poniedziałek, 30 czerwca 2014

"Serce w płomieniach" - Richelle Mead

źródło
Serce w płomieniach
Autorka: Richelle Mead
Oryginał: The Fiery Heart
Seria: Kroniki krwi
Tom: 4/6
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data premiery: 30 czerwca 2014
Liczba stron: 416

Książkę "The Fiery Heart", czyli czwarty tom Kronik Krwi, czytałam pół roku temu, w oryginale. Ale w związku z tym, że dziś jest jej polska premiera, postanowiłam odświeżyć sobie pamięć i podzielić się z wami, swoimi spostrzeżeniami na jej temat. Żeby jednak nie spoilerować (bo wiemy, że nikt tego nie lubi), skupię się nie na szczątkowych wydarzeniach fabularnych, a tylko i wyłącznie na swoich własnych odczuciach. Zapraszam. 

źródło
Ci, którzy choć trochę kojarzą moje zdanie na temat Richelle Mead (czy to z moich komentarzy, czy z recenzji umieszczanych wcześniej na Blasku), wiedzą zapewne to, co zaraz przybliżę pozostałym. A mianowicie Akademię Wampirów lubiłam przez trzy pierwsze tomy. Trzy pozostałe straciły moje uznanie, wydawały mi się sztuczne i strasznie mnie irytowały. Koniec końców pozytywnie tej serii nie oceniłabym na pewno. Rose jako główna bohaterka i narratorka wkurzała mnie niemiłosiernie, jej miłość - Dymitra, najchętniej widziałabym martwego, a cały koniec... Cóż. Nie podobał mi się. O dziwo, za zabranie się za serię mającą być sequelem AW, zabrałam się bez oporów. Przede wszystkim, kusząco na mnie działała informacja, że będzie tam występował mój ulubiony bohater (ze wszystkich książek Mead) - moroj Adrian. Gdy tylko dowiedziałam się, iż jego rola nie ogranicza się tym razem, do występowania w tle i marudzenia, natychmiast pobiegłam do księgarni po książkę. W krótkim czasie okazało się, że Sydney pokochałam w roli narratorki, mój ulubieniec był jeszcze lepszy niż w Akademii, a cały cykl ma przyjemniejszy styl, ciekawszą fabułę i szybszą akcję.

Tomu czwartego, a więc "The Fiery Heart", czyli polskiego "Serca w płomieniach", obawiałam się mimo niesamowitego zakończenia "Magii Indygo" (trzeciej częśći), ponieważ w Akademii, to właśnie czwarty tom tak strasznie mnie zawiódł. Na szczęście w Kronikach krwi, nie musiałam się tego obawiać. Książka była perfekcyjna i mimo, że przewidywalna - to niestety muszę przyznać, to czytało ją się z tak wielką przyjemnością, jak żadnej innej po angielsku. Nie miałam najmniejszego problemu z wczuciem się w szalony rytm akcji, a dzięki zmianie, która zaszła w głównej bohaterce - alchemiczce Sydney Sage, niemal podskakiwałam ze szczęścia w duchu. Jeśli komuś by jeszcze było mało - Adrian, który do tej pory i tak miał wielką rolę w wydarzeniach, tym razem jeszcze bardziej stał się bliższy czytelnikowi. Dlaczego? A dlatego, że mieliśmy wgląd w jego głowę. Tak, tak. Rozdziały z narracji pierwszoosobowej z perspektywy Adriana! I w bonusie do tego, wszystko co się z nim wiązało, czyli między innymi, niszcząca moc ducha, radzenie sobie ze swoimi nałogami i co najlepsze - najpiękniejsze uczucie na świecie - miłość, przedstawione... właśnie przez niego. Cudownego, błyskotliwego, czarującego Adriana!

Przez te czterysta stron, przebrnęłam w zastraszającym tempie i mimo, że końcówkę przewidziałam, poczułam tak wielki ból, gdy już nastąpiła... Powiem krótko: piąty tom, a więc przedostatni - "Silver Shadow", zapowiada się, o ile to możliwie, na jeszcze lepszy niż dotychczasowe. Zmierzymy się z najgorszymi obawami Sydney i Adriana, przekonamy się czy uczucie ich łączące, na pewno jest w stanie wszystko znieść i wgłębimy się jeszcze bardziej w politykę rządzenia Alchemików. Ich ród w serii, został przedstawiony w zupełnie innym świetle niż w Akademii, a dzięki wydarzeniom z poprzednich tomów i... początków buntu Sydney, przekonamy się, po której stronie dziewczyna stanie w ostatecznym rozrachunku. W "Kronikach krwi", jest też mowa o mocy ducha. W końcu, możemy poznać jeszcze dokładniej, jej działanie, a w przeciągu trwania akcji dwóch ostatnich tomów Kronik krwi, zmierzymy się właśnie z dziwną mocą oraz największym zagrożeniem morojów - strzygami.

Bezpieczeństwo to luksus, na który Adrian i Sydney nie mogą sobie pozwolić. A cały ród Alchemików i Morojów? Czy dwie, uprzedzone do siebie rasy, będą potrafiły znaleźć porozumienie? Czy miłość będzie w stanie wszystko przetrzymać? To się dopiero okaże. Do lektury serdecznie zapraszam!

9/10
Pozdrawiam!
Sherry

Kroniki krwi | Złota Lilia | Magia Indygo | Serce w płomieniach | Srebrne cienie | Rubinowy krąg

Akademia wampirów | W szponach mrozu | Pocałunek cienia | Przysięga krwi | W mocy ducha | Ostatnie poświęcenie


(jeśli ktoś nie chce sobie niszczyć głowy i wizji Adriana, lepiej niech nie ogląda)

źródło
29 lipiec 2014!

sobota, 28 czerwca 2014

"Monument 14. Odcięci od świata" - Emmy Laybourne

źródło
MONUMENT 14. Odcięci od świata

Autor: Emmy Laybourne
Trylogia: Monument 14
Wydawnictwo: Rebis
Data wydania: 17 czerwca 2014
Liczba stron: 344

KILKANAŚCIORO DZIECI.
JEDEN SUPERMARKET.
MILION RZECZY, KTÓRE MOGĄ PÓJŚĆ ŹLE.

Pewnie nie byłam jedynym dzieckiem, które kiedyś, marzyło by zamknięto je w supermarkecie albo galerii handlowej? Gdy byłam młodsza często rozmyślałam, jak fajnie by było zostać w wielkim sklepie, zupełnie samej i mieć do dyspozycji zabawki, słodycze i ubrania na wyciągnięcie ręki, zupełnie za darmo! Bohaterowie książki Emmy Laybourne, daliby jednak wszystko by nie być odciętym od świata, w supermarkecie Greenway. Zwłaszcza, że na zewnątrz, zaczyna się apokalipsa, a wśród nich, nie ma ani jednej osoby dorosłej.

