się to, że każdy uważa, że skoczyła bo pokłóciła się z chłopakiem. Ani to, że papparazi niemożliwie utrudniali jej życie. Ani fakt, że cierpiała na chorobę dwubiegunową i brała leki. Facet jest przekonany, że Lula była zbyt szczęśliwa, by się zabijać z własnej woli. Zadłużony Cormoran Strike, nie ma zatem wyboru - przyjmuje zlecenie od bogatego biznesmena...

„Jakże łatwo wykorzystać czyjeś skłonności do autodestrukcji, jak łatwo strącić kogoś takiego w niebyt, a potem się odsunąć, wzruszyć ramionami i przyznać, że to nieuchronny skutek chaotycznego, tragicznego życia.”

źródło
Skoro już wspomniałam o głównym bohaterze - detektywie Strike'u, chciałabym na chwilę pozostać przy jego postaci. Pani Rowling - dziwnie pisałoby mi się o niej, traktując ją po pseudonimie jako faceta - wybaczcie, wykreowała nowego bohatera swojej serii kryminalnej naprawdę w sposób niewiarygodny! Cormoran bowiem, nie jest błyskotliwy, sarkastyczny, przystojny ani czarujący. Właściwie to jest zaprzeczeniem tych wszystkich cech. Nie można mu odmówić inteligencji, bo w roli detektywa naprawdę nie brakuje mu dobrego sposobu myślenia i łączenia wątków, a także logiki w rozumowaniu, niemniej jednak, Strike przez większą część czasu w czytelniku wzbudza... wstręt bądź współczucie, na granicy z litością. Wielki, niepełnosprawny, z absolutnym brakiem poczucia humoru i taktu, z ciężkim, szorstkim obyciem i chwilami niechlujnym wyglądem sprawia, że ludzie nie patrzą na niego jak na kogoś, z kim mogliby się liczyć. Właściwie to traktują go przedmiotowo, chłodno, bądź z szyderstwem na ustach, a niestety dość przykry charakter Strike'a nie ułatwia mu zawierania przyjaźni. I przez to wszystko, jest bohaterem tak ludzkim, tak pełnokrwistym i realistycznym, że naprawdę choćby aby taki zabieg zobaczyć, trzeba tą książkę przeczytać.

„Ta prawda lśniła niczym światło pod fałszem, którym została okraszona.” 

źródło
W powieści występuje wiele różnych postaci i tak naprawdę, trzeba się bardzo skupić na lekturze, by nie przegapić niczego istotnego. Śledztwo toczy się stosunkowo wolnym tempem, żadna poszlaka nie wyrasta pod nosem detektywa, dzięki czemu musimy razem z nim, tropić i uważać na słowa świadków i znajomych Luli Landry. Z każdą rozmową, informacją czy wzmianką w gazecie, coraz więcej dowiadujemy się o modelce, która - jak twierdzi jej brat - nie popełniła samobójstwa, a także poznajemy tajniki profesji i działania Strike'a. Aby osłodzić nam przygodę z chłodnym w obyciu mężczyzną, autorka stawia przed nami między innymi uroczą, inteligentną Robin, która zostaje tymczasową sekretarką detektywa, czy choćby jego byłą narzeczoną, o której również, z czasem dowiadujemy się coraz więcej. Całe śledztwo i przebieg sprawy kryminalnej, zostało potraktowane z najwyższym skupieniem. Rowling nie zadowala się półśrodkami, a z czasem okazuje się, że nawet najdrobniejszy element może ułatwić śledztwo i pomóc dotrzeć do prawdy. I chociaż nie jestem znawczynią kryminałów, a samą powieść czytało mi się dość wolno i ciężej niż zwykle, to jednak fabuła zaskarbiła sobie moją pełną uwagę, a w postępowanie śledztwa wsiąkłam wraz z detektywem.

„Umarli mogą mówić jedynie ustami tych, którzy nadal żyją, i za pośrednictwem pozostawionych po sobie śladów.”

"Wołanie kukułki" w moich oczach, okazało się naprawdę wspaniałą lekturą, z niezwykle pochłaniającym wątkiem kryminalnym i ciekawym bohaterem. Nie będę ukrywać, że przez książkę przebrnęłam w ekspresowym tempie, bo tak nie było, ale te godziny poświęcone za poznawanie sprawy Luli Landry, w żaden sposób nie uważam za zmarnowane. I chociaż wątpię, żebym powróciła do lektury tej powieści w przyszłości, to nie żałuję, że ją przeczytałam.

7/10
Pozdrawiam,
Sherry


poniedziałek, 25 sierpnia 2014

"Morza szept" - Patricia Schröder

źródło
Morza szept
Autorka: Patricia Schröder
Oryginał: Meeresflüstern
Trylogia: Morza szept #1
Wydawnictwo: Dreams
Data wydania: 12.07.2013
Liczba stron: 336

Znacie to uczucie, gdy patrzycie na jakąś książkę i myślicie: "ona będzie beznadziejna", a mimo wszystko zabieracie się za nią z nadzieją, że pozytywnie was zaskoczy, po czym po skończeniu, jesteście rozczarowani, że mieliście rację? Tak się miała sprawa ze mną i "Morza szeptem". Podchodziłam do tej książki z wielkim dystansem, ale naprawdę trzymałam kciuki, żeby koniec końców okazało się, że niepotrzebnie się zamartwiałam. Niestety, książka w żaden sposób mnie nie oczarowała, co jest dla mnie podwójnym ciosem, bo jak dotąd - na niemieckich autorach się jeszcze nigdy nie zawiodłam. Ale w końcu musi być ten pierwszy raz...