źródło
Chyba nikomu nie przyszłoby na myśl, że koniec świata mógłby nastąpić właśnie dziś, w tej chwili. Żyjemy myślą, że katastrofy i wizje apokalipsy można zobaczyć jedynie w filmach, co oczywiście w ogóle nie ma pokrycia w rzeczywistym świecie. Chyba nikt więc nie może obwiniać głównego bohatera książki, o to, że tak bardzo śpieszył się do szkoły, że nie zdążył pożegnać się z mamą. Nie zdążył powiedzieć jej, jak bardzo ją kocha i jak wiele dla niego znaczy. Z przeświadczeniem, że jego doba nie będzie się różniła od innych, wsiadł więc do autobusu, gotowy na kolejny, normalny dzień w liceum. Szkoda tylko, że nieprzeznaczone mu było dojechać do szkoły. W dwa autobusy wiozące dzieciaki do placówek edukacyjnych, uderzył gigantyczny grad, który był jedynie zapowiedzią tego, z czym będą musiały się zmagać Stany Zjednoczone. Tsunami, wyciek broni chemicznej, zmieniającej ludzi w potwory bądź ofiary narażone na bolesny zgon (w zależności od grupy krwi), odosobnienie, śmierć większej części populacji. Szóstka licealistów, dwójka gimnazjalistów i szóstka młodszych dzieci, znajduje bezpieczeństwo w supermarkecie, który z czasem, staje się nie tyle azylem, co więzieniem, odcinającym ich od świata. Wśród swojej małej społeczności, czeka na czternastkę ocalałych masa problemów i to nie tylko tych typu: jak zagospodarować zapasy, by starczyły na jak najdłużej, jak uchronić się przez skażonym powietrzem z zewnątrz, jak zadbać o najmłodsze dzieciaki, ale też inne, bardziej młodzieńcze. To właśnie tam, w Greenway'u okaże się kto kogo darzy sympatią, wyjdą na jaw wszelkie antypatie i niechęci. A do tego dojdzie przymus wybrania odpowiedniego lidera, który nie tylko zadba o bezpieczeństwo czternastki ocalałych, ale też sprawi, że pobyt w sklepie będzie znośny. Przyśpieszony kurs dorastania, radzenie sobie z chorobliwą zazdrością - czy dzieciaki gotowe są na takie przeżycia?

źródło
Gdy kiedyś zobaczyłam zapowiedź tej książki i przeczytałam jej opis, byłam nastawiona do niej bardzo negatywnie. Odcięcie od świata i radzenie sobie z brakiem dorosłych strasznie skojarzyło mi się z "Gone" - Michaela Granta. Z czasem jednak, gdy w sieci pojawiały się coraz to lepsze opinie, moje mury obronne zaczęły się kruszyć. Teraz to ja, dzięki uprzejmości wydawnictwa, mam okazję podzielenia się z wami , swoimi spostrzeżeniami. Przede wszystkim, to co mnie ujęło w lekturze już na początku, to fakt, jak szybko autorka przeszła do rzeczy. Zamiast wprowadzać czytelnika w świat, w którym aktualnie toczy się akcja (a właściwie w przyszłość), Emmy Laybourne już od pierwszych stron daje wyraźnie do zrozumienia, że nie ma zamiaru przedłużać akcji. Rozdziały, dzięki dynamice i niesamowicie przyjemnemu stylowi autorki, czyta się w zastraszającym tempie. Można by wręcz rzec, że się je wchłania i z niecierpliwością wyczekuje kolejnych. Mimo wszystko, książka nie jest idealna, a z czasem staje się jasne, czemu pani Emmy powinna poświęcić więcej uwagi. Szczególnie drażniący był dla mnie natłok imion, bo mimo, że kreacja bohaterów była naprawdę w porządku, to czasem musiałam przerywać czytanie akapitu tylko dlatego, że nie miałam pojęcia o kim mowa. Trudno było pomylić z kimś innym Astrid - miłość głównego bohatera - naszego nieśmiałego mola książkowego, ale gdy w tekście pojawiało się imię jego samego, bądź któregoś z młodszych dzieciaków, zatrzymywałam się w połowie zdania i zastanawiałam się o kim jest teraz dokładnie mowa. Ubolewam nad tym szczególnie, ponieważ gdyby nie ten mankament, powieść czytało by się naprawdę płynnie i jeszcze szybciej. 

Narracja pierwszoosobowa z perspektywy Deana, sprawiała, że mieliśmy wgląd nie tylko w jego myśli, ale i sprawy, które rzeczywiście były godne uwagi. Komu by się na przykład chciało czytać o elektrycznych przewodach czy innych tego typu szczegółach? Sądzę, że niewielu z was. Dzięki niesamowicie przyjemnemu charakterowi głównego bohatera, autorka raczy nas raczej tymi kwestami, które powinny nas zainteresować, jak na przykład wgląd w podziały w grupie licealistów, oswajanie dzieciaków, którym odebrano rodziców, czy nawet utarczki z jednym z popularniejszych chłopaków w szkole. Ale jest też minus tego typu narracji. Nie mamy możliwości poznania rzeczywistych skutków, które przyniosła ze sobą apokalipsa, nie wiemy też nic o powodach, czemu w ogóle się rozpoczęła. Szczególnie drażniące wydawało mi się to pod koniec lektury. Mimo wszystko, książkę zaliczam do naprawdę udanych lektur, ponieważ nie dość, że niesamowicie dobrze mi się ją czytało, to jeszcze pozwoliła zastanowić się, jak w danej sytuacji ja bym mogła postąpić. Czy gdyby i mnie zamknięto w supermarkecie, bez możliwości wydostania się stamtąd, poradziłabym sobie z młodszymi? Czy byłabym w stanie zapewnić im bezpieczeństwo?

"Monument 14. Odcięci od świata" z całą pewnością mogę polecić. Myślę, że przede wszystkim, spodoba się ona młodzieży, dla której jest przeznaczona, choć sądzę, że każdy czytelnik, który choć trochę lubi dystopie i katastroficzne wizje świata, znajdzie tu coś dla siebie. Nie mówię, że książka jest idealna. Jeśli przeczytaliście poprzednie akapity, wiecie co sprawiło, że musiałam odjąć trochę punktów przy ocenie końcowej, ale mimo wszystko, jest to naprawdę dobry debiut i co ważniejsze - niezwykle interesująca zapowiedź kontynuacji. 

7/10

Pozdrawiam,
Sherry

Za możliwość przeczytania książki, pani Emmy Laybourne, serdecznie dziękuję Wydawnictwu Rebis.




piątek, 27 czerwca 2014

"Bóg nigdy nie mruga" - Regina Brett

źródło
Bóg nigdy nie mruga
50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu

Autorka: Regina Brett
Oryginał: God Never Blinks: 50 Lessons for Life's Little Detours
Wydawnictwo: Insignis
Data wydania: 7 listopada 2012
Liczba stron: 320

źródło
Raczej rzadko sięgam po publicystykę. Właściwie to gdyby nie te wszystkie pochlebne opinie o autorce "Bóg nigdy nie mruga", na jej zbiór felietonów, nawet nie zwróciłabym uwagi. Gdy już zabrałam się do czytania... Regina Brett nie miała łatwego życia. Może dlatego jej teksty są tak prawdziwe i naturalne, oraz tak łatwo wsiąkają w duszę czytelnika. Kobieta molestowana w dzieciństwie, posiadająca jedenaścioro rodzeństwa, a więc nigdy nie mogąca liczyć na pełne skupienie rodziców, porzucona przez chłopaka gdy zaszła w nieplanowaną ciążę jako młodziutka studentka, porzuciwszy studia chciała znaleźć sens życia i własną siebie. Gdy już wszystko zdawało się układać dobrze - córka przysparzała jej wiele radości, a Regina znalazła wreszcie idealnego mężczyznę - w wieku 41 lat dowiedziała się, że wykryto u niej raka, na którego wcześniej zmarły już jej ciotki. Gdy tak czytałam przedmowę autorki, z każdym zdaniem jej życiorysu, moje źrenice powiększały się. Zastanawiałam się, jakim prawem, osoba tak skrzywdzona przez los, doświadczona o taki ból i cierpienie, jest w stanie pisać dla innych motywujące teksty i być źródłem pociechy dla wielu osób. Odpowiedź na to pytanie docierała do mnie z czasem, gdy powoli, bez pośpiechu wgłębiałam się w kolejne felietony. Książki nie można przeczytać "na raz". Ją trzeba smakować, należycie celebrować każdy oddzielny tekst, mający być nauką i przesłaniem. Ja, po kolejnych felietonach robiłam sobie parę godzin lub czasami dni przerwy, by przemyśleć, zreflektować się, utrwalić sobie w główce myśli autorki. Muszę przyznać, że tym sposobem, zaczęłam rozumować jaśniej, szybciej i pozytywniej, a teraz bez najmniejszych oporów mogę powiedzieć, że felietony Reginy Brett zmieniły mój pogląd na świat i pojęcie szczęścia oraz losu i przypadku.

„To wybór,a nie przypadek, decyduje o twoim przeznaczeniu. Sam musisz zdecydować, ile jesteś wart, jaką odgrywasz rolę w świecie i w jaki sposób nadajesz mu sens.Nikt inny nie dysponuje tym, co ty-twoim zestawem talentów, pomysłów, zainteresowań. Jesteś oryginalnym egzemplarzem.Arcydziełem.” 

źródło
"Bóg nigdy nie mruga" jest pozycją obowiązkową dla każdego z was. Absolutne nie sugerujcie się gatunkiem, ani tym, że zazwyczaj czytacie powieści, a nie felietony. Mimo, że książkę można umieścić w kategorii tych pozycji, które poruszają temat istoty wiary, niech to absolutnie was do siebie nie zraża. Regina nie moralizuje i nie przekonuje, że wszyscy powinniśmy oddawać życie Bogu, w podzięce za cud narodzin. Raczej, w sposób przyswajalny, zwraca uwagę na to, czym dla niej samej jest wiara i jak należy ją postrzegać. Ale żebyście mnie źle nie zrozumieli - całość nie obraca się wobec kwestii pobożności. Pozycja ta raczej skupia się na motywowaniu, pocieszaniu i uświadamianiu czytelnikowi, że jakkolwiek jego życie by się nie potoczyło, on i tak może wziąć los we własne ręce i zmienić wszystko na własną modłę. Każdy felieton to inna historia, inspirowana sytuacjami z życia Reginy Brett lub jej znajomych. Z każdej z nich można wysnuć wnioski i refleksje, dzięki czemu mamy możliwość znalezienia odpowiedzi na wiele pytań i wskazówki jak postępować, gdy znajdujesz się na życiowym zakręcie. Ja osobiście nie jestem w stanie stwierdzić, które przesłanie najbardziej do mnie trafiło. Chyba wszystkie, w pewnym stopniu, choć nie powiem - wielkie wrażenie wywarł na mnie felieton i wadze spełniania marzeń. Bo choć sporo osób już mi na ten temat wmawiało różne rzeczy, pani Brett zrobiła to jak nikt inny wcześniej. Z łatwością wbiła w moją głowę to, czego inni nie potrafili. A najlepsze jest to, że wiem, iż do tej pozycji będę powracać jeszcze nie jeden raz i czerpać z niej wszystkie nauki od nowa.

„Wierzę w słońce, nawet gdy nie świeci. Wierzę w miłość nawet gdy jej nie czuję. Wierzę w Boga nawet gdy milczy.”

Pochwała życia, istota godnego postępowania. Nie twierdzę, że bez tej pozycji nie będziecie w stanie doznać szczęścia, ale zapewniam, że ona znacznie wam to ułatwi.

Polecam!
Pozdrawiam,
Sherry


wtorek, 24 czerwca 2014

Serial: "The 100" sezon 1

źródło: jeden, dwa, trzy
The 100
Typ: serial, ekranizacja książki Kass Morgan
recenzja książki
Odcinki: 13
Gatunek: Science Fiction
Twórca: Jason Rothenberg

By przytoczyć fabułę serialu, zacytuję jedną z pierwszoplanowych bohaterek serialu, Clarke: "Minęło 97 lat odkąd nuklearna apokalipsa zabiła wszystkich na Ziemi. Zostawiła planetę duszącą się promieniowaniem. Na szczęście niektórzy przeżyli. Dwanaście krajów miało stacje kosmiczne w czasie wybuchów. Teraz istnieje tylko Arka, stacja stworzona z wielu innych. Powiedziano nam, że Ziemia potrzebuje stu lat, by można było na niej zamieszkać. Po czterech pokoleniach ludzie będą mogli wrócić do domu. Ziemia jest marzeniem." Arka umiera. Jedynym ratunkiem wydaje się właśnie Ziemia. Kanclerz wysyła więc setkę młodocianych przestępców na dół, w celu sprawdzenia czy też na naszej kochanej, zniszczonej przez wojnę, napromieniowanej planecie da się żyć. Niezbyt to etyczne, jak widzicie. Tym bardziej, ze wiek więźniów nie przekracza osiemnastki. Rzuceni w nieznane, będą musieli nauczyć się funkcjonować samodzielnie oraz, z czasem - walczyć z różnymi niebezpieczeństwami. Czy ich misja się powiedzie? Czy Arce grozi coś jeszcze, oprócz awarii systemu? Może się okazać, że tam - w kosmosie jest zdrajca, a wśród setki - zabójca. Z konsekwencjami, będą musieli się uporać wszyscy.

źródło
[Zanim przeczytacie następne zdania, ostrzegam: recenzja może być chaotyczna, nieco mało logiczna i prawdopodobnie będzie tu występować przesadna ilość gifów i obrazków, także... No.] Setka ląduje na Ziemi, na Arce prawdopodobnie krzyknięto by głośne "hip, hip hurra", że dzieciaki są bezpieczne, gdyby nie to, że w czasie lotu, łączność z kapsułą została przerwana, więc jedynym dowodem na to, że Setka żyje, są bransolety przekazujące sygnał do Arki, o funkcjach życiowych byłych więźniów. Już na samym starcie, zostaje nam przedstawiona chyba... najgłówniejsza z głównych postaci - Clarke Griffin (Eliza Taylor), dziewczyna, która wiedziała za dużo (wiem, że to brzmi jak kiepski slogan reklamowy, ale... cóż. Tak było!), przez co wylądowała w izolatce. Teraz jest jedną z najmądrzej myślących osób wśród grupy przestępczej, która wylądowała na Ziemi. Właściwie nie rozumiem oskarżeń internautów na tą dziewczynę. Mnie ona właściwie... w ogóle nie irytowała. Być może była nieco przesadnie poważna, ale... Zaliczyła przyśpieszony kurs dorastania bez ojca, więc czemu ktoś miałby się dziwić jej postępowaniu? Mnie, imponowała. Zaradna, wygadana, umiała być niezłym przywódcą, jeśli trzeba było... Charyzmatyczna, odważna, z poczuciem obowiązku o innych. A i tak najfajniej było, gdy pokazywała pazurek! I podobało mi się, że wszyscy nazywali ją księżniczką. Wiem, że to miało być pseudoobraźliwe, ale... z czasem nabrało charakteru i głębi. Zwłaszcza, gdy to Bellamy ją tak nazywał... Ale... O tym za chwilę. 