W swojej magicznej, morskiej trylogii - Patricia Schröder, w roli narratorki, a zarazem głównej bohaterki, obsadza siedemnastoletnią Elodie, która przeprowadza się do ciotki na wyspę Guernsey, po tym jak w rodzinnej miejscowości w Niemczech, nie może sobie poradzić z tragiczną śmiercią ojca. Podróż, a także mieszkanie u krewnej, ma pomóc jej w zmaganiu się z nieobecnością ukochanego taty, aczkolwiek nie będzie to łatwe i to nie tylko przez wzgląd na przywiązanie dziewczyny do rodzica, ale też przez fakt, że wyspa, jak to wyspa, otoczona jest ze wszystkich stron morzem. A Elodie ma jedną zasadniczą fobię. Woda.

Żywioł, który sprawia, że pod siedemnastolatką uginają się kolana oraz "swędzą ją kostki". Na samą myśl o bezkresnym oceanie, czy choćby kąpieli w basenie, ciarki pojawiają się na skórze dziewczyny. Ale wkrótce zyska poważniejsze sprawy, którymi będzie musiała się martwić... Na wyspie, Elodie poznaje żywiołową Ruby, jej chłopaka i znajomych, w tym - tajemniczego, zdystansowanego Cyrila, który wzbudza w niej fascynacje. Ale jest jeszcze ktoś - tajemniczy blondyn ukazujący się jej w snach. Piękna twarz, pojawiająca się w tafli wody... I wtedy ginie jedna z przyjaciółek Ruby, a okoliczności jej śmierci są naprawdę tajemnicze i podejrzane. Jak toczyć się będzie życie Elodie na wyspie? Czy pozna sekret zamkniętego Cyrila i odpowiedzi na dręczące ją pytania? Czy poradzi sobie ze swoją hydrofobią?

Muszę przyznać, że jakkolwiek chciałabym krytykować autorkę, to pomysł na książkę miała ciekawy. Wykonanie zawaliła, niemniej przez całą powieść, dało się wykryć potencjał na interesująca, magiczną historię miłosną z morzem w tle. Opisy nadmorskich krajobrazów, wyszły pani Schröder naprawdę umiejętnie. Bezproblemowo mogliśmy przywołać obraz skalistych klifów, szarobłękitnej toni i niezwykle urokliwej wyspy. Niestety na tym kończyła się magia książki. Główna bohaterka była... naprawdę dziwna. Miałam wrażenie, jakby autorka większą wagę przykładała do całej tej sprawy z jej fobią, niż do samej bohaterki. W rezultacie, mieliśmy wrażenie - nawet na końcu, że jej kompletnie nie znamy. Możecie się więc domyśleć, że nie zżyłam się z Elodie, a jej przygody traktowałam z obojętnością.

Zresztą nie tylko główna bohaterka została zaniedbana. Wszystkie postacie wydawały się jedynie cieniami czy dodatkowymi punkcikami na mapie fabuły, w głowie Patricii Schröder. Oddzielała nas od nich droga, której nie byliśmy w stanie pokonać, a nawet nie chcieliśmy, bo autorka zupełnie nie przybliżyła nam postaci, kryjąc je pod jakąś dramatyczną osłonką przeszłości. 

Nie zabrakło oczywiście wątku miłosnego, który szybko wybił się ponad wszystko inne, sprawiając, że sama sprawa śmierci nastoletniej dziewczyny, zeszła na boczny plan. Pojawił się trójkącik miłosny, który jednak został przedstawiony w tak komiczny sposób, że zamiast złościć się, że kolejna autorka wepchnęła na siłę dwóch amantów do jednej bohaterki, to śmiałam się z idiotycznych zachowań ów postaci. Zresztą Elodie nie postępowała lepiej. Chwilami zastanawiałam się czy ona jest mi naprawdę aż tak obojętna jak myślę, czy skrycie bardziej mnie drażni i irytuje. 

Styl pani Schröder jest niejasny i wątpliwy, a jedyny ciekawie poprowadzony wątek paranomalny, został przytłoczony wszystkim innym i niestety, jego potencjał nie został wykorzystany nawet w jednej dziesiątej. Gdy pojawiły się niksy i pozostałe magiczne stworzenia, spodziewałam się, że w końcu coś się zacznie dziać - naprawdę, miałam taką nadzieję, niestety autorka nie przybliżyła nam nowej, fascynującej rasy, skazując nas na ból domysłów. Zakończenie w żaden sposób nie uratowało słabej całości, w związku z czym, nie czuję się zainteresowana poznaniem kontynuacji.

Niestety, "Morza szept" okazał się nad wyraz słabą książką, w której jednak dało się zobaczyć oznaki czegoś większego. Trzymam kciuki, by autorce udało się w kolejnych tomach uratować trylogię, jednak wiem, że ja z całą pewnością kończę swoją czytelniczą przygodę z tworami tej pani. Wymuszone dialogi, które niczego nie wnoszą do treści, zero humoru i emocji plus moja obojętność wobec pustych bohaterów to maksimum tego co mogę znieść w lekturach, które czytam. A wy?