źródło

Dalej mamy także pozostałych bohaterów: zabawnych Jaspera i Monty'ego (bo świat bez gogli i Azjatów byłby gorszy), których uwielbiałam, synalka Kanclerza - Wellsa, którego zaś nie znosiłam, Murphy'ego, który miał problemy z opanowywaniem agresji, ale był całkiem ciekawy, Finna, którego na początku wielbiłam i mu kibicowałam, a z czasem stał się... irytujący, a w dodatku naiwny jak rozhisteryzowana nastolatka (i w dodatku hipokryta!), Raven, którą nienawidziłam najbardziej ze wszystkich postaci i to odkąd tylko się pojawiła, bo WIEDZIAŁAM, że będą z nią same kłopoty, Abby - tajemniczą matkę Clarke, której mury obronne z czasem zaczną się kruszyć, Kanclerza, czy bardziej od niego interesującego - Radnego Kane'a i w końcu - bo oczywiście najlepsze zostawia się na deser - rodzeństwo Blake, czyli śmiałą, pewną siebie, śliczną Octavię, którą trudno nie polubić, a także - jej starszego brata... Bellamy'ego... 

źródło

Bellamy Blake. Bellamy. Bad boy, do którego w pierwszych odcinkach byłam nastawiona z dystansem. Wiedziałam, że może to być bohater naprawdę kłopotliwy, ale z czasem, stało się jasne, że... to jedna z jego zalet. Był postacią tak wyrazistą, tak pełną sprzeczności, tak zbuntowaną, silną, odważną, charyzmatyczną... Po prostu Przywódca. Lider. Seksowny, uroczy, atrakcyjny, na którego punkcie jakoś po piątym, czy szóstym odcinku dostałam obsesji i myślę, że nie ja jedyna. Nie wszystkie jego wybory i zachowania mi się podobały. Ale on był tak oddany sprawie, Setce... siostrze... No jak tu go nie kochać? Dla wszystkich stało się jasne, że trzeba kibicować w końcu paringowi Bellarke, a nie Finn&Clarke. Niestety twórcy serialu są okrutni... Ale swoich żali tutaj nie wyleję, bo za dużo by było spoilerów. Ci, którzy oglądali finałowy odcinek pierwszego sezonu - WIEDZĄ o co mi chodzi... 

źródło
źródło

Mimo, że serial jest Sci-Fi, to niech ten fakt absolutnie was do niego nie zniechęca! Ja, zakochałam się w tej produkcji. Myślę, że jest to jeden z moich ulubionych tytułów, a jeśli książka będzie choć w połowie tak dobra jak pierwszy sezon "The 100", to ją też pokocham. Wszystko co potrzebne jest: 
- uroczy, utalentowani aktorzy - są
- wątki romantyczne (liczne) - są
- "zwyczajne" problemy nastolatków, typu "ona mnie nie kocha" - są
- "niezwyczajne" problemy nastolatków, typu "coś nas zaraz może zabić" - są
- retrospekcje z wcześniejszego życia (nieliczne, ale) - są
- całkiem niezłe efekty specjalne - są
- wciągająca fabuła, przez którą uzależnicie się od serialu już po pierwszym odcinku - jest
- nagłe zwroty akcji i niespodzianki (niekoniecznie miłe) - są
- intrygi, zdrady, nieszczęścia, śmierć, morderstwa, płacz, a także mnóstwo uśmiechów - są
- złamane serduszka - są
- zmutowane zwierzątka - są
- walka o przeżycie - jak najbardziej 
I w końcu:
- poznawanie sekretów "nowej" Ziemi - jest!
A na dodatek:
- zakończenie, przez które aż chce się jechać do Ameryki, żeby błagać twórców o szybkie wznowienie serialu - JEST! I to z całą mocą! Ale nie martwcie się dzieciaczki. By poznać dalsze losy Setki, a także... innych, byłych mieszkańców Arki, poczekamy "zaledwie" do października! Wyśmienity prezent, twórcy postanowili zrobić na osiemnastkę Sherry. :) 

źródło
źródło
źródło

A więc jeśli choć troszkę udało mi się was zainteresować, albo choć troszeczkę lubicie seriale młodzieżowopodobne, to błagam - w tej chwili obejrzyjcie pierwszy odcinek "The 100", a sami zobaczycie, że was naprawdę zainteresuje do tego stopnia, że będziecie chcieli natychmiast zerknąć na kolejne epizody. Bohaterowie są naprawdę unikalni i wyraziści, można się z nimi naprawdę mocno zżyć, a i mnóstwo emocji dostarczają widzowi. Akcja trwa nieprzerwanie i biegnie, nie zatrzymując się ani na chwilę, a gdy w końcu do Setki dotrze, że nie są bezpieczni, a niebezpieczeństw jest więcej niż mogłoby się wydawać... Cóż. Przepadliście razem z postaciami i tymi, którzy już są po pierwszym sezonie tego cuda. Ja zdecydowanie miłością darzę "The 100", (bo Bellarke) i choć serial mnóstwo razy mnie denerwował i przyprawiał o wściekłość to... jest zbyt... EPICKI, żeby można się było na niego długo gniewać ;) A teraz pozwólcie, że zaleję was gifami. Tak na pożegnanie. 

Pozdrawiam,
Sherry


sezon 1 | sezon 2 | sezon 3
Książka: Misja 100

źródło
źródło


źródło
źródło

















źródło
źródło
















źródło
Do zobaczenia w 2 sezonie! :)

źródło

niedziela, 22 czerwca 2014

Zostań jeśli kochasz - Gayle Forman

źródło
Zostań jeśli kochasz
/ Jeśli zostanę
Oryginał: If I stay
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: 11 luty 2010
Ilość stron: 248

źródło
Jedna sekunda. Jedna sekunda wystarczyła, by życie Mii nieodwracalnie się zmieniło. A przecież nie zrobiła nic złego. Była normalną, przeciętną, siedemnastolatką, mającą kochającą, troskliwą rodzinę. Jej tata uchodził za niedoszłą gwiazdę rocka, a mama niczym trzon, podtrzymywała więzi łączące najbliższych. Nie można też zapomnieć o Teddy'm! Młodszym braciszku Mii, który tak jak ojciec, objawiał miłość do muzyki rockowej. Tylko Mia wyróżniała się z nich wszystkich swoim upodobaniem do klasyki i wiolonczeli. Często przez to czuła, że nie pasuje do rodziny, że w pewien sposób uciekła przed schematem. Nawet wyglądem różniła się od najbliższych! Mimo wszystko, jej życie było poukładane i w pewien sposób toczyło się dobrym torem. Do czasu... do czasu, gdy w zaledwie jednej sekundzie, świat postanowił wykroczyć poza ścieżkę. Wypadek samochodowy sprawił, że jej rodzice zginęli, a teraz - Mia trwa w dziwnym stanie zawieszenia i wygląda na to, że ma przed sobą zadanie. Wybór. Tak wiele od niego dziś zależy. Siedemnastolatka, która w jednej chwili stała się sierotą może opuścić świat na zawsze, bądź walczyć o życie. Będzie musiała się zdecydować czy łatwiejsza będzie śmierć, czy pozostanie u boku tych, którzy jej zostali i którzy wciąż liczą, że wróci.

„Czasem człowiek dokonuje w życiu wyboru, a czasem to wybór stwarza człowieka.”

źródło
Książka amerykańskiej pisarki - Gayle Forman, mimo że przeznaczona dla młodzieży, zawiera elementy, które przypadną do gustu także starszym czytelnikom. Przede wszystkim - chwyta za serce i zmusza do refleksji nad własnym życiem, postępowaniem i marnotrawstwem czasu. Przepełniona żalem, a także ciepłem, dobrocią, barwami, troską i nadzieją powieść, przez historię Mii, dociera do samej duszy czytelnika, po czym każe mu zastanowić się, czy gdyby umarł w tej chwili, właśnie teraz, byłby zadowolony ze swojej dotychczasowej egzystencji i postępowania? Akcja książki trwa przez dobę, podczas której zagubiona Mia jest świadkiem konsekwencji wypadku, a także, otaczającej ją nadziei, miłości i bliskości przyjaciół i rodziny. Zmusza ją to do podjęcia decyzji, czy warto walczyć, czy też poddać się i więcej nie doświadczyć bólu oraz osamotnienia. Wybór nie jest tak prosty jak sądzicie. A żeby pomóc i czytelnikowi i Mii zdecydować, autorka przywołuje wspomnienia z życia dziewczyny. Mamy więc wgląd i w przeszłość i teraźniejszość, co bardzo ułatwia zżycie się z postaciami, mimo że książeczka jest bardzo krótka, a przeczytanie jej, zajmuje jedynie kilka godzin, choć chciałoby się, żeby tak przyjemna i lekka lektura trwała znacznie dłużej.

„Uświadamiam sobie nagle, że umieranie jest proste. To życie jest trudne.”

źródło
Żebyście jednak nie sądzili, że książka jest idealna czy perfekcyjna, przedstawię może kilka niedociągnięć, na które zwróciłam uwagę przy czytaniu. Przede wszystkim, brakowało mi rozwiniętego wątku miłosnego. Co prawda wiem, że powieść nie miała się na tym skupiać, a bardziej na rodzinnych aspektach, aczkolwiek lubię czytać pozycje, gdzie mam wgląd w historię romantyczną bohaterek, od początku do końca. Mnie - oszalałą romantyczkę, trochę smuciło to zaniedbanie ze strony autorki. Bardzo chętnie przeczytałabym więcej o początkach znajomości Mii i Adama, co w pewien sposób pomogłoby mi też bardziej wczuć się w sytuację dziewczyny, która mimo, że straciła rodziców, wciąż posiadała kochanego chłopaka, przyjaciółkę i dalszą rodzinę. Niektórym czytelnikom z pewnością może przeszkadzać naiwność i prostota książeczki, a także to, jak wiele było w niej słodyczy, ale... według mnie szala idealnie się równoważyła. Z jednej strony mamy zagubienie, smutek, dezorientację "żyję czy nie żyję? A może jestem duchem?", radzenie sobie z przeszłością i utratą bliskich, z drugiej istotę bliskości, a także wagę więzi łączących ludzi, którzy nieraz mogą ze sobą nie być spokrewnieni, a mimo to potrafią kochać się jak rodzina.

„To prawda, nie zawsze ma się wpływ na to, jak będzie wyglądał nasz pogrzeb, ale czasami m o ż n a wybrać swoją śmierć”

źródło
"Jeśli zostanę" wycisnęło ze mnie łzy, których nie potrafiło wycisnąć "Gwiazd naszych wina". Lektura książki pani Forman była tak przyjemna i niesamowita, że pozostaję pod urokiem jej niezwykle lekkiego pióra i sympatycznego stylu pisarskiego. I mimo, że książka miała parę niedociągnięć, między innymi tą ze zbyt powierzchownym potraktowaniem wątku miłosnego, ale i nie tylko, ponieważ w ogóle, chciałabym poczytać więcej o przeszłości bohaterki - to lektura pozostawiła po sobie miłe wspomnienia. Wielka szkoda, że pobyt w szpitalu dziewczyny ograniczył się do doby, ponieważ... myślę, że gdyby wszystko trwało dłużej, książka nabrałaby większego dramatyzmu. Koniec końców, chciałabym wam ją polecić, ponieważ naprawdę dzięki niej, można nabrać dystansu do przyziemnych, materialnych spraw, a zacząć doceniać obecność rodziny i przyjaciół.

Poruszająca opowieść o potędze uczuć i uświadamianiu sobie co w pełni znaczy słowo "żyć"
Pozdrawiam,
Sherry

8/10

Zostań jeśli kochasz | Wróć jeśli pamiętasz

„Co to za dziwny dźwięk? To tylko moje życie. Przemyka obok ze świstem [...]”

Jest film na podstawie "Jeśli zostanę", przy którego zwiastunie płaczę ilekroć wskaźnik zbliża się do końca. Tak, tak. Żałosne Sherry, ale cóż. Bywa.


źródło
No czyż ten plakat nie jest absolutnie
CUDOWNY?! <3

piątek, 20 czerwca 2014

"Tylko Ty" - Jacinda Wilder

źródło
Tylko Ty
Autorka: Jasinda Wilder
Oryginał: Falling Into You
Seria: Falling #1
Wydawnictwo: Amber
Data wydania: 25 luty 2014
Ilość stron: 304

"Nie zawsze byłam zakochana w Coltonie Callowayu."

źródło
Nell Hawthorne i Kyle Calloway byli parą idealną. Wychowywani razem od dzieciństwa, przyjaźnili się ze sobą i wspólnie dzielili niemal każdą godzinę dnia. Z czasem ich relacja zmieniła się, a oni zrozumieli, że są w sobie zakochani. Związek młodych nie był idealny, ale czy któryś taki jest? Ważne było tylko to, że kochali się, mieli przed sobą ciekawą przyszłość i nie wyobrażali sobie, żeby kiedykolwiek to się zmieniło. A jednak los bywa nieprzewidywalny i naprawdę okrutny. Rozłam w ich wspólnym życiu następuje gdy Kyle ginie, a Nell musi się pogodzić z jego tragiczną śmiercią. Jak żyć bez człowieka, który był przy tobie odkąd pamiętasz? Jak żyć bez miłości, a jednocześnie najlepszego przyjaciela? Na pogrzebie, Nell poznaje starszego brata Kyle'a - Coltona, który niegdyś uciekł z domu. Chłopak jest buntownikiem z kategorii bad boy, a także muzykiem skazanym na egzystowanie ze świadomością parszywej przeszłości, która miała miejsce w jego życiu. Jak dwójka młodych ludzi, poszkodowanych przez los i porzuconych przez najbliższych, odnajdzie się w sile nagłych uczuć i porywów namiętności? Czy będą w stanie przezwyciężyć odgradzające ich od siebie bariery i zrozumieć, że są sobie potrzebni?