4/10
Pozdrawiam,
Sherry


______________________
P.S. Zainteresowanym książką, radzę nie czytać opisu na okładce, bo okazuje się, że zdradza całą książkę. Serio - całą.

sobota, 23 sierpnia 2014

Film: "Ten niezręczny moment"

źródło
Oryginał: That Awkward Moment
Data premiery: 28.02.2014
Gatunek: Komedia romantyczna
Czas trwania: 1 godz. 34 min.

Jak już wspominałam, przy recenzji filmu 21 Jump Street, od czasu do czasu, nachodzi mnie ochota na oglądnięcie czegoś głupiego, na odmóżdżenie. Jeśli na dodatek, z tą głupotą wiąże się jakiś wątek romantyczny, albo lepiej - wątkI romantyczne - tym lepiej dla mnie - romantyczki do szpiku kości. "Ten niezręczny moment" wzbudzał moje zainteresowanie nie tylko przez wzgląd na całkiem interesująco zapowiadający się wątek komediowo-romantyczny, ale też ze względu na obsadę, w której - jak się okazało - znalazło się kilka nazwisk, które znam. Czy aktorzy, jak i film, spełnili swoje zadanie i umilili mi seans?

źródło
źródło
Trójka przyjaciół - Jason, Daniel i Mikey, tuż po tym, jak z Mikey'm zrywa Vera, przysięgają sobie, że będą się bawić, imprezować, spać z kim popadnie i przede wszystkim - nie zakochają się. Wiadomo jak faceci traktują tego typu pakty - z wielką, wielką powagą. Ale czy mężczyznom uda się wytrwać w postanowieniu, gdy na drodze ich życia, pojawią się nowe szanse i znajomości? Czy z miłością da się wygrać?

źródło
Tytułowy "niezręczny moment", dla naszych bohaterów to czas kiedy dziewczyny zadają pytanie: "co z nami dalej?". Jason, w którego rolę wcielił się znany - myślę - aktor, Zac Efron, uważany jest za niedojrzałego, przez swoje niedoszłe dziewczyny, Mikey według byłej - Very, za bardzo oddaje się pracy, ignorując seksualne potrzeby ukochanej, z kolei Daniela przeraża fakt, że mógłby się ustatkować i nudzić w monogamicznym związku. Z wszystkich trzech panów, muszę przyznać, że najbardziej polubiłam tego ostatniego. Grany przez Miles'a Tellera - Daniel, który był chyba najzabawniejszy ze wszystkich trzech i - moim zdaniem - najsłodszy. Generalnie, jeśli jego urocza buźka wydaje się wam znajoma, to pragnę poinformować, że nie tak dawno temu, mogliśmy go oglądać w "Niezgodnej", gdzie grał największego drania, czyli Petera. Ale fakt, że zdołałam polubić aktora, po tym jak zagrał nielubianego przeze mnie bohatera sprawia, że oczywiście Miles świetnie zagrał swoją rolę.

źródło
Historie miłosne wszystkich trzech bohaterów, są... interesujące, ale widać, że najwięcej czasu, twórcy filmu spędzili przy tworzeniu relacji Jasona (czyli Efrona, tak w ramach przypomnienia) z uroczą, ale wyszczekaną Ellie (w tej roli, znana z "Need for Speed" - Imogen Poots). Czasami miałam wrażenie, że wręcz na siłę, twórcy próbują zrobić z Efrona gwiazdę filmu. Moim zdaniem, skoro głównymi bohaterami miała być trójka przyjaciół, twórcy nie powinni nikogo specjalnie wyróżniać, tym bardziej, że Daniel chwilami wydawał się ciekawszą postacią niż Jason i przykro mi było widzieć, jak twórcy zamiatają pod dywan jego historię, która mogłaby być równie - albo nawet bardziej - interesująca niż historia Jasona. Najbardziej irytował mnie w tym wszystkim Mikey i jego obsesyjne uzależnienie od Very. Poza tym, o ile Jason i Daniel byli zabawni i wyluzowani, to Mikey był tym najsztywniejszym, a przy tym najbardziej naiwnym i wkurzającym bohaterem.

źródło
Czego w filmie nie zabrakło? Oczywiście scen seksu, aluzji seksualnych i sposobu myślenia bohaterów typu: "miłość opiera się głównie na seksie". Nie powiem żebym była zadowolona z tego wszystkiego, tym bardziej, że jeśli twórcy ograniczyliby przekleństwa, wulgarne sceny i ogólnie sytuacje z erotycznym podłożem, film nadawał by się na coś więcej, niż jedno oglądnięcie i zapomnienie o nim. Jako, że ja - byłam przygotowana psychicznie na tego typu "humor" filmowy, nie byłam zaskoczona czy specjalnie rozgoryczona, ale wiem, że ci którzy mają mniejsze nerwy i inne poczucie humoru, mogą być naprawdę... zniesmaczeni niektórymi wydarzeniami filmowymi.