„Marzyła, żeby odnaleźć mój własny most nad wzburzonymi wodami rozpaczy. Ale nie było mostu. Tylko wezbrane potoki niewypłakanych łez.” 

źródło
New Adult jest gatunkiem dość specyficznym. Mamy bowiem tu do czynienia z bohaterami wkraczającymi w dorosłość, zazwyczaj obustronnie skrzywdzonymi przez los, których nagle łączy szalone, pełne pasji uczucie, do którego postacie z czasem dojrzewają. I w tym wypadku nie ma co spodziewać się niespodzianek, jednak mimo wszystko warto zwrócić uwagę na pewne szczegóły. Historia przedstawiona przez Jacindę Wilder jest rozdzierająca i pełna tragizmu. Autorka ukazuje zagubioną dziewczynę, nie mogącą pogodzić się z prawdą, zrozpaczoną, zapłakaną, skrzywdzoną, pełną bólu i przygaszonej nadziei. Podkreśla emocje i uczucia, które przygnębiają czytelnika i wprawiają go w melancholijny nastrój. Historia Nell wzrusza, rozdziera, ale i leczy. Mimo, że bohaterów i postaci jest tu całkiem sporo, to Jacinda skupia się jedynie na Coltonie i Nell, którzy prowadzą nas przez swoją opowieść, jak kapitanowie statku, na wzburzonych wodach. W "Tylko Ty" nie brakuje nadziei. Mimo śmierci, intryg, zdrad, wyrzutów sumienia, ponurych wspomnień i mierzenia się z przeszłością, Wilder stara się, by czytelnik nie zapomniał o leniwie prześwitujących przez złowrogie chmury, promykach słońca.

„Współczucie to dostrzeżenie bólu i zaoferowanie zrozumienia.”

źródło
Książka jest naprawdę niepokojąca i niesamowita. Czytanie nie sprawia żadnych problemów, człowiek przewraca kolejne strony, aż orientuje się, że właśnie przeczytał ostatnie zdanie. I mimo, że powieść robi wielkie wrażenie, mimo że wzbudza rozpacz, a z czasem uczy czytelnika i bohaterów żyć na nowo, mimo że żąda łez... wydawała mi się nieco... inna. Warto tutaj zwrócić uwagę, że zanim autorka przeszła do opisywania historii Coltona i Nell, przedstawiła swoim widzom, także opowieść o miłość Kyle'a do przyjaciółki. Można więc podzielić książkę na dwie części: tą krótszą, skupiającą się na przeszłości i drugą, bardziej rozbudowaną, mówiącą już o teraźniejszości, w której Nell przeprowadza się do Nowego Jorku, gdzie ponownie spotyka brata, swojego nieżyjącego ukochanego. Nie podobał mi się charakter tej historii. O ile na przykład powieść "Zaczekaj na mnie" - J. Lynn miała wesoły, żywy, promienny wydźwięk, to "Tylko Ty" było bardziej pesymistyczne, dramatyczne i smutniejsze. Nie mówię, że to źle, po prostu zrozumiałam, że brakowało mi życia w bohaterach. Rozumiem, że poszkodowani przez los, nie miewają jakichś radosnych uniesień, ale... z tym swoim smutkiem i nieustającymi refleksjami, wydawali mi się po prostu... nierealni. Poza tym, irytujący był dla mnie fakt, jak szybko Nell i Colton się w sobie zakochali i jak szybko ich historia dobrnęła do końca. Brakowało mi... miesięcy czy tygodni poznawania się, oswajania się ze sobą i swoimi problemami. Dużo wątków autorka spłyciła i porzuciła, nie wyjaśniając ich. Spodziewałam się, że je rozwinie, ale koniec końców okazało się, że nie ma co liczyć na rozwiązanie i skończenie pewnych spraw. A szkoda, bo myślę, że gdyby nie zbanalizowała tak swojej książki, powstałoby coś naprawdę... cudownego!

„Nie naprawia mnie, nie uzdrawia, ale sprawia, że życie jest warte istnienia.”

Myślę, że twór pani Wilder spodoba się zagorzałym fanom miłosnych historii, pełnych nostalgii i melancholii. Od tego typu literatury i gatunku nie można wiele wymagać, ale New Adult i "Tylko Ty" jest idealnym przerywnikiem pomiędzy bardziej ambitniejszymi książkami. Mnie, książka Jacindy Wilder przypadła do gustu i mimo, że jednak bardziej polecałabym sięgnięcie po "Zaczekaj na mnie", to nie zniechęcam do "Tylko Ty", ponieważ naprawdę i szczerze się przy niej wzruszyłam, a czytanie sprawiło mi niemałą przyjemność. Z całą pewnością sięgnę po kolejne tomy serii "Falling" i mam nadzieję, że będą wzbudzać u mnie one równie potężne uczucia co część pierwsza. Koniec końców pozostaje mi jedynie rozpaczać nad okładkami, które nie wyróżniają się jakoś specjalnie wśród powieści Wydawnictwa Amber i niestety, nie zachęcają do sięgnięcia po dany tytuł.

7/10
Pozdrawiam,
Sherry


środa, 18 czerwca 2014

"Buszujący w zbożu" - Jerome David Salinger

źródło
Buszujący w zbożu
Autor: J.D. Salinger
Oryginał: Catcher in the rye
Wydawnictwo: ISKRY
Rok wydania: 1998
Ilość stron: 256

źródło
Holden Caulfield to szesnastolatek, którego właśnie, po raz kolejny wyrzucono ze szkoły. Pomimo tego, że chłopak jest inteligentny i naprawdę zaradny, lenistwo wygrywa z nikłą chęcią nauki i w ten sposób, po raz kolejny, musi pożegnać się ze szkołą. Nie żeby to było dla niego bolesne czy trudne. Caulfield uczęszczał już do wielu szkół, a przygoda w każdej kończyła się podobnie. Holden wyznaje bowiem bardzo krytyczny pogląd na świat. Krytykuje wszystkich i wszystko, ludzi na świecie uważa za idiotów, a w ich zachowaniu nawet nie stara się dostrzegać zalet. Skupia się na wadach otaczających go osób, oszczędzając jedynie swoją młodszą siostrę, którą uważa za wcielenie doskonałości. Nie mogąc pogodzić się z podłością, pogardą i kłamstwem, chłopak ucieka ze szkoły, z której został wylany i postanawia spędzić kilka dni sam w Nowym Jorku (nie myśleć mi tutaj o Kevinie!). Jego pobyt w mieście przyniesie kolejne rozważania i refleksje...

„Stale muszę powtarzać: „Bardzo mi przyjemnie...” facetom, z którymi spotkanie wcale mi nie robi przyjemności. Ale jeżeli chcesz, bracie, żyć, musisz te komedie odgrywać.” 

źródło
"Buszujący w zbożu" to kolejny tytuł, po "Wichrowych Wzgórzach", który postanowiłam poznać, chcąc wprowadzić do swojej listy książek przeczytanych, choć szczyptę klasyki. Od początku rzuciło mi się w oczy, jak łatwo i przyjemnie czyta mi się tą książkę. Pierwszoosobowa narracja sprawiła, że mogłam poznać myśli głównego bohatera, a brnięcie w jego psychikę i poznawanie jego toku rozumowania było niemałą przyjemnością. Z czasem jednak okazało się, że z pozoru prosta książka, nie operująca jakimś wybitnym językiem, pisana wręcz kolokwialnym stylem, to źródło refleksji i choćby człowiek chciał, nie może czytać "Buszującego w zbożu" rozdział po rozdziale. Po każdym z nich, musiałam sobie zrobić kilka godzin, lub dni przerwy by przemyśleć, porozważać. Zastanowić się nad podłością świata. Negatywne poglądy na rzeczywistość Holdena, także i mnie zaczęły dawać się we znaki i często zastanawiałam się, czy aby na pewno Salinger pisał swoją powieść w XX wieku, gdyż okazuje się, że jego twór porusza problematykę także naszych czasów.

„Dla człowieka niedojrzałego znamienne jest, że pragnie on wzniośle umrzeć za jakąś sprawę; dla dojrzałego natomiast - że pragnie skromnie dla niej żyć.”

źródło
Próżno nam dopatrywać się w książce kulminacyjnego momentu, do którego, zdawałoby się - powieść zmierza. Akcja utworu obejmuje kilka dni, w czasie których Holden buszuje po Nowym Jorku, stykając się z nowymi osobistościami, czerpiąc z każdego spotkania kolejne tematy do przemyśleń. Książka nie jest też jednoznaczna. Nie od razu człowiek orientuje się, co autor chciał przekazać poprzez zachowanie Holdena, do jakich refleksji pragnął zmusić czytelnika. Dzięki temu wszystkiemu, widz jeszcze uporczywiej wgłębia się w treść, szukając jej ukrytego sensu. Niestabilny emocjonalnie, egoistyczny, skłonny do fantazjowania Holden prowadzi nas przez swoją historię, przedstawiając świat dorosłych jako zakłamany, sztuczny i pełen fałszu, dzieciństwo zaś traktując jako idylliczny czas, w którym panuje naturalność i autentyzm. Poruszany tu jest także wątek wyobcowania jednostki od społeczeństwa na przykładzie głównego bohatera, który pragnie uciec przed wszystkimi i wszystkim. 

„Lepiej nikomu nic nie opowiadajcie. Bo jak opowiecie – zaczniecie tęsknić”

źródło
Swego czasu, "Buszujący w zbożu" był bardzo kontrowersyjną książką. Jak mówi nam nasza ciocia Wikipedia, po opublikowaniu, twór ten został napiętnowany. Wzbudzał oburzenie ze względu na poruszanie wątków związanych z seksualnością nieletnich, czy używania wulgaryzmów przez głównego bohatera. Dziś, Holden jest postacią literacką utożsamianą z buntowniczą, prowokacyjną naturą. Opinii o powieści Salingera jest wiele. Sporo osób nie znosi "Buszującego w zbożu", ponieważ irytujący im się wydaje tok myślenia głównego bohatera, który siebie samego uważa za pępek wszechświata, a innych wyzywa od kretynów. Dlatego myślę, że to czy książka wam się spodoba, zależy wyłącznie od tego, w jaki sposób postanowicie potraktować Holdena. Osobiście, bardzo go polubiłam. Był arogancki, inteligentny i błyskotliwy i mimo sposobu w jaki traktował wszystkich wokół, poczułam między nim a sobą, swego rodzaju więź. Skłamałabym mówiąc, że mnie nie irytował w niektórych momentach, na przykład kiedy mówił, że każda kobieta jest głupia, ale... Myślę, że fakt, iż był takim buntownikiem, jakim i ja jestem, połączył nasze losy ze sobą i sprawił, że chętnie powrócę do tego dzieła w przyszłości. 

„Nie powinno się być ani trochę tchórzem. Jeżeli sytuacja tak wygląda, że należy komuś dać w szczękę i jeżeli czujesz po temu ochotę - powinieneś, bracie, walić i nie pytać.” 

źródło
Kiedyś cenzurowano "Buszującego w zbożu", gdyż uważano, że główny bohater zachęca młodych do buntu, bluźnierstwa, kłamstwa, swobody seksualnej, sięgania po alkohol i papierosy. Ja natomiast uważam, że książka dostarcza powodów do rozmyślań, podejmuje problematykę także współczesnych czasów i młodzieży, a także pomaga spojrzeć na świat z całkiem nowej perspektywy. To czy sięgnięcie po utwór Salingera, to już wasza sprawa, ja natomiast, serdecznie do tego zachęcam. Sposób w jaki odbierzecie książkę, zależy tylko i wyłącznie od was. 

„Wszystko mi jedno, niech pożegnanie będzie smutne albo nieprzyjazne, ale niech wiem, że się żegnam.”

8/10

Pozdrawiam!
Sherry

_________________

Tak swoją drogą. Sherry napisała wszystkie egzaminy, zdała matmę i w końcu zaczęła wakacje! Yeey! A to oznacza, że teraz ostro wezmę się za nadrabianie zaległości książkowych (Mundial trochę to będzie utrudniać, ale co tam. Vamos España!) i może być szalony napływ recenzji, więc... tak tylko ostrzegam. :) See ya!

niedziela, 15 czerwca 2014

Zaczekaj na mnie - J. Lynn

źródło
Tytuł: Zaczekaj na mnie
Autorka: J. Lynn
(pseudonim Jennifer L. Armentrout
autorki m.in. "Obsydiana")
Seria: Wait for you
Tom: #1
Wydawnictwo: Amber
Data wydania: 4 marca 2014
Liczba stron: 304

Studia są okresem przełomowym dla wielu młodych ludzi, którzy szukając własnego "ja", często postanawiają doświadczać rzeczy, z którymi nigdy wcześniej nie mieli do czynienia. Dalsza nauka po szkole średniej wiąże się też ściśle, z wkroczeniem w dorosłość, a tym samym z mierzeniem się z większymi problemami. Dla wielu, jest to czas uniezależnienia się od rodziny, oderwania się od przeszłości i wzięcia życia we własne ręce...

źródło
Avery właśnie zaczyna studia. Chcąc uciec od bolesnej przeszłości pełnej kłamstwa, ciszy i pulsujących ran, wybiera uniwersytet, którego nie aprobują jej surowi rodzice. Jest na tyle daleko oddalony od domu dziewczyny, że ta w końcu zaczyna wierzyć, że może stworzyć swoją rzeczywistość na nowo, nie musząc przejmować się, że ponure wspomnienia kiedykolwiek ją jeszcze dopadną. A jednak los nie zna granic i stawia na drodze Avery intrygującego, niesamowicie przystojnego Cama, który nie dość, że jest słodki, troskliwy i zabawny, to jeszcze okazuje się być zainteresowany nowo poznaną koleżanką. Przed padnięciem w ramiona seksownego studenta, powstrzymuje Avery właśnie ona - przeszłość, która pod postacią e-maili i sms-ów z pogróżkami, zaczyna dopominać się o swoje. Czy dziewczyna po przejściach i bawidamek mają szansę na wspólną przyszłość?