źródło
źródło
Czy film jest wart obejrzenia? Jeśli lubicie tego typu komedie, z WIELKĄ ilością aluzji nadających się na odsłuchanie po skończeniu osiemnastego roku życia i wulgaryzmów użytych w niemal każdym zdaniu, to... cóż. Obejrzyjcie. Jeśli macie słabsze nerwy, muszę prosić, żebyście sobie tą produkcję odpuścili. To nie jest tak, że ten film jest ambitny i coś stracicie, jeśli go nie obejrzycie. Jeśli chodzi o mnie - nie byłam zaskoczona jakością "Tego niezręcznego momentu" i nastawiając się na głupią komedię - dobrze się przy niej bawiłam. Były momenty, kiedy naprawdę szczerze uśmiechałam się do siebie, były momenty, kiedy chichotałam na głos i... te, w których czułam się trochę zniesmaczona, ale nie oceniłabym tego filmu negatywnie. Film był po prostu przeciętny, ale nieźle się przy nim bawiłam, także nie będę go wam też odradzać. Decyzję czy oglądniecie film czy nie, pozostawiam wam.

Pozdrawiam,
Sherry


źródło

czwartek, 21 sierpnia 2014

"Buntownik" - Jay Crownover

źródło
Buntownik
Autorka: Jay Crownover
Oryginał: Rule
Seria: Naznaczeni mężczyźni #1
Wydawnictwo: Amber
Data wydania: 18.03.2014
Liczba stron: 304

Osobiście nie znam żadnych bliźniąt, ale zawsze wyobrażałam sobie, że posiadanie bliźniaka to coś więcej, niż możliwość nazywania go swoją drugą połówką - dosłownie. Może w dzieciństwie za dużo naoglądałam się ckliwych filmów z siostrami Olsen i tym podobnymi, ale do pewnego momentu, żyłam w przekonaniu, że bliźniaki zawsze się ze sobą dogadują, uzupełniają się wzajemnie, mogą na siebie liczyć i generalnie są najlepszymi przyjaciółmi. W taki też sposób, pokrewieństwo Rule'a i Remy'ego Archerów potraktowała autorka "Buntownika", czyli kolejnej książki z gatunku New Adult, którą miałam okazję przeczytać. Powieść od początku mnie strasznie fascynowała, a gdy już zabrałam się za lekturę... Nie było nawet mowy o tym, żebym nie przepadła.

„Rodzina to niezwykłe zjawisko. Trzeba naprawdę dużo cierpliwości i dobrych chęci, żeby miała rację bytu.”

źródło
Trzy lata temu zdarzył się straszliwy wypadek, w którym zginął Remy i od tamtego czasu, życie rodziny Archerów daleko odbiega od idealnego. Atmosfera jest gęsta, wokół przewijają się wzajemne oskarżenia, wrzaski, chłód i obojętność. Trudno uwierzyć, że kiedyś dumni Archerowie stanowili zespoloną całość. Teraz, gdy zniknął najbardziej pozytywny i promienny osobnik, wszyscy jego najbliżsi, oddali się własnym demonom. Rule - czyli bliźniak Remy'ego, ma z pozoru proste życie. Jest wytatuowanym tatuażystom, diabelnie zdolnym zarówno w swoim fachu jak i w łóżku, o czym wie zapewne większa część dziewczyn z Denver. Przez sypialnię zbuntowanego, chłodnego i nieczułego Rule'a przewinęło się już tyle biustów, że pewnie nawet zapaleni matematycy, w końcu zrezygnowaliby z liczenia. Oprócz tego, że chłopak robi z życiem co mu się podoba, wyraźnie odsunął się od rodziny - nie bez powodów, ale o tym nie będę pisać - i postanowił żyć filozofią "mam wszystko w dupie". Kiedy więc po raz kolejny zjawia się nieskazitelna Shaw, była dziewczyna - jak mogłoby się zdawać - Remy'ego, by wyciągnąć Rule'a z bagna, ten nie jest zachwycony. Ale Shaw też dźwiga na barkach bagaż dramatów. Jej rodzice są superbogaci i super...nieczuli jeśli chodzi o córkę. Dziewczyna stara się zgrywać idealną, dobrą, niewinną dziewuszkę, niestety sprawia to także, że czuje się ona pusta. A na dodatek łamie jej się serce, ilekroć widzi przy Rule'u kolejną dziewczynę... Shaw bowiem, od dawna jest w nim potajemnie zakochana... Ale czy Rule ma do zaoferowania coś więcej niż same kłopoty?

„Był dziki, żył pełnią życia i nie bawił się w przepraszanie tych, których mógł po drodze skrzywdzić.”