„Zawsze była tylko ona. Cisza. Tylko to znałam. Bądź cicho. Udawaj, że nic się nie stało, że wszystko w porządku. I patrz, wszystko pięknie się układa.” 

źródło
New Adult jest nurtem, który w ostatnim czasie zawojował na rynku wydawniczym. Jako fanka romantycznych historii, pełnych humoru i lekkości, oczywiście pokochałam nowy gatunek całym sercem, na długo zanim postanowiłam sięgnąć po pierwszą książkę, tego typu. Od "Zaczekaj na mnie" nie oczekiwałam cudów. Jestem realistką i wiem, że zarówno Young Adult, jak i New Adult nie reprezentują górnolotnej literatury, a ten kto wymaga czegokolwiek od obydwu gatunków, rozpoczyna bezsensowny bój z wiatrakami. Po lekturze pani J. Lynn spodziewałam się jedynie weekendowego pochałaniacza czasu, rozrywki, czegoś na rozluźnienie, co pomogłoby mi zapomnieć o obowiązkach. Muszę przyznać, że książka idealnie spełniła swoje zadanie.

„Najbardziej w życiu bałam się dwóch rzeczy. Po pierwsze: obudzić się w środku nocy i zobaczyć tuż nad sobą ducha z przezroczystą twarzą. Mało prawdopodobne, wiem, ale mega przerażające. Po drugie: wejść do klasy po dzwonku.”

źródło
Początek powieści rozpoczyna się banalnie i do bólu przewidywalnie. Avery spóźnia się na swoje pierwsze zajęcia na studiach. Jest tak zaaferowana konsekwencjami mogącymi wyniknąć ze swojego postępowania, że nie zauważa sylwetki chłopaka, na którego wpada z impetem godnym głazu. Bohaterowie jakoś szczególnie nie uciekają przed schematycznością innych powieści młodzieżowych. Mimo wszystko, potrafią skraść sympatię czytelnika. Cam to przystojny podrywacz, który zalicza jedną studentkę za drugą. Avery natomiast jest kłębkiem nerwów. Tragiczna przeszłość rządzi jej życiem i nie pozwala zakosztować w pełni teraźniejszości. A jednak pomiędzy dwojgiem studentów nawiązuje się więź. Ich opowieść jednak, niczym kolejka górna obfituje w wzloty, upadki i gwałtowne skręty, które wydają się nie mieć końca. Historia zaserwowana nam przez autorkę zaskakuje ukrytym dnem. Dnem, który mówi o przezwyciężaniu swoich słabości, o godzeniu się z przeszłością, akceptowaniem siebie i tym, jak ważne jest zaufanie do drugiego człowieka.

„To jak wizyta u dentysty. Nie chcesz tam iść, ale wiesz, że musisz, a kiedy jest po wszystkim, cieszysz się, że to zrobiłeś.”

źródło
Historię czyta się naprawdę rewelacyjnie, bo mimo, że można mówić o naiwności Avery, to jednak przyjemny styl pisania pani Jennifer, skupia uwagę czytelnika raczej na atutach powieści. Żeby jednak nie być małostkową, napiszę wam najpierw co mi się nieszczególnie podobało w pierwszym tomie serii "Wait for you". Avery mimo, że starała się uchodzić za silną, tak naprawdę strasznie użalała się nad sobą. Mnie, szczególnie to nie zapadło w pamięci, bo ponad wszystko starałam się zrozumieć tą dziewczynę, aczkolwiek wiem, że niektórym czytelnikom może się to nie spodobać, zwłaszcza, że główna bohaterka toczy bój ze swoją przeszłością, aż do ostatniej strony. Dla wielu również fakt, jak dziewczyna ucieka przed miłością i odwleka to co nieuniknione może się wydawać nieco naciągany i sztuczny. Cam jest czasami stanowczo zbyt idealny, a Avery stanowczo zbyt jęcząca, jednak mimo wszystko, w pewien sposób obydwoje kryją drugie dno, które może usatysfakcjonować niejednego. Opowieść miłosna zaserwowana przez J. Lynn nie wykracza poza bariery oryginalności, aczkolwiek mimo wszystko wydaje mi się, że jeśli ktoś autentycznie ma ochotę na rozluźnienie przy tego typu pozycji, zostanie zaspokojony w stu procentach.

„- A jak jest różnica między spędzeniem z tobą wieczoru a umówieniem się? 
- A jaka jest różnica między moją prośbą, żebyśmy spędzili razem wieczór, a spędzaniem razem niedzielnego poranka?”

źródło
Koniec końców, powieść pani Lynn bardzo przypadła mi do gustu. Nie spodziewałam się, że na jej stronach napotkam tyle humoru i zabawnych dialogów, które czasami wręcz zmuszały moją twarz do rozpromienienia się. Mimo, że całość oscylowała wobec niezasklepionych ran Avery i jej pierwszego, prawdziwego obiektu westchnień, to autorka nie pozwoliła czytelnikowi pogrążyć się w smutku głównej bohaterki, ratując depresyjne sytuacje postacią Camerona z ciętym językiem i własnym zdaniem na temat wszystkiego co się rusza. Mimo, ze treść może uchodzić za banalną i po prostu prostą, to jednak w pewnym momencie czuć przekaz J. Lynn, która pozwala czytelnikowi doświadczyć emocji i uczuć bohaterki zmaltretowanej, opuszczonej przez bliskich, przerażonej własnym postępowaniem. Opowieść miłosna Camerona i Avery zmusiła mnie do refleksji nad losem pokrzywdzonych przez los, którzy nie mają z kim podzielić się swoim strachem i obawami. Przede wszystkim jednak, muszę przyznać, że książka zapewniła mi niesamowitą rozrywkę, a jej czytanie sprawiło mi mnóstwo przyjemności! Przez ponad 300 stron przebrnęłam w zastraszającym tempie, nie mogąc oderwać się od lektury. Bohaterowie zaskarbili sobie moją uwagę, a także skradli sympatię, co sprawiło, że kibicowałam im i życzyłam happy endu, choć nie powiem - wszystkie komplikacje sprawiały mi niemałą przyjemność, bo naprawdę lubię, gdy akcja i fabuła nie są usłane różami, a wymagają od bohaterów poświęcenia i kompromisów.

„Nic nie cementuje związku bardziej niż żółw maszerujący przez kuchnię."

Powieść J. Lynn jak najbardziej polecam, bo poza świetnym stylem, książka oferuje istny wulkan emocji i naprawdę śliczną, romantyczną opowieść o prawdziwej miłości, uczącą jak ważne jest zaufanie i szczerość w związku. Pokazującą, że w życiu liczy się nadzieja, a człowiek nie powinien skupiać się na przeszłości i przyszłości, lecz nauczyć się żyć z teraźniejszością. Ja, z całą pewnością jeszcze nieraz powrócę do tworu pani Jennifer, ponieważ jej książka przerosła moje oczekiwania i sprawiła, że po przeczytaniu ostatniego zdania, na mojej twarzy widniał uśmiech. Jeśli ktoś lubi, tego typu historie proszony jest o jak najszybsze zapoznanie się z książką: "Zaczekaj na mnie"!


8/10

Pozdrawiam,
Sherry