źródło
To co już od początku urzekło mnie w tej pozycji, to fakt, że narracja prowadzona jest z dwóch perspektyw: Rule'a i Shaw. Przyznam szczerze, że jestem wielką zwolenniczką takich zabiegów, bo pozwala ją poznać dogłębnie, obydwie strony konfliktu. W trakcie czytania recenzowanej dziś przeze mnie książki, rzuciło mi się w oczy, ile staranności włożyła autorka (Jay to skrót od Jennifer, żeby nie było!) w kreację głównych bohaterów. Zarówno nieczuły, niedopuszczający do siebie nikogo Rule, jak i z pozoru pilna i idealna Shaw, kryją dwa dna, z których jedno prezentują światu, a drugie tłamszą głęboko w sobie. Obydwoje zmagają się ze skutkami swojego postępowania, a także przeszłością, która wyryła w ich sercach bolesne znamiona. Obydwoje, tak naprawdę, nigdy nie mogli liczyć na uwagę rodziców i choć, dziewczyna i chłopak różnią się od siebie diametralnie, to nie uszło mojej uwadze, że tak naprawdę są też do siebie bardzo podobni. Ich relacja przeskakiwała przez kolejne fazy, a drogę, którą mieli do przebycia Rule i Shaw, utrudniały ciągle pojawiające się komplikacje. Oczywiście nikogo nie powinien zdziwić wątek miłosny, pojawiający się pomiędzy bohaterami, aczkolwiek w tej powieści... wydawał mi się inny. Nie to, że nie był przewidywalny - bo był, do pewnego stopnia, co nikogo nie powinno zaskoczyć, ale relacja bohaterów nie była słodka, romantyczna i czarująca, jak przy innych książkach, a ostra, chwilami wulgarna i dzika. I choć nie tego spodziewałam się po tej lekturze, to strasznie spodobał mi się styl i język autorki, których nawet nie starała się cenzurować.

„Łatwe rzeczy nigdy się nie opłacają. to rzeczy, które sprawiają, że musisz na nie zapracować naprawdę się liczą.”

Namiętność, pasja i pożądanie przebijały się przez natłok uczuć i emocji w "Buntowniku", a cała książka utrzymana była raczej w ponurym, choć nie dobijającym nastroju. Lektura zdecydowanie nie nadaje się dla oczu młodszej młodzieży i spragnionym baśniowej, romantycznej historii nastolatkom, bo jest zbyt... dzika i nieujarzmiona. Sceny seksu są śmiałe i nadają pikanterii, aczkolwiek nie występują w nadmiernych ilościach, dzięki czemu czytelnik nie traci smaku, podczas czytania. Niemniej, są bardzo szczegółowe, więc jeśli nie masz co najmniej szesnastu czy siedemnastu lat - radzę książki nie dotykać. Jak już wspomniałam - nie spodziewałam się po "Buntowniku" tego co dostałam, ale byłam zachwycona niespodzianką jaką mi sprawiła autorka. Myślę, że po cudownych, słodkich przygodach z piórem pani J.Lynn w "Zaczekaj na mnie", czy dramatycznych, acz czarujących historiach bohaterów książek Jacindy Wilder w "Tylko ty"potrzebowałam czegoś tak innego od reszty, jak właśnie powieść Jay Crownover. 

Książka nie była rewelacyjna, co najwyżej dobra, ale świetnie się przy niej bawiłam i myślę, że może kiedyś do niej powrócę. Już nie mogę się doczekać, by poznać przygody innych bohaterów pojawiających się w tej części, sięgając po kolejne tomy. Mam nadzieję, że zyskają moją sympatię tak jak "Buntownik" i będą poruszające przynajmniej w takim stopniu jak recenzowana przeze mnie dzisiaj książka, którą serdecznie polecam. 

7/10
Pozdrawiam,
Sherry

„- On nie jest okropny, on jest po prostu trudniejszy do kochania.”


wtorek, 19 sierpnia 2014

Film: "Dorian Gray"

źródło
Ekranizacja powieści Oscara Wilde'a pt.
"Portret Doriana Graya"
Gatunek: Dramat, thriller
Premiera: 1 października 2010
Czas trwania: 1 godz. 52 min.

Książkę Oscara Wilde'a - "Portret Doriana Graya" uwielbiam i chociaż nie lubię filmów powstałych na podstawie powieści, to na oglądnięcie ekranizacji tej pozycji, wyczekiwałam z zapartym tchem. Muszę jednak przyznać, że miałam pewne obawy w związku z tą produkcją, choć uspokajała mnie myśl, że na ekranie zobaczę stały, mocny punkt, jakim jest gra aktorska Colina Firtha. Jeśli jeszcze nie wiecie (z tej notki, na przykład), należy on do moich ulubionych aktorów i jeszcze się na nim nie zawiodłam. Poza tym, Colin wcielał się w rolę chyba najciekawszej pod względem charakteru postaci! Zapowiadało się więc bardzo ciekawe widowisko... No właśnie. Zapowiadało się. Jak wrażenia po seansie?

źródło
Krótko o fabule, dla tych którzy nie kojarzą książki, którą - tak swoją drogą - serdecznie polecam. Jak dla mnie jest absolutnie fenomenalna i fantastyczna. W każdym razie, głównym bohaterem powieści Oscara Wilde'a, jak i jej ekranizacji, jest tytułowy Dorian Gray - przystojny, czarujący, niewinny - można by rzec - młodzieniec, który w krótkim czasie po przybyciu do Londynu, poznaje i zaprzyjaźnia się z artystą Bazylim. Ten, oczarowany pięknem chłopca, postanawia uwiecznić go na obrazie. Po ukończeniu wspaniałego dzieła, Dorian - widząc siebie samego, namalowanego na płótnie, przeżywa moment... melancholii? Refleksji? Głupoty? I życzy sobie, być wiecznie młodym, bo nie może znieść myśli, że kiedyś utraci urodę. Lata mijają i wkrótce okazuje się, że Dorian - choć trudno w to uwierzyć - pozostaje przystojnym młodzieńcem, podczas gdy ludzie wokół niego się starzeją. Ale jest jeszcze coś - przy zewnętrznym pięknie, niemal nikt nie jest w stanie dostrzec zła kwitnącego wewnątrz Doriana. Do czego posunie się bohater, by jego sekret nie wyszedł na jaw?

źródło
Lubię Bena Barnes'a, wiecie? Nie dość, że miło się na niego patrzy, to jeszcze nieźle się spisał w roli Kaspiana w filmach z serii: "Opowieści z Narnii". W roli Doriana wypadł naprawdę... rewelacyjnie. Idealnie oddał początkową niewinność Doriana, która z czasem przeradzała się w zepsucie, oziębłość, pychę i gniew. Zresztą, uważam że gra aktorska w filmie, zasłużyła na co najmniej, ocenę "dobrą". Jeśli nie ze względu na odtwórcę głównej roli, to właśnie Colina Firtha, który oczywiście nie zawiódł. Henryka Wottona, w książce lubiłam, ponieważ miał świetny, mocny, stały charakter, był źródłem wielu - jeśli nie większości - wspaniałych cytatów i mimo cynizmu i oziębłości, przypadł mi do gustu. Może nie do tego stopnia co malarz Bazyli, który był moim ulubieńcem, ale na pewno Henryka nie nienawidziłam. W filmie, postać Bazylego - ku mojej rozpaczy - została spłycona i wyraźnie pominięta, przy czym tym razem, prym wiódł właśnie Henryk. Dla niego, głównie przez wzgląd na Colina Firtha, straciłam głowę.

źródło
Generalnie, klimat Anglii, wystawnych przyjęć i elitarnego towarzystwa, został ujęty w doskonały sposób, a ponad niego i piękne widoki, przebijał się pewien morał - lub myśl, ukazująca to, jak łatwo ludzie ulegają innym. Z całą pewnością jednak, mimo wypisanych przeze mnie plusów związanych z grą aktorką, obsadą i atmosferą, film nie zyskał mojej sympatii. Myślę, że ekranizacja spodobałaby się tym, którzy nie czytali pierwowzoru i nie są przekonani o jego geniuszu. Ponieważ - "Dorian Gray" został... zepsuty.

źródło
Rozumiem, że twórcy ekranizacji zmieniają pewne wydarzenia i wątki, ale w przypadku ekranizacji "Portretu", szlag mnie trafiał ilekroć widziałam jakieś zaniedbanie, czy zniekształconą sytuację. Przed oglądnięciem filmu, wychodziłam z założenia, że fenomenalna książka, zasługuje na fenomenalne odwzorowanie na ekranie. Być może po prostu za dużo wymagałam. Być może fakt, iż do tego stopnia kocham powieść sprawił, że nikt i nic nie mogło sprostać zadaniu, zachwycenia mnie. Ale - to wszystko i tak nie sprawia, że minusy filmu, są traktowane przeze mnie, z mniejszą naganą.

źródło
Pozmieniane kwestie, spłycenie wątków, pobłażliwe potraktowanie tematu nieśmiertelności i męczący, przytłaczający klimat to jedne z nielicznych rzeczy, które mam do zarzucenia filmowi. Najważniejszy wątek fabularny, czyli zmiana Doriana pod wpływem wiecznego piękna, została przedstawiona nie dość ciekawie i z całą pewnością, twórca pozbawił ją tego... magicznego, fascynującego uroku, który był zawarty w książce. Gdy zobaczyłam do jakiego stopnia twórcy ekranizacji popuścili wodze wyobraźni, wprowadzając postacie z kosmosu i więzy pomiędzy nimi, a głównym bohaterem, musiałam zaciskać dłonie w pięści i zagryzać wargę, żeby nie krzyczeć z frustracji. Podczas gdy w książce, mieliśmy wątek miłosny pomiędzy Dorianem, a Sybillą i na tym kończyła się droga uczuciowa bohatera, w filmie mamy nową osóbkę, którego istnienia do tej pory nie udało mi się uzasadnić. Jak reżyser i spółka śmieli tak splugawić fenomenalną książkę, którą kocham?! JAK?!

źródło
Piękne kwestie książkowe i cudowne, pełne głębi i życiowych mądrości dialogi zostały... pominięte, bądź zmienione do takiego stopnia, że wypowiadały je, nie te osoby co trzeba. Na dodatek, pan twórca, niemal przez całe widowisko atakował widza brutalnymi scenami z przeszłości Doriana i na siłę chciał podtrzymać klimat grozy, co niekoniecznie mu się udało. Po pewnym czasie, gdy doszłam do wniosku, że dalej tego filmu nie zdzierżę, bo został zepsuty i niemiłosiernie mi się dłużył, postanowiłam spojrzeć na niego tak, jakby to nie była ekranizacja, a niezależna produkcja. I muszę przyznać, że w pewnym stopniu to zadziałało. Nie na tyle, żeby film mi się spodobał, ale by dotrwać do ostatnich minut - owszem.

źródło
Czy film mogę polecić? Nie - dla tych, którzy jak ja, czytali książkę i zakochali się w niej - bo na pewno na ekranizacji zawiedziecie się tak jak ja, tak - dla tych, którzy wiedzą, że NIGDY "Portretu" nie przeczytają, a mają ochotę poznać, w jakimś tak stopniu, historię Graya. Ale jak już wspominałam - warto wziąć pod uwagę to, że twórcy naprawdę ostro zmienili treść. W tym momencie, najlepszym wyjściem byłoby, po prostu zachęcić was do pierwowzoru napisanego przez pana Wilde'a. Nie dość, że dostaniecie zakończenie i przebieg takie jakie powinny być - a tego również nie doczekacie się w ekranizacji - to jeszcze, zapewniam was, że przynajmniej jeden cytat z książki, będziecie sobie chcieli gdzieś przepisać.

źródło
Z przykrością muszę oznajmić, iż film "Dorian Gray" nie przypadł mi do gustu - wręcz wkurzył mnie i sprawił, że zapałałam żądzą mordu do twórców ekranizacji. Miałam spore wymagania - prawda, ale miałam też obawy i niestety, okazały się słuszne. "Dorian Gray" to idealny przykład na poparcie mojej tezy (na przykład z tej notki), że ekranizacje NIGDY nie będą w stanie zastąpić pierwowzorów.

Gdybym miała ocenić film...
6/10
Ale i tak NIE POLECAM.
Za to zachęcam do książki!

Pozdrawiam,
Sherry


źródło
źródło

niedziela, 17 sierpnia 2014

ReadWeek 3.0. Podsumowanie

źródło
Cześć!

W dniu 11-tego sierpnia, ruszyła kolejna, bo już trzecia, edycja akcji ReadWeek, której autorką jest Martha z bloga Secret Books. Oczywiście, po sukcesie, jakim okazał się mój udział w w drugiej odsłonie ReadWeeka, nawet się nie wahałam przed przystąpieniem do kolejnej. 

Marta trochę tym razem urozmaiciła ReadWeeka i postawiła przed nami 10 wyzwań. 

Liczba przeczytanych książek: 9

Liczba przeczytanych stron: 3149

I tak:

fot. Sherry
1. "Lepszy byłby martwy" - Douglas Corleone, 396 stron

Wyzwanie: czerwony element na okładce.

2. "Wędrówka przez sen" - Josephine Angelini, 367 stron

Wyzwanie: książka z niebem na okładce, czerwony element na okładce, drugi tom serii, grzbiet od 2, do 2,5 cm (2 cm)

3. "Urodzona o północy" - C.C. Hunter, 365 stron

Wyzwanie: książka z tytułem na literę "p" (albo częścią tytułu na literę "p"), niebo na okładce

4. "Wołanie kukułki" - Robert Galbraith, 452 stron (albo J.K. Rowling)

Wyzwanie: książka, której autor ma imię bądź nazwisko na literę "r"

5. "Morza szept" - Patricia Schröder, 336 stron

Wyzwanie: książka, której tytuł składa się z dziesięciu liter

6. "Wina Gwen Frost" - Jennifer Estep, 343 stron

Wyzwanie: książka, której grzbiet ma od 2 do 2,5 cm (2,5), czerwony element na okładce

7. "Kryjówka" - Andrea Camilleri, 171 stron

Wyzwanie: nowelka/krótka książka, do 200 stron

8. "Fartowny Pech" - Olga Rudnicka, 303 strony

Wyzwanie: książka polskiego autora, ostatnio nabyta, grzbiet od 2 do 2,5 cm (2 cm)

9. "Cud chłopak" - R.J. Palacio, 416 stron

Wyzwanie: książka, niedawno nabyta, pseudonim autora na literę "r"

Początkowo w planach miałam przeczytać 10 książek, po jednej powieści na każde wyzwanie, niestety w pewien słoneczny dzień, moje plany szlag trafił. Czyż nieoczekiwane okoliczności, nie są cudne?

W każdym razie, większości książek przeczytanych w ReadWeeku recenzje będą, niemniej jednak, jeśli macie specjalne życzenia, to proponujcie śmiało.

Generalnie, chciałam bardzo serdecznie podziękować Marcie za organizowanie ReadWeeków, bo one mnie strasznie... motywują. I o ile zazwyczaj leniwiłabym się całymi dniami, to jednak akcja sprawia, że automatycznie chce mi się czytać. :) Także dziękuję!

Zapraszam na Secret Books!

Pozdrawiam!
Sherry

fot. Sherry

piątek, 15 sierpnia 2014

Doggy Book Tag

źródło
Cześć!

Dziś, postanowiłam wziąć udział w TAGu, którego twórczynią jest Martha z bloga Secret Books. Po szczegóły odsyłam do oryginalnej notki - o tutaj, ale mniej więcej chodzi o to, że będę dopasowywać książki do ras psów. :) Uważam, że pomysł jest absolutnie uroczy i ciekawy, także... Enjoy!


1. JAMNIK. Książka, która nam się dłużyła.

Moją odpowiedzią będzie "Przekleństwo Rasy". Książka polskiego autora była co prawda interesująca, ale ciągłe opisy wojny, strategii oraz konfliktów i rozwlekanie akcji sprawiły, że niemiłosiernie męczyłam się przy jej czytaniu. 

źródło
2. CHART. Książka z pędzącą akcją.

Czytałam mnóstwo książek ze świetną, niezwalniającą akcją, ale do tego punktu, wybiorę książkę, którą niedawno przeczytałam, a ostatnio recenzowałam, czyli "Lepszy byłby martwy" - Douglasa Corleone. Myślę, że nie ma sensu tutaj komentować tego wyboru. Zainteresowanych odsyłam do opinii. 

źródło
3. ROTTWEILER. Książka z dużą ilością agresji/walk/przemocy/bitew.

Tutaj, tak jak w przypadku punktu pierwszego, przytoczę przykład książki polskiego autora (wiem, szok), którą czytałam w sumie nie tak dawno temu, ale do tej pory została mi w pamięci. Mowa tu o "Pamiętniku diabła" - Adriana Bednarka. Ilość rzezi i okrucieństwa w tej książce to naprawdę liczba, której rozum nie pojmie. Jedna wielka masakra. Ale również nie będę się rozpisywać zanadto o tym tytule, bo zrobiłam to już w recenzji.

źródło
4. CHICHUACHUA. Najmniejsza książka, którą przeczytałam.

W tym przypadku, powiem szczerze - miałam problem. Zgaduję, że najmniejsze książeczki czytałam w dzieciństwie, ale że nie chce mi się grzebać po rzeczach, które aktualnie przeszły na moje młodsze siostry, przytoczę pozycję, z którą niedawno miałam do czynienia, a mianowicie "11 Wspaniałych. Iker Casillas". Publikacja ma zaledwie 95 stron, także... 

źródło
5. DOG. Najgrubsza książka, którą przeczytałam.

W tym przypadku, odpowiedzią będzie "Przeminęło z wiatrem". Co prawda wydanie, które czytałam, zostało podzielone na trzy części, niemniej razem tworzyły jedną książkę liczącą jakieś 1147 stron, bodajże... O tym tomiszczu rozpiszę się w osobnej notce, także... coming soon.

źródło
6. DALMATYŃCZYK. Książka z mnóstwem różnych wątków.

Mogłabym tu przytoczyć wiele przykładów, ale wspomnę teraz szybciutko o książce, która chyba jako pierwsza przyszła mi do głowy, gdy usłyszałam o tym punkcie. "Pisane szkarłatem" - Anne Bishop. Bo mimo, że wszystko oscyluje wokół jednego, głównego wątku, to w tle wiele się dzieje i to jest naprawdę... fascynujące. Ale jak na powieść o takiej ilości stron, ta wielowątkowość nie powinna nikogo dziwić...

źródło
7. BASSET. Najbardziej wzruszająca książka.

W tym przypadku, nawet się nie musiałam zastanawiać, bo choć jest sporo książek, które mnie szczerze poruszyły, to tylko jedna - jak dotąd, rozbiła moje serce i po nim podeptała, a ta pozycja to oczywiście "Hopeless"

źródło
8. OWCZAREK NIEMIECKI. Najlepsza ekranizacja książki.

Szczerze mówiąc, jestem teraz naprawdę rozdarta. Bo tytułów, mimo że jestem antyfanką ekranizacji - mogłabym tu przytoczyć sporo, zwłaszcza jeśli chodzi o seriale. Ale może wybiorę tutaj taki... nietypowy przykład, bo film "Wichrowe Wzgórza", z roku 1992, który w tak... doskonały sposób przeniósł na ekran niemal - NIEMAL - wszystko z książki, że byłam jak najbardziej zachwycona. 

źródło
9. YORK. Słodka (może nawet przesłodzona), urocza książka.

Tu, mój wybór padł na książkę przeznaczoną dla młodszej młodzieży, której współautorką jest Jodi Picoult, a mianowicie "Z innej bajki". Bajeczna, romantyczna, słodka, prosta, lekka opowieść, aczkolwiek ma w sobie coś naprawdę uroczego i dlatego mi się ją tak miło czytało. I ma obrazki!

źródło
10. KUNDELEK. Książka, która nie jest popularna, ale i tak mnie zachwyciła.

I znów, byłabym w stanie przytoczyć tu całą masę tytułów, ale z uwagi na fakt, że jestem fanką piłki nożnej, znów do niej nawiążę, wskazując tytuł - "Sekrety La Roja", który pozwolił spojrzeć na świat moich ulubieńców, z nowej perspektywy.

źródło

I koniec.

Zabawa jest naprawdę świetna, niewykluczone, że kiedyś znów wezmę w niej udział, do czego was - moi drodzy - serdecznie zachęcam! Nie będę nominować blogów z nazwy, bo wiem, że nie wszyscy lubią TAGi i nominacje do tego typu akcji, dlatego przyjmijcie, że nominuję WSZYSTKICH, którzy właśnie teraz to czytają i mają ochotę dołączyć do zabawy. 

I raz jeszcze zapraszam do Marty, która oprócz "Doggy Book Tag", ma też swój drugi autorski Tag, w którym można stworzyć literacką klasę. Tak swoją drogą, w tej zabawie też mam zamiar - prawdopodobnie już we wrześniu, wziąć udział. :)

Pozdrawiam!
Sherry